wtorek, 31 grudnia 2013

Wielkie zakończenie...

Czas na podsumowania. Ostatni dzień roku. Niestety,jak to zwykle bywa brakuje mi na to czasu. Ostatni rok był wielkim przełomem w moim życiu i rokiem wielkich zmian. Był to zarówno najlepszy, jak i najgorszy rok w moim życiu.... ciężko to opisać. Już nigdy nie wrócą beztroskie czasy, kiedy to mogłam nieskończenie poświęcić się mojej małej córeczce, a ona już nigdy nie będzie taka mała.... ciężko się z tym pogodzić, mnie jako matce i jako kobiecie. Nie przeszkadza mi to, że się starzeję (poniekąd), ale szkoda mi, że te piękne chwile tak szybko przeminęły. Szkoda również, że ten najpiękniejszy czas w naszym życiu nasycony był tak ogromnym ładunkiem stresowym. Niepotrzebne były nerwy, kłótnie i stresy... niestety, czasu nie da się cofnąć i nic nie da się zmienić. Ale może po wielkich burzach przychodzi spokój, a pokonując tak wielki kryzys człowiek - rodzina staje się silniejsza!

Nasza Goldenka odeszła w Święta.

Mój tata chory, grozi mu zator mózgu, paraliż i wszystko co najgorsze, wszystko to, cały ciężar skupia się na mojej mamie...


Wczoraj dostałam telefon, którego nie powinnam była dostać. Są pewne domysły, przesłanki, że mój szef będzie chciał mnie zwolnić z pracy, gdy tylko wrócę z urlopu macierzyńskiego.  Czy może tak zrobić? To się okaże, raczej nie, gdyż postaram się temu zapobiec, natomiast czeka mnie nieprzyjemna rozmowa i niepewna przyszłość. Prawda jest taka, że i tak nie wiem, co chcę robić w przyszłości.... no, może wiem, ale nie mam jeszcze pojęcia jak to osiągnąć i zrealizować. Ten rok jest jedną wielką niewiadomą, ale skoro przetrwaliśmy 2013 i wszystkie poprzednie lata pełne trudów i wyzwań to teraz też damy radę. Mamy siebie.

niedziela, 29 grudnia 2013

Jedziemy na Sylwestra... oraz postanowienia noworoczne

Okazuje się jednak, że nie będziemy siedzieć w domu w Sylwestra, tylko pojedziemy do znajomych. Może to i dobrze. Rok temu zostaliśmy w domu przez moją chorobę.... i ogromny ciążowy brzuch. Oczywiście nie ma szans utrzymać żadnej rozsądnej diety, bo będzie mnóstwo jedzenia i towarzystwo, w którym zawsze się je, dużo się je! Trudno, ostatnia taka impreza w tym roku. Nowy Rok postaram się przeżyć mądrzej. Przede wszystkim rozgromię się z ostatnim kilogramem, którego w tym roku nie udało się mi pozbyć. Tym razem dieta 2000 kcal, a więc na poziomie mojej diety stabilizacyjnej. Jeśli nawet zaoszczędzę po 300 kcal na dobę (bo w teorii moje zapotrzebowanie wynosi 2300 kcal), to i tak w ciągu stycznia uda się mi zgubić mój ostatni kilogram bez większych wyrzeczeń (oczywiście należy zapomnieć o słodyczach itp. rzeczach przynajmniej na miesiąc, ale może nie będzie żadnych okazji)... zresztą zobaczymy ile wyniesie moja waga w sobotę i wtedy będzie wiadomo, ile pracy przede mną. Koleżanka do mnie dziś dzwoniła, ona ma +2 kg po świętach, a więc wszyscy są przejedzeni i źle się czują. No trudno, po to są święta, żeby świętować i ucztować, a cały rok trzeba dbać o siebie.

Moje postanowienia noworoczne związane z wagą:

1. Osiągnę wagę 55,0 kg... nie więcej, nie mniej, nie będę dążyć do coraz niższej wagi
2. Przestanę się zadręczać wagą
3. Pokocham siebie i będę dbać o siebie
4. Nie będę sabotować efektów mojej pracy objadając się
5. Pomimo nowych obowiązków i nowego zupełnie życia, będę znajdować czas na ćwiczenia


Inne postanowienia... muszę sobie je dokładniej przemyśleć, bo to poważniejsza sprawa!

1. W styczniu zrobię projekt naszej sypialni
2. Będę spędzać z moim maleństwem tyle czasu ile się da
3. Będę pracować nad sobą, chodzić na terapię, żeby mniej się wszystkim przejmować
4. Zadbam o moje małżeństwo
5. Pomyślę, żeby coś podziałać w projektowaniu wnętrz

Resztę będę wymyślać na bieżąco! 

sobota, 28 grudnia 2013

Wracamy do formy ale powoli

Nareszcie.  Pierwszy mądry dzień bez objadania się i wszystkie posilki zgodnie z planem, nie idealnie bo zjadłam na przykład kiełbaskę a nie chudą wędlinę drobiową ale i tak super. Od 4 stycznia będę się starała jeść super zdrowo. O dziwo zamieściłam się w moje dżinsy więc może nie jest tak źle.  Insanity wykonane. Jeszcze tylko Sylwester który zakłóci trochę mój plan żywieniowy,  ale nie przejmujmy się tym. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku,  jesteśmy obżarci po Świętach i czeka nas Sylwester. .. Muszę sobie przemyśleć co zrobić żeby zmienić kompletnie moje nawyki do wakacji... nawyki może są ok, ale potrzeba obżerania się już nie!

Poświąteczna grubość...

Wczoraj nie skończyło się wieczorem na pierożkach. Pojadłam jeszcze ciastek. Dziś nie wchodziłam na wagę, tak jak obiecałam, ale  wzięłam do ręki centymetr. Na pewno jestem napuchnięta i grubsza. W spodnie moje nie wchodzę, będę chodzić teraz cały czas w getrach. Teraz trzeba się zmobilizować, żeby wrócić do normalnego trybu życia, ćwiczeń, gotowania itp. Krok pierwszy zrobiony, mąż wysłany na zakupy, kupi trochę zdrowego żarcia. Trzeba po prostu za bardzo o tym nie myśleć i robić swoje. Po południu zrobię krótki trening. Jutro też, a od poniedziałku nie ma zmiłuj i wstaję o 6 rano, żeby ćwiczyć, bo tak to inaczej znów nie będę miała kiedy. Ale mamy leniwe dni. Mąż siedzi na urlopie w domu, to dobrze, bo trochę mogę mieć oddechu, ale jednak to taki leniwy czas, kiedy łatwiej sięgnąć po ciastko. Z drugiej strony trzeba korzystać, bo już niedługo takie dni się skończą i nie wrócą...

piątek, 27 grudnia 2013

Kolejny stracony dzień...i noworoczne postanowienia i zasady

Stracony pod względem diety i treningu. Z treningu dalej musiałam zrezygnować przez katar, a raczej resztki przeziębienia. Mój mąż poszedł z małą na spacer, więc nawet spacerek nie zaliczony. Cały dzień siedzieliśmy w domu i nic nie robiliśmy. Zwiodło mnie niestety ciasto, które jeszcze zostało i którego zjadłam aż 4 kawałki na podwieczorek. Na kolację normalną też nie mam ochoty, więc będzie barszcz z uszkami. 

Dalej jestem nie zważona, nie czuję się jakoś szczególnie ciężko, ale spodnie moje najwęższe zrobiły się nieco ciaśniejsze. Posłucham jednak po raz pierwszy rady mojej pani dietetyk i zważę się dopiero w następną sobotę. Od tego momentu będę też starała się trzymać noworoczną dietę, czyli żyć super zdrowo, zgodnie ze swoimi zasadami i sumieniem. 

Przypomnijmy sobie moje zasady przyjemnościowe, zmienione trochę i udoskonalone już na Nowy Rok.

MOJE ZASADY PRZYJEMNOŚCIOWE:


  • W TYGODNIU NIE JEM DESERÓW - DESER JEM TYLKO W NIEDZIELĘ, WTEDY SOBIE MOGĘ POZWOLIĆ NA SPORĄ PORCJĘ SŁODYCZY BEZ WYRZUTÓW SUMIENIA, ALE JEDNORAZOWO!!!!! CZYLI JEDEN DESER NA TYDZIEŃ. SŁODKIE KAWY TEŻ TRAKTUJĘ JAKO SŁODYCZE, BO TO PRZECIEŻ FURA KALORII!!! I CUKRU!!!! Gdyby moja waga poszła z jakichś powodów znacznie w górę i źle bym się z tym czuła, to również sobie nie pozwalam na słodycze
  • JEŚLI Z JAKIEGOŚ POWODU WYKORZYSTAM W TYGODNIU PRZYJEMNOŚĆ Z PUNKTU 1 TO POTEM W WEEKEND SOBIE NA TAKIE PRZYJEMNOŚCI NIE POZWALAM!!!!
  • KOSTKA CIEMNEJ CZEKOLADY TO MAŁA PRZYJEMNOŚĆ, NIE LICZĘ JAKO DESER (ale max 2 razy w tygodniu!!!... nie mogę tego zmieniać, bo inaczej będę popuszczać sobie coraz bardziej i pójdzie to w złym kierunku!!!) Nie jem jej jednak w momencie, gdy chcę zrzucić wagę
  • WINO - 1 LAMPKA TYGODNIOWO
  • RAZ NA DWA TYGODNIE MAM CHEAT MEAL DAY, KIEDY TO NIE PRZEJMUJĘ SIĘ DIETĄ I JEM TO CO CHCĘ - TO BĘDZIE TAKI DZIEŃ WŁAŚNIE NA OBIADY RODZINNE, ŚWIĘTA, URODZINY, CZY IMIENINY, to też nie w momencie, gdy chcę zrzucić wagę, tylko w normalnym czasie
  • ZDROWE EKOSŁODYCZE TYPU SERNIK BEZ CUKRU I INNE TEGO TYPU SĄ DOZWOLONE W RAMACH POSIŁKU OWOC+JOGURT, OCZYWIŚCIE MUSZĘ ZACHOWAĆ PROPORCJE PRODUKTOWE, natomiast jeśli będą tam jakieś dodatkowe kalorie, to nie spożywam takich ekosłodyczy w momencie, gdy chcę zrzucić wagę


Od 4 stycznia chcę zdrowiej żyć, bardziej się starać i będzie to mój kolejny punkt motywacyjny. Będę sobie dzielić mój czas na okresy 3 tygodniowe i będę starała się w takim czasie wykonywać jakieś moje postanowienia.

Pierwsze 3 tygodnie nowego roku, w zależności jaka będzie moja waga dnia 4 stycznia, przeznaczam na super zdrowe jedzenie zgodnie z planem, trzymając się diety 2000kcal-2300 kcal, w zależności od tego ile wyniesie moja waga w tym dniu. W każdą sobotę będę się ważyć i będę oceniać dany tydzień, żeby stwierdzić, czy należy się mi nagroda weekendowa, oczywiście cały tydzień od poniedziałku do piątku będę starała się przeżyć super zdrowo i aktywnie. Również w ciągu tych pierwszych trzech tygodni będę kończyła plan Insanity. Będzie naprawdę ciężko, bo drugi miesiąc jest bardzo wykańczający, a żeby mieć czas na taki trening, to będę wstawała o 6 rano. Godzinę moje maleństwo nie wytrzyma bawiąc się samo, poza tym potrzeba teraz więcej miejsca i skupienia. Treningi są naprawdę długie i ciężkie.Pierwszy tydzień drugiego miesiąca trochę pomieszałam, bo zrobiłam 2 pierwsze dni, potem zaległe Core Cardio and Balance, a potem 2 dni przerwy ze względu na przeziębienie, a jutro i w niedzielę zrobię również zaległe Core Cardio, czyli treningi z Recovery Week, których nie wykonałam. Te 3 tygodnie stycznia będą naprawdę niezłym wyciskiem i jeśli w tym czasie będę trzymać dietę, to efekt powinien być naprawdę dobry.

Kolejne 3 tygodnie to się zobaczy, ale to będą moje ostatnie 3 tygodnie urlopu macierzyńskiego, następne 3 tygodnie spędzę już w pracy, a potem będę mieć wizytę kontrolną  u Pani dietetyk. 

Najtrudniejszy jeszcze będzie ten tydzień, ponieważ nie wiem, jak źle jest z moją wagą, to nie mam wielkiej motywacji, po drodze jeszcze sylwester, w którego chyba nie robimy nic specjalnego, ale ponieważ zmotywować się mam od 4 stycznia to czuję lekkie rozluźnienie i mniejszą motywację. Zresztą dziś też ta moja motywacja gdzieś uciekła, jak trzeba było coś zrobić. 

Trudno, jutro ruszam do boju. Postaram się w tym tygodniu też wpaść na jakiś trening w fitness klubie!

czwartek, 26 grudnia 2013

Święta święta i po świętach...

26 grudnia 2013 roku. Dziś po nieco ponad 8,5 przeżytych wspaniałych latach odeszła od nas nasza goldenka. Ostatnie jej dni były przepełnione, na szczęście nie trwało to długo. Nie dało się jej już uratować i moja mama podjęła decyzję, że trzeba zakończyć jej cierpienie....

Przy okazji świąt zawsze pojawiają się wspomnienia naszego szczęśliwego dzieciństwa. Tak też było w tym roku. Mój tata z rozrzewnieniem wspominał, jak to łapał moją siostrę ze stołu, jak to ona zjadła kiedyś liczydło i tego typu miłe wspomnienia. Mój mąż zapytał się, jak to jest, że tata ma takie wspaniałe wspomnienia, a my tak źle wspominamy nasze dzieciństwo. Czemu moja siostra miała depresję, czy chodziła na terapię i kiedy... Trudno mi było odpowiedzieć na te wszystkie pytania, bo mam wielką dziurę w pamięci i wiele wykasowanych obrazów. Po prostu nie umiem poskładać faktów, co kiedy i gdzie. Zapytałam się mojej siostry jak to jest z tymi wspomnieniami taty. Napisała mi smsa, że mogę pokazać go swojemu mężowi, że tata wspomina wczesne dzieciństwo, a potem miał załamanie nerwowe i zaczął się wyżywać na nas fizycznie i psychicznie, a mama to wszystko ignorowała, a cokolwiek nie powiedziałam mojemu mężowi, to jest to prawda. Moja siostra kiedyś została rzucona o ścianę, w zasadzie to mój tata uderzył jej głową o ścianę, a potem cisnął nią o metalowe wiadra na węgiel stojące w przedpokoju... bo szła do kuchni i stanęła mu na drodze. I takich historii jest nieskończenie wiele. Dobrze, że niewiele z tego pamiętam. Zapomnijmy o tym koszmarze. Wróćmy do rzeczywistości.

O ile Wigilię udało się mi przeżyć jako tako rozsądnie, to zarówno wczorajszy jak i dzisiejszy dzień przeminął pod znakiem wielkiego żarcia. Oczywiście skupiłam się na jedzeniu słodyczy. Wszystko inne jakoś mnie tak nie kusiło i było zjedzone z umiarem, poza tym śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolacja to słodycze, słodycze i jeszcze raz słodycze w sporych ilościach! 2 dni hmm, skoro z mojego doświadczenia naprawianie strat trwa zazwyczaj 4 razy dłużej, to przez następne 8 dni postaram się jeść zdrowo i dobrze, jeszcze nie przesadzając z odmawianiem sobie każdej najmniejszej drobiny pożywienia, tak, żeby zapełnić moje zapotrzebowanie kaloryczne, ale aby go nie przekraczać, czyli 2300 kcal będzie ok, od soboty w nowym roku natomiast zabieram się porządnie za siebie. Nowy Rok, nowe wyzwania, nowe postanowienia... wielkie zmiany!!! Dziś treningu nie było, bo ledwo przeżyłam noc, miałam gorączkę i obudziłam się spocona jak mysz kościelna. Dalej nie jestem zdrowa, ale chyba jest już troszkę lepiej...

Moje maleństwo dorasta. Dziś byliśmy na chrzcinach naszego bratanka. Nasza mała, oprócz bratanka była tam najmłodsza. Wszystkie inne dzieci w przedziale od 2,5 do wieku szkolnego... w sumie 4 szaleńców, biegających wokół stołu i piszczących wesoło. Moje maleństwo biedne tak bardzo się do nich wyrywało, tak bardzo chciało z nimi biegać i tak bardzo było szczęśliwe, kiedy dzieciaki do niego podchodziły i poświęcały mu chwilę uwagi. Moja mała chce iść w świat, chce iść do innych dzieci... mama już niedługo nie będzie jej już potrzebna (oczywiście dramatyzuję i ironizuję). Z drugiej strony maleństwo nie mogło dzisiaj zasnąć, znowu za dużo wrażeń, ale gdy położyła się u mnie na piersi, jej oddech uspokoił się i zapadła w błogi sen ( w rzeczywistości trwało to trochę dłużej i wymagało wielu podchodów moich i mojego męża, pojenia wodą i przytulania, ale ostatecznie tak właśnie zasnęła). Dzień pełen wrażeń zakończył się awanturą, gdy maleństwu nie pozwolono dotknąć tableta brata mojego męża. Skończyło się wielkim żalem i awanturą, tak więc pojechaliśmy do domu. Ach to maleństwo, coraz więcej żąda, chce i wymaga oraz awanturuje się i jak tu wychować je na mądrą dziewczynkę! Potem maleństwo zasnęło w aucie i znów było moim słodkim jedynym aniołkiem...

środa, 25 grudnia 2013

Opowieść wigilijna, czyli pierwsza wigilia mojej córki

Dzień, który chciałabym zachować z swojej pamięci do końca życia. Dlatego chcę go opisać, by gdy pamięć zacznie szwankować, albo mój umysł zacznie usuwać niektóre myśli i wspomnienia, by mieć go w sercu na zawsze.

Pomimo wstępu przedświątecznego, czyli okropnej kłótni z moim mężem, wypowiedzianych przykrych słów (o tym akurat nie chciałabym pamiętać, ale jednak miało miejsce , być może spowodowało oczyszczenie atmosfery, a być może niewiele zmieniło, tylko zraniło dalej moją duszę), Święta te będę pamiętać jako jedne z najpiękniejszych. Już dawno Wigilia, to całe jedzenie, prezenty, przygotowania nie miały dla mnie sensu, raczej mnie męczyły, niż sprawiały radość. Teraz to wszystko się zmieniło, bo jest ktoś, kto raduje się każdego dnia, uśmiecha się do mnie i jest moim niesamowitym skarbem.

Nie wiem, czy będę się bardzo rozpisywać, ale najbardziej chciałabym zapamiętać kilka wspaniałych momentów z tego dnia. Pogoda była niesamowita jak na grudniowy dzień, niebieskie niebo, przepiękne słońce i … kilkanaście stopni! Poszłyśmy z maleńką na spacer nad rzekę. To był niesamowity moment, śpiewałyśmy razem piosenki (ja śpiewałam, pomimo bólu gardła, który zaczął się już kilka dni temu), uśmiechałyśmy się do siebie, cieszyłyśmy się swoim towarzystwem, a najpiękniejsze było to, że w chwili tego wielkiego szaleństwa i przygotowań świątecznych miałyśmy tą jedną chwilę tylko dla siebie….

Gdy mój mąż pojechał po swoją mamę udało się nam znaleźć taki drugi moment i to również było niesamowite. Obydwie wiemy, że nasz czas karmienia piersią dobiega końca, uwielbiamy więc te momenty, gdy możemy być tak blisko siebie. Gdy zostałyśmy same położyłyśmy się do łóżka i razem przeleżałyśmy 47 minut. Malutka spała ssąc moją pierś. Była taka spokojna i cudowna. Obydwie byłyśmy przygotowane już, mała ubrana w sukienkę, ja w makijażu, czekałyśmy na gości i na to istne szaleństwo, a jednak byłyśmy tylko my dwie. Chwila do zapamiętania… pewnie taka się nie często już powtórzy….

Jedzonko malucha. Nasza mała jest już znana z tego, że pięknie je i ma niesamowity apetyt. Chciałam, żeby w pełni uczestniczyła w naszej Wigilii i przygotowałam jej specjalną wersję barszczu czerwonego z jajkiem, ziemniaki z marchewką, dostała nawet pieroga ze śliwką. Dostała również ciasteczko owsiane, a potem jeszcze dobrała się do mojego sernika. Do tego jeszcze zjadła 3 ziarenka fasoli. Wszyscy byli pod wrażeniem, jak ona pięknie je i ile potrafi zjeść i również… jak głośno potrafi nakrzyczeć na rodziców, gdy odmawiają jej jedzenia!

Mama malucha. Zastanawiałam się kiedyś, czy jestem ważna dla mojej małej. Teraz już wiem, że jestem najważniejsza, jedyna i niezastąpiona. Gdy czuje się zagrożona, gdy wokół jest dużo ludzi, gdy dzieje się coś nowego, to nie żadna babcia, nie żaden tata, tylko mama jest potrzebna. To do mnie wyciąga rączki i przy mnie czuje się bezpieczna. Z jednej strony trudna sytuacja, bo czasem nic nie mogę zrobić, były momenty, gdy nie mogłam jej zostawić nawet z moją siostrą, ale również jestem trochę z tego powodu dumna i szczęśliwa, bo jestem dla niej jedyna i niezastąpiona.

Zabawa malucha. Dzieciaki nie mogły doczekać się otwierania prezentów. Nasz 5-letni kuzynek wyłudził od rodziców, aby pozwolili dzieciom otworzyć po jednym małym prezencie, zanim przyjdzie pora na oficjalne wręczanie prezentów. I on i jego siostra wylosowali prezenty z grającymi elektronicznymi głośnymi i świecącymi zabawkami. Nasza Maleńka wylosowała… skarpetki. Mąż potem siedział z małą w przedpokoju i żartował sobie, że ona jak to biedne dziecko siedzi sobie i bawi się skarpetkami i rozrzewnieniem patrząc na bogate dzieci i ich elektroniczne zabawki. Urocze.


Sen malucha. A raczej kiepski sen malucha i bardzo trudne zasypianie. Jak się tyle pojadło i miało się tyle wrażeń, to potem ciężko było zasnąć. To był wspaniały dzień. Ja z moim mężem mieliśmy tyle na głowie, że nawet nie zdążyliśmy zrobić żadnych zdjęć. Wszystkie momenty muszą zostać zapamiętane i utrwalone w naszych głowach i sercach. 

Wigilijna opowieść. Wprowadzenie.

Zasiadłam teraz do komputera... myślałam, że będę mieć odrobinę spokoju, bo mój mąż musiał gdzieś na chwilę pojechać, żeby napisać to, co chciałam, ale kąpiel i usypianie małej zajął mi cały ten mój czas. Teraz się muszę spieszyć, bo właśnie podgrzewa kolację i nie jestem już sama....

Mogłabym pisać o tym jak przeminęła mi wigilia pod względem świątecznym, jak się mi udało z jedzeniem i z nieobjadaniem się, jak wyglądały przygotowania do pierwszej organizowanej przez naszą rodzinę kolacji wigilijnej, mogłabym również napisać, że od poniedziałku wstaję rano o 6:30, żeby ćwiczyć Insanity gdyż teraz podczas Świąt naprawdę nie byłoby na to czasu, ani możliwości, również mogłabym opisać, że łapie mnie znów przeziębienie, tak więc moje plany treningowe nie będą mogły być do końca zrealizowane... ale.... ale jakie to ma znaczenie!!!


Są inne, ważniejsze sprawy. O tym wszystkim za parę dni, tygodni zapomnę i nie będzie to już dla nikogo ważne, zresztą już nie jest, co najwyżej czasami dla mnie.

Ważne są inne rzeczy. Mój pies umiera. Jest tak chory, że najprawdopodobniej zapadł już na niego wyrok. A ja? Nie wiem, co się ze mną dzieje. Tak jakby ktoś wytłumił ze mnie wszystkie uczucia, tak jakbym oglądała film... choć na filmach zdarza się mi płakać. Nie dociera to do mnie. Moje całe życie rozgrywa się poza mną. Nie zakuło mnie serce, gdy mama mi o tym powiedziała. Mój pies mieszka od dawna od mamy. Wychodząc dziś od rodziców nawet nie pożegnałam się z nim, tylko pośpiesznie ubierałam i pakowałam małą, bo minęła już pora jej drzemki i zaczęła się robić nieznośna..... Co się dzieje?! Żal mi mojej mamy, że tak bardzo to przeżywa, jeszcze przeżywać będzie to moja siostra, która nie wie, jak źle z nim jest, a ona jest w ciąży i mama chce ukryć przed nią to, jak poważna jest sytuacja... Czy ja już wylałam wszystkie możliwe łzy podczas tego życia. Z moim tatą też nie było dobrze, groziła mu jakaś zapaść, krwotoki z nosa, uszu, ale.... ale i ja i mama przeżywałyśmy bardziej chorobę naszego goldenka niż jego.... Co się z nami dzieje? Dziś się mój mąż zapytał, czy moja siostra też ma takie zdanie o naszym dzieciństwie i też uważa, że ojciec je zmarnował? Za każdym razem, gdy jesteśmy u rodziców on opowiada historie... wesołe, szczęśliwe historie z naszego dzieciństwa

Nie o tym jednak chciałam napisać, chociaż to ważne. Chciałam napisać o pierwszej Wigilii i pierwszych Świętach mojego dziecka, bo to jest dla mnie ważne, najważniejsze. 

niedziela, 22 grudnia 2013

Świątecznie

Po wielkiej burzy trwają u nas przygotowania do Świąt. Mój mąż przyznał, że jednak mu trochę na mnie zależy, a więc to była normalna kłótnia jak w każdym normalnym domu (ciekawe, czy są gdzieś normalne domy, gdzie panuje harmonia? W moim moi rodzice w ogóle się nie kłócili, za to ojciec znęcał się nad dziećmi, a mama niczego nie była świadoma). Pomińmy na razie ten temat. Postaram się pochować swoje urazy i więcej popracować nad naszym związkiem, może trochę więcej dać serca z siebie.... przynajmniej przez święta i zobaczymy, co będzie dalej.

Ubraliśmy dziś choinkę. Jutro musimy dokończyć zakupy i ja zabieram się za gotowanie i pieczenie. W sumie to chyba będzie przyjemna część, muszę tylko ustalić plan działania, co kiedy zrobić. Przepisy mam, składniki mam, albo prawie mam, ale już rano będę mieć i wszystko będzie zrobione i przygotowane. Mąż zajmie się porządkami, więc super, bo ja wolę gotować.

Plan treningów też już jest ustalony - przez święta będę robić podwójne Insanity, skracam mój recovery week, tak, żeby zakończyć cały program wtedy, kiedy planowałam pierwotnie, czyli nadrabiam moją chorobę i ten nieszczęsny piątek spędzony na awanturze. Jednakże będę musiała się poświęcić i wstawać o 6 rano, żeby wykonać moje ćwiczenia. To jedyny sposób. Wieczory chcę poświęcić mężowi,  w ciągu dnia będzie zbyt wiele do zrobienia, więc nie dam rady, tak więc nie ma zmiłuj, codziennie pobudka o 6 rano i trening na czczo. Gorzej że coś łupnęło mi w kręgosłupie, a raczej przestawiło się w kręgosłupie lędźwiowym i boli mnie bardzo, ale na razie postanawiam to zignorować. 1,5 godziny treningu w każdy świąteczny dzień plus przynajmniej godzinny spacer i nadmiar kalorii powinien zniknąć, a nie odłożyć się w mojej pupce. Oczywiście nie zamierzam się objadać, ale pewnie nie będę sobie też odmawiać smakołyków. Mam pamiętać, że Święta trwają 3 dni i trzeba sobie rozłożyć jedzenie, a nie zjeść wszystko na raz a potem cierpieć. 

Kładziemy małą do spania i zabieramy się do pakowania prezentów!


piątek, 20 grudnia 2013

Rozwód coraz bliżej?

Dzień kolejnej wielkiej awantury! Kryzys w pełni hula w naszym domu. Biedna mała się na to napatrzyła. Nawet byłam bliska wyrzucenia mojego męża z domu... ale do niego to nie dotarło, powiedział, że się nie wyprowadzi bez dziecka, że sama się mogę wyprowadzić... Hmmm, mało prawdopodobne, żebym wyniosła się z mojego własnego mieszkania. Wielka burza w szklance wody. Pewnie niedługo nie będziemy o niej pamiętać. Efekt: oczy mnie bolą od płakania, Insanity nie zrobione (o to też się pokłóciliśmy, że za dużo na to czasu poświęcam), ciastko makowe spożyte, a wieczorem jeszcze zimna kanapka na ciepło z czymś co miało być szynką parmeńską, oczywiście z białej mąki! Na szczęście dzień skończył się pomyślnie... spotkałam się z kolegami ze studiów i uświadomili mi, że nie jestem sama w tym swoim kryzysie. Wiele par tak ma, gdy pojawia się dziecko. Rozwiązanie podobno tkwi w seksie!!!

czwartek, 19 grudnia 2013

Zmieniłam się ja czy zmienił się świat?

Właśnie do mnie mama zadzwoniła i powiedziała, że tata ma migotanie w sercu i chcą mu założyć rozrusznik. Chcieli go zabrać do szpitala, ale nie zgodził się. Na razie ma powtórzyć jutro badania. Co czuję? Nic.... Nie przejęłam się tak jak powinnam, nie zrobiło się mi smutno, nie poczułam nic. Przykro się mi zrobiło, że znowu ogrom obowiązków i cierpienia spadnie na mamę...

Moja mama postanowiła pójść jutro do Pani dietetyk. Mojej pani Kariny! Jestem z niej ogromnie dumna i zadowolona. Zdecydowała się, zrobiła pierwszy krok i umówiła się na wizytę. Będę ją dopingować z całych sił, bo najwyższa pora, żeby o siebie zadbała. Całe życie zajmowała się innymi, a swoje życie i zdrowie zaniedbywała. Mam nadzieję, że wystarczy jej zapału, żeby naprawdę się zmienić...

Moja mama jest naprawdę dla mnie wsparciem. Czasem się na nią wkurzam, ale mogę na nią liczyć, tylko z nią mogę porozmawiać teraz o wszystkim i naprawdę mnie zrozumie... Zawsze tak było, ale gdzieś mi to w którymś momencie życia umknęło...

Moja przyjaciółka A. Dalej nieosiągalna. Okazuje się, że ma guza w piersi. Niedługo idzie na jego usunięcie. Zostanie on poddany badaniu histopatologicznemu. Do tego czasu, do otrzymania wyników chodzi nieprzytomna i nieobecna... Chciałam jej jakoś pomóc, zaproponowałam, że pójdę z nią na zabieg. Ciężko kogoś wspierać, gdy ten ktoś sam jakoś tak się odsuwa i jest nieobecny. Samej mi ciężko, bo zostałam sama, bez przyjaciółki... Rozumiem, teraz jest jej czas i jej problemy... ale być może jeszcze trochę żalu się we mnie kryje za poród, za ten okropny czas, gdy zostałam kompletnie sama....

Praca. Przełamałam się i poszłam złożyć kolegom życzenia. W końcu z nimi chcę mieć dobre relacje i lubię ich. Spotkałam nawet szefa. Złożyłam mu również przysłowiowe Wesołych Świąt.... ale on jak zwykle taki nieobecny. Nie poświęcił mi ani ułamka sekundy. Zawsze taki był. Potem mój przełożony się pytał, czy widziałam się z szefem. Nie wiem, co oni knują.... tzn nie wiem, co mój szef knuje, ale nie uda się mu to, bo się odpowiednio przed tym zabezpieczę! Wszyscy się mnie pytali, czy przychodzę na Wigilię. Powiedziałam, że przyjdę za rok. Moja mama to skwitowała, że powinnam była powiedzieć, że nikt mnie przecież nie zaprosił.

Dom rodzina kosmos. Moja mała była dziś lekkawo nieznośna. Katar ją męczył i wypowiadała słowo mamma z częstotliwością iście nieziemską, wdrapywała się na mnie, chodziła za mną wszędzie. Momentami miałam jej czasami dość. Mój mąż zajęty sprawami samochodu i domu, więc nie mógł poświęcić jej za dużo czasu. Teraz żyję w obawie, że jest na mnie zły, że mu nie pomagam. Oczywiście zaproponowałam mu pomoc, albo że zrobię  mu kolację, byłam też jednak na jednej godzinie fitnessu, więc obawiam się, że może mieć o to do mnie jakieś pretensje... a może to tylko moje wyobrażenie, bo ja już mam urojone w głowie, że ciągle będzie mieć do mnie pretensje i żale o coś. 

Zastanawiałam się, jak wiele zmieniło się w naszym życiu. Bardzo wiele. Odkąd pojawiła się mała. Pisałam już chyba o tym, że mój mąż skwitował ostatnio podczas rozmowy z koleżanką, że u nas nie ma romantyzmu, bo on nie ma na to czasu, bo zajmuje się dzieckiem. I tak być może sprawy właśnie się mają. Jest dziecko i toczy się wszystko wokół niego, a nasz związek jak kulał, tak kuleje.... Przynajmniej mi brakuje dowartościowania, usłyszenia, że jestem ważna, potrzebna kochana!

A może powinnam przestać się nad tym zastanawiać, przestać narzekać i nękolić, tylko po prostu żyć i cieszyć się z tego co jest? Moje myślenie zmieniło się po porodzie... Może nie przestał mnie nikt kochać, tylko wręcz przeciwnie, pojawił się nowy człowiek do kochania... Dlaczego jest mi tak trudno z tym żyć i to dostrzec i zrozumieć?

Jestem przerażona powrotem do pracy. Jak to wszystko sobie zorganizować, jak znaleźć na wszystko czas? Jak poświecić córce jak najwięcej uwagi? Jak wtedy zadbać o związek, o siebie? Może inni sobie radzą. Ja oczywiście nie chcę rezygnować z niczego, tylko wszystko sobie jakoś poukładać...

wtorek, 17 grudnia 2013

Po imprezie firmowej mężowej

Już wtorek. No, czas na podsumowanie imprezy. Przeżyliśmy. Nie powiem, brzuszek miałam pełny, ale w końcu zamiast tradycyjnej kolacji były 2 obiady, zimna płyta i jeszcze jakieś ciasta. Do tego półtora drinka. Starałam się brać wszystkiego po troszeczku, żeby nie przesadzić i kategorycznie nie brać dokładek. Zrezygnowałam z ryżu i z tego typu dodatków. Zgodnie z zaleceniami nie ważę się, jedynie w soboty, nie wiem więc jak zmieniła się moja waga i... dobrze mi z tym. Nie muszę się tym stresować i mogę normalnie funkcjonować :)

Wczoraj przyszła do nas koleżanka w odwiedziny, zjadłam więc z tej okazji zamiast podwieczorku trochę makowca i dodatkową małą kawę, ale zrezygnowałam już z innych dodatków. Zaczynam żyć normalnie. Od czasu do czasu mogę sobie na coś pozwolić. Makowiec kusi jeszcze w lodówce, ale dam mu już spokój. Wystarczy, że na imprezie dostaliśmy całe pudło z pysznymi słodyczami. Trzeba się będzie nimi powolutku delektować, ale jednak codziennie nie można jeść słodyczy... no przynajmniej nie w okresie świątecznym.

Dziś wielki dzień. Udało się mi skończyć pierwszy miesiąc Insanity. Jutro jeszcze rest day, ale to już na pewno uda się mi zrobić. Rezultaty? Nie wiem, na pewno lepsze samopoczucie, większa wydolność i wytrzymałość. Dziś jak robiłam Plyometric Circuit Treining to miałam tętno 168, a za pierwszym razem 178 i myślałam, ze umrę.

Jeszcze jednak sprawa jest do opisania, ale uciekam dać małej cycka... w zasadzie to 2 sprawy, moja wigilia firmowa i cycki nocne właśnie.

Będę potem!

PS. Jestem. Przede wszystkim ważna rzecz. jutro mała kończy 10 miesięcy. Wczoraj zaczęła raczkować. Jestem z niej taka dumna... zresztą ostatnio w ogóle biorą mnie sentymenty, że jeszcze niedawno była taka malutka. Chciałabym ten czas przeżyć jeszcze raz, może inaczej udałoby się mi z niego cieszyć, może bardziej, może nie przejmowałabym się tak rzeczami, które nie mają znaczenia?! Od jutra mój mąż też ma urlop ojcowski, albo tacierzyński, nie pamiętam który to, w każdym razie postanowiliśmy że to będzie dobry moment, żeby oduczyć małą picia mleka w nocy. Dziś więc dostanie jedno mleko koło 22-23 (oby nie obudziła się o 21, bo ostatnio się jej tak zdarza, a ja będę na fitnessie!!!!), a potem musi wytrzymać do godziny 5 rano!!! Taki jest plan. Te karmienia będę sobie chciała zostawić do ukończenia przez małą roczku... i zobaczymy czy moja laktacja i chęci wytrzymają, bo może jeszcze będę dawać jej cycuszka. Nie chcę z niego tak szybko rezygnować, jednak trzeba trochę wyregulować to jej nocne jedzenie. Nie może być tak, że ciągle będziemy wstawać po 4 razy w nocy!!!

Druga sprawa... tak jak przeczuwałam... choć z drugiej strony nawet się mi to w głowie nie mieściło, nie jestem zaproszona na wigilię firmową. Nieźle nie, wszyscy z mojej firmy są, a ja nie. Podobno tak szef zdecydował, że naprawdę mało osób jest, nawet podwykonawcy nie mają zaproszenia (moja firma ma bardzo skomplikowany status i w bardzo rozmyślny sposób pozatrudniane osoby), co nie zmienia faktu, że nie zaprosili matki na urlopie macierzyńskim. Słabo, prawda?! Miałam ich odwiedzić i złożyć życzenia, pozałatwiać sobie sprawy z urlopem wychowawczym, ale święta to i tak nie najlepszy czas na to. Pójdę w innym dniu, złożę życzenia moim kolegom, a urlop będę załatwiać w Nowym Roku - 1/4 urlopu, bo wracam w lutym do pracy, ale nie na cały etat.

sobota, 14 grudnia 2013

Dziś impreza... i pierwsza próba

Dziś wieczorem idziemy na imprezę do męża do pracy. Na to konto zrobiłam rano już trening Insanity, poszło prawie 400 kcal, potem jeszcze pojadę z maleństwem na basen, a wieczorem wdrożę tańce. Na szczęście mój mąż jest taneczny, a jeszcze jak coś wypije to wstępuje w niego taneczny diabeł i nie da się go ściągnąć z parkietu. Chyba ostatni raz tańczyliśmy podczas naszej podróży poślubnej... chociaż nie, ostatni raz był rok temu podczas tej samej imprezy, wtedy byłam zdaje się w siódmym miesiącu ciąży, ale i tak nie schodziłam z parkietu.

Karina - dietetyczka pozwoliła mi wszystkiego spróbować, tylko nie przesadzać. To dla mnie próba, ale chyba powinno się udać. Nie lubię się objadać... chociaż we mnie też czasami wstępuje diabeł i jem jem i jem. Tym razem postaram zachować się w miarę rozsądnie. Cały dzień jem normalnie, no oprócz kolacji, z której już zrezygnuję. Impreza zaczyna się o 19. Chyba trochę potem dotrzemy - może i dobrze, bo na początku mają być godziny przemówień, podziękowań itp. a mnie to nie dotyczy. Mój mąż też nie jest tym zainteresowany - trzeba położyć maleństwo do spania. Moje kochanie dziś zostanie pierwszy raz samo na noc. Do tej pory zawsze  z nią byłam, zawsze oprócz może 2 nocy, kiedy to była w szpitalu i zmienialiśmy się z mężem, żeby się nie wykończyć. Teraz zostaje z babcią - teściową - po raz pierwszy raz w życiu. Może nawet dobrze, że nie z moją mamą, bo moja mama pewnie by przespała jej płakanie. Tak było na samym początku, jak mój mąż wyjechał a mama miała mi pomagać. 2 tygodnie po cc ledwo żyłam, mała miała kolki i trzeba było ją nosić w pionie przez całą noc, żeby spała a nie płakała... moja mama słyszała, że mała płacze, ale... nie miała siły/nie chciało się jej wstać... ech. Dobra, nie narzekam. Doceniam pomoc, ale w takich momentach czułam się bardzo samotnie. Nie ważne, nie o tym miałam pisać. Dziś ta pierwsza noc bez maleństwa. Małe chyba coś czuło, bo ten nocy 5 razy budziła się na mleko, a normalnie budzi się tylko!!! tylko 3 razy. 

Jutro, ponieważ w moim organizmie może być odrobina alkoholu - tak zamierzam pić - rok temu nie piłam bo nie mogłam i byłam kierowcą - to nie będzie chyba karmienia o 16. I to ma być początek odstawiania od karmienia w ciągu dnia. Nie wiem, jak ja dam sobie z tym radę, a raczej moje piersi. No ale może się dostosują i zostanie jeszcze trochę mleka na noc. 

Zobaczymy też jak moje piersi dadzą radę tej nocy. Nie wiem, czy mała nie dostanie dodatkowego cycuszka przed naszym wyjściem, żeby mi cycki nie pękły!!!!

Mała jest z taką na spacer. Po raz pierwszy siedzę sama w domu i nic nie robię. Oczywiście mam lekkie wyrzuty sumienia, ale nie, nie zabiorę się jeszcze za gotowanie obiadu. Naleśniki mam zrobione, jeszcze tylko zrobię farsz ze szpinaku i sera, ale to proste jest. Moje maleństwo wczoraj dostało szpinak i polubiła bardzo. Mięsko dla niej mam, kaszę mam, żółteczko ugotuję, może jeszcze trochę zetrę jej marchewki, bo okazuje się, że surówkę z marchewki też lubi! Mojej kochanej wrócił apetyt! Jupi!!! Matka jest szczęśliwa!!!

piątek, 13 grudnia 2013

Tak wyglądam



Brzuszek dalej trochę wystaje... nie wiem, jak to zmienić, w końcu robiąc Insanity cały czas ćwiczę brzuch. Do tego zjawiam czasami się na siłowni! I też ćwiczę brzuch!

Znalazłam ostatnio bratnią duszę. To dziewczyna, o moim imieniu, którą poznałam w internecie. Czytam jej bloga. Spotkałyśmy się nawet raz na żywo, a ostatnio okazało się, że borykamy się z tymi samymi problemami... te same drastyczne metody odchudzania się w młodości, te same problemy, te same zaburzenia odżywiania... Tylko takie osoby są mnie w stanie zrozumieć, które też to przeszły. Które znają ucieczkę w jedzenie, które nie radzą sobie z emocjami, zamykają się w sobie....

Mój terapeuta powiedział, że to zjedzenie czekoladek to też taka forma obrażania się.. a więc jestem obrażalska. Dalej zamiast mówić o swoich emocjach kumuluję je w sobie i krzywdzę się.... 

Pamiętać mam jednak o dobrych stronach. O tym, z czym sobie świetnie już radzę. Potrafię się kontrolować. Potrafię zjeść jedną czekoladkę (taką małą) na deser i nie muszę sięgać po koleją. Potrafię czerpać z tego przyjemność. Potrafię cały tydzień odżywiać się zdrowo, gdy wiem, że w poprzednim przegięłam i przesadziłam z podjadaniem, słodyczami itp. Jest dobrze. Będzie coraz lepiej. Wierzę w to!!!!


czwartek, 12 grudnia 2013

Po wizycie kontrolnej u Pani dietetyk... wygrałam!

Okazuje się, że nie jest źle. Troszkę tłuszczyku mi przybyło, ale to tak w granicach pół kilo - to się tak będzie wahać, ale zdobyłam też +0,2kg mięśni. Oni pododno mają taką super wagę, która ocenia wszystko z dokładnością co do 100g.

Pani dietetyk jest zadowolona ze mnie. Radzę sobie podobno bardzo dobrze. Lekki wzrost wagi jest normalny i dopuszczalny. Nie będę mieć zwiększanej liczby kalorii, bo nie chcę. Mam teraz 2000 kcal, ale dzięki temu mama lekki zapas na przykład na odrobinę masła orzechowego, dżemu czy majonezu.

Podobno jakbym przestrzegała stricte tek diety 2000 kcal to by mi waga spadła jeszcze, ale nie mogę popadać w przesadę i ze 2 razy powinnam!!!! tak tak powinnam pozwolić sobie na małe co nieco, bo inaczej się zniechęcę. Tak więc żadne cięcia kalorii, głodzenie się, czy rozpoczynanie kuracji odchudzającej nie wchodzi w grę. Crunchy oczywiście muszę wyrzucić z mojej diety.... tylko skończę tą ostatnią paczkę co mam. Od nowego roku nie jem takich świństw!

Święta i imprezy jakoś trzeba przetrwać - można wszystkiego skosztować, ale nie objadać się!!!!

I ważyć się mam absolutnie nie częściej niż raz w tygodniu - ustalam sobie sobotę. Po świętach zważyć się mam dopiero najwcześniej po tygodniu. 


Tak więc bez stresu, wszystko jest dobrze. Idę w dobrym kierunku. Jak zauważę, że przegięłam i trochę na za wiele sobie pozwalam to po prostu trzeba przez następne dni bardziej uważać i trzymać się planu żywieniowego. I wszystko jasne!


Dziś i jutro staram się jeść zdrowo i rozsądnie - tak właśnie jest, bo w sobotę impreza!


środa, 11 grudnia 2013

Ostatni dzień przed kontrolą

Moja waga dzisiejsza 56,3 kg. Zobaczymy jeszcze, co będzie jutro, ale mogę w zasadzie powiedzieć, że udało się mi przez te 8 tygodni utrzymać wagę, którą osiągnęłam podczas odchudzania, czyli 56,0 kg. Mogę być z siebie zadowolona. Może to więc nie jest takie trudne. Może nie trzeba nie wiadomo ilu wyrzeczeń, tylko trochę zdrowego rozsądku i kilku mądrych zasad?! Może nie będę robić nie wiadomo czego i głodzić się, tylko wprowadzę jeszcze kilka poprawek do mojej diety i moich zwyczajów i to wystarczy. Na pewno powinnam:

1. Przestać jeść w stresie i emocjonalnie

Mindful eating o tym mówi, ale nie jestem całkowicie przekonana do ich ideologii. Nie uważam, że trzeba całkowicie ze wszystkiego rezygnować. Mała przyjemność od czasu do czasu nie jest zła.

2. Objadać się i łamać na siłę wszystkie zasady. Jedno ciastko w tygodniu nie jest złe, ale nie powinnam sobie popuszczać nie wiadomo jak pasa i pozwalać sobie na wszystko! Tyle pracy przecież włożyłam w to, co mam!

3. Przestać się tak stresować i zamartwiać, skoro jest dobrze. Owszem, może być lepiej. Będę nad tym pracować, ale nie z taką nienawiścią do siebie, tylko z miłością. Zjedzenie obiadu na mieście i tym podobne rzeczy albo nie trzymanie się stricte wyznaczonego planu też nie jest złe. Można stosować zamienniki i nic się złego wtedy nie dzieje. Trochę rozwagi i rozsądku, a będzie dobrze!!!!

4. Zobaczymy co pokażą jutro pomiary i co powie pani dietetyk. Chyba dostanę porządną reprymendę za moje ostatnie zachowanie, ale co tam. Ważne, że się nie poddaję!



Nie wejdę w tą sukienkę, którą chciałam ubrać w sobotę. Tzn wejdę, ale nic nie mogłabym zjeść i opina się trochę na pośladkach, poza tym jest za krótka i nie wypada takiej ubierać na firmową imprezę. Na szczęscie znalazłam w szafie inną, w sam raz na taką okazję. Może nie będzie mega sexy, ale na pewno będzie elegancko i z klasą!

wtorek, 10 grudnia 2013

Kilka głębszych... przemyśleń

Dzisiejszy dzień był normalny. Taki jak powinien być. Tak jak pisałam wracamy z małą do naszej codziennej rutyny. Udało się być na fajnym spacerze. Była naprawdę świetna pogoda. Ugotowałyśmy obiad, ja nawet 2. W zasadzie to 3 obiady, bo 2 dla małej. Niestety coś od tygodnia mi marudzi i nie chce jeść obiadu. Śniadanie i kolację je, a obiadu odmawia. Kombinuję więc, co jej mogę dać. Na szczęście za drugim podejściem zjadła razem ze mną znaczną część tego, co jej przygotowałam. Nie jest już jednak tak lekko jak było jeszcze tydzień temu, że otwierała ochoczo buźkę i wsuwała dosłownie wszystko, co jej zaproponowałam! Nie wiem, co się dzieje. Może nie jest głodna po obfitym śniadaniu i po przekąsce drugośniadaniowej? Już 2 osoby mi powiedziały, że to zęby, ale przecież inne rzeczy je. Ręce mi dziś opadły, jak po raz kolejny odmówiła jedzenia obracając głowę w bok. Staram się nie pokazywać po sobie, że jestem z tego niezadowolona. Nie chcę, żeby mała myślała czy odczuła w jakikolwiek sposób, że mnie zawodzi. Przecież tak nie jest. Jest dla mnie królewną, największym skarbem na świecie. Ech, ciężko być czasem super rozsądnym rodzicem (jak się samemu ma namieszane w głowie i boryka się z zaburzeniami odżywiania!), ale dam sobie radę. Cierpliwość, wytrwałość i konsekwencja! (Powinnam to zastosować do wszystkich dziedzin mojego życia).

Udało się mi zrobić Insanity dzień 20. Wycofuję się z tego, że nie ma po tym zakwasów. Nie wiem, po jakim ćwiczeniu, ale czułam dziś zakwaszone pośladki po wczorajszej sesji. Do tego całe 15 minut treningu siłowego (chyba nie zrobiłam sobie żadnej przerwy, że mi to tak szybko poszło), 5 minut rozgrzewki oraz godzina stepu. Bardzo udany dzień treningowo. Trzeba jednak przyznać, że zaokrągliłam się trochę... zresztą cały czas jestem zaokrąglona, więc o czym tu w ogóle mówić. Dalej utrzymuję, że to mój organizm utrzymuje tłuszcz na okres karmienia.

Dostałam kopa w du... od koleżanki, za moje czekoladki. Mailwo co prawda, ale zawsze. Bo przecież tyle pracy i czasu włożyłam w to, żeby dobrze wyglądać, a potem marnuję to przez jakąś głupotę. Wykończę się funkcjonując w ten sposób. A jak sobie pomyślę ile kasy i czasu na to poświęciłam to aż ciarki mnie przechodzą po plecach. A jak sobie pomyślę ile zaangażowania mojego męża, który siedział z maleńką, gdy ja chodziłam na treningi 4 razy w tygodniu, to też robi się mi przykro, że to wszystko niweczę. Powinno dać mi to do myślenia. Dalej nie jest najlepiej z moją motywacją i z samoakceptacją. Jest nad czym pracować!

Karmienie. Dalej mi chodzi po głowie. Studiuję książki, internet. Odstawiać, czy nie odstawiać i jak? Ograniczyłam do 4 razy na dobę. Wprowadziłam małej jogurty, kefiry i serek bieluch, żeby nie miała niedoborów. Na szczęście to zjada ze smakiem. Kusi mnie, żeby nie karmić i wtedy pocisnąć dietę... a z drugiej strony widzę problem. Nawet nie w małej, ale w sobie. Tak, to prawda, będzie mi okropnie trudno się z tym rozstać. Już na samą myśl o tym chce się mi płakać. To jest uzależniające. Jak pomyślę, że już nigdy więcej nie będę karmić mojego dziecka to aż mnie ściska w żołądku! Nie planuję kolejnych dzieci, tak więc to mogą być ostatnie miesiące, tygodnie tego naszego rytuału. Nie chcę jednak karmić jakoś strasznie długo, w sensie 2 lat itp. Tego sobie też nie wyobrażam. Chcę, żeby moja córa uczyła się niezależności. Nie chcę jej na siłę trzymać przy sobie. Muszę też tak zrobić, żeby odstawienie nie zbiegło się z moim powrotem do pracy, bo to będzie podwójny szok, a tak się nie robi, lepiej więc zrobić to odrobinę wcześniej... albo odrobinę później.

Czytałam w książce "Pierwszy rok z życia dziecka" o karmieniu właśnie. Kolejny rozdział miał tytuł "Dyscyplina". Takiemu maluchowi jak nasz 10-cio miesięcznemu należy już wprowadzać dyscyplinę. Było tam też napisane, że trzeba zwracać maluchowi uwagę, gdy się zachowuje źle, ale nie można krytykować jego osoby, na przykład, żeby nie mówić mu, że jest złym i niedobrym dzieckiem, bo t burzy jego poczucie własnej wartości... i dochodzimy do sedna sprawy. Mój tatuś mówił mi, że jestem zakałą jego życia, kurwą i dziwką.... ciekawe jakie poczucie wartości może mieć taka osoba?! 


PS. Jeszcze jedno. Miałam napisać, że trudno jest tak zaczynać ciągle od nowa, na przykład nową dietę... i tu właśnie powinnam zmienić myślenie. Przecież już od maja zmieniam swoje nawyki. To prawie 7 miesięcy pracy! Codziennej pracy. Owszem, zdarzają się potyczki i wpadki, ale naprawdę wiele zmieniłam i wiele poprawiłam. Wiele jest jeszcze do zrobienia, bo nie do końca słucham zaleceń pani dietetyk, ani nie słucham siebie i jem w emocjach. Strona dla mnie do przestudiowania:


Mindful eating


Wracamy do formy po przeziębieniu (i czekoladowej wpadce)

Wtorek. Słoneczny ładny dzień. W końcu mogłyśmy pójść na spacer i wróciłyśmy do normalnej rutyny. Rano Insanity, wieczorem fitness... o ile mój mąż wróci w końcu z pracy. Muszę pojechać zastępczym autem, którym nie umiem jeździć i które uważam za puszkę śmierci, bo nasze poszło do naprawy. Ale czego nie robi się dla stepu, nawet zaryzykuje się życie! Głupoty gadam. Seicento nie jest takie złe.

Waga poranna 56,5 kg, czyli nie jest tak źle. Przydałoby się do czwartku wrócić do 56,0 kg, żebym mogła pochwalić się Karinie, że trzymam wagę! No zobaczymy, ile z tego to woda i zaległości w brzuszku, a ile rzeczywiście przybrałam obżerając się czekoladkami!

Słabo z motywacją! Ale będę robić, co tylko będę mogła. Na wiosnę będzie na pewno lepiej! Jestem o tym przekonana!

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Narzędzia!

Sprzątając szafę znalazłam mój stary dzienniczek, w którym zapisywałam to co jem, ile ćwiczę i jakie są moje postępy w utracie wagi po ciąży. Wszystko zaczynało się 1 kwietnia, czyli tuż po moim połogu. Niestety, pomimo usilnych starań moja waga nie spadała i oscylowała w granicach 60-62 kg, co przy moim wzroście 164 cm jest dla mnie strasznie dużo (rok temu waga wahała się od 50 do 54 kilo... no od 52, bo to 50 to było przedślubne ekstremum). Ja znowu piszę o wadze! Nic to, to po coś jest. W każdym razie w połowie maja poszłam do pani dietetyk, zaczęłam ćwiczyć z moją trenerką i wtedy w końcu coś ruszyło! I szło w dobrym kierunku! Czasem oczywiście były zastoje, czasem ja popadałam w złość, w zwątpienie, albo wypadała jakaś impreza... w każdym razie zdobyłam narzędzia! Zdobyłam wiedzę o diecie, o treningu, o odpoczynku. Dużo się dowiedziałam. Nie wykorzystałam tego w 100%. Dalej popełniam błędy, ogromne błędy! Dziś jak spojrzałam a siebie w lustrze to nie mogłam na siebie patrzeć. Dalej jest cellulit, dalej odstający brzuszek. A przecież były już takie dni, że byłam całkiem zadowolona z siebie! Co jest?! Chcę znowu osiągnąć ten stan! Znów chcę się cieszyć ze swojego wyglądu. Włożyłam w to mnóstwo pracy!  Tak wiele już osiągnęłam, ale wiem, że potrafię więcej, chcę więcej! Jeszcze trochę więc pracy przede mną, ale mogę się zmotywować tym, że wracam do pracy, do ludzi (no, bez przesady, bo ja w mojej pracy ze zbyt dużą ilością ludzi się nie stykam, ale zawsze!). Dziś wyrzuciłam 90% swoich ubrań. I tak w nich nie chodziłam. Nie zostało prawie nic. Jeszcze będę robić kolejne czystki. Może to dobrze, takie odświeżenie. Może uda się mi kupić sobie coś nowego... choć z tym to może być słabo, gdyż z finansami krucho i przez następne miesiące/lata raczej nie zapowiada się na zmianę... ale zawsze coś tam sobie można kupić. Tym optymistycznym akcentem zapuszczam sobie film. Przed północą.

Udało się przeżyć zdrowo!

Nareszcie cały dzień zdrowo zaliczony! Czyli co, da się? Da! I wcale to nie jest takie trudne. Praktycznie cały dzień siedziałyśmy w domu, bo pogoda była paskudna. 

Dobra, dalej to we mnie siedzi. Jestem zła i jest mi przykro, że zamiast spędzić miły dzień z mężem wczoraj siedziałam samotnie i obżerałam się czekoladkami. I co ja mam zrobić?! Miałam nie tłumić emocji w sobie, tylko otwarcie rozmawiać. Ale jak? Jak powiedzieć mu, że sprawił mi przykrość? Był taki miły przecież.... no rozumiem, zmęczenie. Prosił mnie o wykazanie się empatią, ale dlaczego w mój imieninowy weekend od siedział w innym pokoju i oglądał telewizję i czytał książkę, a ja siedziałam samotna i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić?! Nie wiem. Następne imieniny za rok, może będzie lepiej. Nie, nie przejdzie mi, łzy mi lecą po policzkach! Pal licho prezent, którego nie było, pal licho te życzenia złożone w biegu... ale nienawidzę tego poczucia samotności!

Wnioski zdrowotne: trzeba koniecznie odizolować sprawy jedzenia od wszelkich spraw emocjonalnych. Dalej mnie czeka mnóstwo pracy. Mojego biednego terapeutę też. Nie wiem, co wymyśli. Na razie odgrzebujemy wspomnienia z dzieciństwa, żeby postawić chyba diagnozę, skąd się to wszystko wzięło!!!

Kurka! Co ja mam temu mojemu mężowi powiedzieć!?

Tragedia wagowa!!!!

Odważyłam się, weszłam na wagę. Nie wiem, czego się spodziewałam po ostatnim tygodniu! 1,4 kilo w górę!!!! Pięknie. Nie będę siebie za to katować i obwiniać, trudno, stało się. Spodziewałam się, że grudzień będzie kiepskim miesiącem pod względem utrzymania wagi. No ale trudno. Nie poddam się. Jeszcze 4 tygodnie do nowego roku (no, do 6 stycznia, kiedy to będę mogła już trzymać dietę, bo nie będzie żadnych okazji do świętowania), w tym jedna impreza firmowa i 3 dni świąt, czyli aż 24 dni mogę odżywiać się zdrowo, a tylko 4 dni są na stratę. To zdecydowanie można zrobić. Stało się, że waga skoczyła mi do góry, ale tak się czasami dzieje (jak się je tonę czekolady). Ale to tylko 1,4 kilo (pokazała dzisiaj 57,4 kg), z czego znaczna część to woda i zaległości w brzuszku, bo jeszcze 4 dni temu było idealne 56,0 kg, tak więc spokojnie w parę dni to odrobię. Nie stresuję się wzrostami wagi w grudniu.


Dalej mi trochę smutno, że moje imieniny przeszły takie niezauważone, ale trudno. Trzeba iść do przodu. Kiedyś dostawałam bukiety kwiatów od męża. Dobra, nieważne. Są ważniejsze sprawy!



Trochę motywacji z rana na najbliższy tydzień. Cudów do soboty nie zdziałam (impreza), ale to nieważne. Najważniejsze to zmienić myślenie i poprawić się! Tania też była uzależniona od cukru i słodyczy i dała radę! Zmieniła swoje życie!


Po treningu, Insanity dzień 19: Co ja robię? To wcale nie prowadzi do polubienia siebie, ani do normalności! Pogubiłam się znowu trochę. Powinnam być już zadowolona ze swojego wyglądu, jest naprawdę dobrze. To, że teraz dałam ciała to trudno, naprawię to. Byłam zadowolona ze swojego wyglądu i ze swojej wagi! Po co jeszcze chcę ciągnąć dalej i wprowadzać jakieś zmiany!? Powinnam się skupić na tym co teraz. Każdemu zdarzają się potknięcia. Już tu zaczęłam kombinować jak odstawić małą od piersi, żeby zacząć jakąś drastyczniejszą dietę! Głupia ja! Nie chcę przecież tego robić. Chcę powoli i płynni ograniczać karmienia! Bez stresu dla małej i dla mnie! Owszem, będę się od nowego roku starała odżywiać zdrowiej, ale nie będę robić głupot. Będę słuchać mojej pani dietetyk! Boże, tyle ludzi mi pomaga. Mama przyjedzie w czwartek zająć się Maleństwem, żebym mogła pojechać do dietetyczki, a ja psuję swoje efekty. Przecież mój mąż był dla mnie wczoraj cudowny... nawet mnie przytulił i nie wydziwiał. Posprzątał po kolacji, zajął się mała, jak nie mogła zasnąć. Naprawdę był to miły i przyjemny dzień. Dlaczego ja nie potrafię tego docenić? Co ze mną jest nie tak? Jeszcze mnóstwo pracy przede mną. Muszę skończyć z moimi natrętnymi myślami, z tymi obsesjami na temat odchudzania się. Robię to, co do mnie należy i nie rozmyślam za wiele. Będzie dobrze!!! Teraz już nie ma zmiłuj, zabieram się za porządki w szafie. Odświeżenie garderoby dobrze mi zrobi, nawet jeśli będzie polegało na wyrzuceniu starych rzeczy!

niedziela, 8 grudnia 2013

Moje imieniny i co z tymi piersiami

Dziś są moje imieniny. Nie świętuję jakoś szczególnie, chyba nawet większość osób zapomniała o tym, że dziś jest właśnie jest ten dzień.

Pojechałam z mężem do sklepu kupić regał do pokoju. Obiad więc zjedliśmy u teściowej, nie do końca taki jak powinien być. Potem skusiłam się jeszcze na 2 andruty... a w domu na mnóstwo moich imieninowych czekoladek. Odpuściłam sobie. Znowu. Znowu idę w nie najlepszym kierunku. Nie będę się tym teraz zadręczać, jednak jutro trzeba będzie spojrzeć prawdzie w oczy i zważyć się i przedsięwziąć odpowiednie skutki. Może to taki mój emocjonalny zastępnik na dzisiejszy dzień. Mój mąż jest dla mnie kochany i miły, ale jakoś szczególnie się nie czuję w tym dniu. Niestety.

Powoli zastanawiam się jaki wybrać sposób na odstawienie małej od piersi i kiedy to zrobić. Dziś mała nie dostała już mleczka na drugie śniadanie.  Był tylko podwieczorek.  Czytałam na stronie mojej nowej idolki Tanii Baron, że ona jak karmiła piersią, to w jej organizmie zatrzymywał się tłuszcz i woda. Ja przewiduję, że u mnie jest podobnie, bo bardzo powoli schodziły ze mnie kilogramy, ale jednak schodziły. Gdy trzymałam dietę oczywiście. Zastanawiałam się, czy odłożyć dalszą część odchudzania się do odstawienia karmienia czy też zająć się tym już po nowym roku. Zdecydowanie dużo argumentów przemawia za tym, żeby zacząć od razu w styczniu. (Powinnam się też zastanowić najpierw, czy jest mi to w ogóle potrzebne, ale nie mam jeszcze końcowej satysfakcji, tak więc chcę jeszcze nad sobą popracować.) Wiem, jakie błędy popełniałam i popełniam do tej pory. Po prostu nie mogę sobie odpuszczać. Najważniejsze, że nie mam już do zrzucenia 8 kilogramów, czy nawet ponad 6-ciu, tylko ze 2, więc to nie powinno być trudne. Wystarczy się zmobilizować i trzymać dietę przez parę tygodni, a potem już będzie wiosna, powrót do pracy i będę skupiona na innych celach, więc to całe odchudzanie i jedzenie nie będzie mi tak zaprzątać głowy. 

Trzeba jakoś  przetrwać ten grudzień. Tak w ogóle to fajny miesiąc jest pod wszystkimi innymi względami, tylko nie pod dietetycznymi!!!


PS. Dałam dziś kompletnie ciała. Tak naprawdę ten dzień był do dupy. Nawet nie dostałam małego prezentu od mojego męża. Tak wiem, mam pracować nad tym, co mam, ale tak naprawdę to nawet nie spędziliśmy ze sobą zbyt wiele czasu. Po południu ja się zajmowałam małą, a on siedział i oglądał telewizję. Nie ważne, niech ogląda, ale w oddzielnym pokoju był.

Zjadłam całą czekoladę jaką miałam w domu. Fatalnie! Przede mną jeszcze 4 tygodnie grudnia. Naprawdę muszę się poprawić, żeby z tego nie było żadnej tragedii. W czwartek kontrola u Pani dietetyk, a ja tak daję ciała!!!! Ten cały tydzień był do niczego! Na szczęście to tylko jeden tydzień. No, 4 dni było do niczego, właściwie to 3 bo w sobotę sobie nieźle radziłam. 3 dni nie zniszczą mojego życia i mojego wyglądu. Wchodzę w fazę optymistyczną. Zawaliłam 3 dni, ale przede mną jeszcze 4 tygodnie do wyzwania noworocznego (czyli mega super figury do powrotu do pracy)... tak więc skupiam się teraz na tych 28 dniach, żeby przeżyć je dobrze i żeby skończyć je na bilansie 56,0 kg!!!! Nie więcej!!!! Do spania, a od jutra do roboty!!! To były najgorsze imieniny ever!!!!

sobota, 7 grudnia 2013

Walczymy z zachciankami...

Sobota. Wieje okropny wiatr, więc siedzimy cały dzień w domu i się nudzimy. Ja zrobiłam 55 minut mojego treningu Insanity. 500 kcal spalonych. oczywiście wczoraj bardziej nagrzeszyłam. Spodnie od razu zrobiły się ciaśniejsze, no ale w końcu całe 3 dni leżałam i się nie ruszałam i nie odmawiałam sobie słodyczy. Tu właśnie pojawia się potrzeba zachowania równowagi! Przypominam sobie jak się czułam po wakacjach, kiedy to zawaliłam z dietą na całej linii i nadrobiłam wszystko to, co udało się mi wypracować przed wakacjami! Z jednej strony chciało się by zjeść coś słodkiego, nawet codziennie, a z drugiej wiadomo. Wczoraj sobie odpuściłam, przedwczoraj też, więc dzisiaj idę zgodnie z planem! Tak, tak. Właśnie tego się mam nauczyć na przyszłość. Co z tego, że grudzień jest ciężkim miesiącem do trzymania diety i do ćwiczeń. Do świat daleko jeszcze i to tylko kilka dni, a dwadzieścia kilka można przeżyć w miarę zdrowo!

Miałam napisać, że zaczyna mnie wkurzać Internet. Zwłaszcza mój fejsbuk i strony, które polubiłam. Z każdej strony dobijają się do mnie informacje, żeby nie jeść słodyczy, żeby walczyć o piękne ciało, że już nie długo wiosna, a potem lato. No zwariować można. Chyba muszę odlubić te wszystki strony, bo co za dużo to niezdrowo. Czuję się atakowana z każdej strony. Jeszcze musiałam naskarżyć na siebie Karinie.

Idę zgodnie z moim postanowieniem, że trzeba bardziej optymistycznie patrzeć na świat. Nie przejmować się tak wszystkim! Nie można myśleć cały czas o jedzeniu i o tym, jak źle wyglądam, trzeba wyluzować. Skupić się na innych ważniejszych sprawach. Pewnie jak wrócę do pracy, to nie będę mieć czasu na takie głupoty!!!

Tyle chciałam napisać. Najważniejsze, że ten dzień udało się mi przeżyć zdrowo. I tak postaram się przez cały tydzień, aż do sobotniej imprezy.... ale na niej też nie warto znowu popaść w przesadę. A z drugiej strony można sobie czasem pozwolić na jakieś szaleństwo. Nie rozumiem tak bardzo radykalnego podejścia mojej pani dietetyk, ale w końcu ona chce mieć efekty. Ech... Spokojnie. Efekty są, a będą jeszcze lepsze. Obiecuję sobie!!!

piątek, 6 grudnia 2013

Terapia niedosytu i pizza day

Wróciłam z mojej terapii. Porozmawialiśmy sobie i wyciągnęliśmy pewnie wnioski z moim terapeutą, mianowicie takie, że jestem nienasycona. Trudno mnie nasycić i zadowolić. Ciągle osiągam jakiś cel, jakiś punkt, a i tak nie mam satysfakcji... a z tego trzeba wyciągnąć kolejne wnioski. I jestem agresywna wobec moich bliskich! No pięknie! Ten gość umie wyciągnąć niezłe wnioski. Ciekawa jestem do czego to wszystko mnie doprowadzi.

Osiągnęłam wagę dobrą, mam super męża, super córkę, powinnam być szczęśliwa! Jestem szczęśliwa! Boże, w jakiej kolejności ja to wymieniam!!!! 

Zjadłam dziś całą czekoladę i zaraz jeszcze zamówię pizzę. No trudno, dzień spisany na straty, ale to Mikołajki, kiedyś trzeba zaznać trochę przyjemności!!! 

Od jutra, tak właśnie od jutra, przez tydzień będę jadła super zdrowo i postaram się nawet jeść trochę mniej, bo w przyszłą sobotę impreza i trzeba wyjść do ludzi. Będzie fajnie! Będzie super. Jestem pozytywnie nastawiona!!!

Tak, właśnie. Pozytywnie nastawiona. Najwyższa pora. Dziś spędzę miły wieczór z mężem oglądając fajny film!!!

Ozdrowienie czekoladowe!

Udało się. Wstałam z łóżka i zrobiłam trening! Moje insanity kochane. 3 dni było przerwy, ale nie kombinuję nic, idę po prostu po kolei. Nie, nie jestem całkiem zdrowa, ale okazało się, że dałam rade i nie było tak źle. 

Przyszedł do mnie Mikołaj i przyniósł mi pyszną czekoladę - tak, zjadłam już trochę na śniadanie. Tak, będę kontrolować wagę, ale nie będę się już tak zadręczać. Muszę bardziej optymistycznie spojrzeć na siebie, to niezbędne. Jest super, świetnie wyglądam, trzymam wagę i poprawię jeszcze wynik w odpowiednim czasie, czyli po świętach, bo teraz jednak lepiej jeść więcej i trzymać przemianę materii na wyższym poziomie.

Dziś moja psychoterapia. Będę nad sobą pracować. Nagrzeszyłam w tym tygodniu, ale co tam, nie będę się tym już zadręczać. I tak jeszcze czeka mnie impreza firmowa (tak, dalej przydałoby się zmieścić w sukienkę, więc może trochę wyluzuję z tym jedzeniem), Wigilia, chrzciny.... ten miesiąc po prostu trzeba jakoś przeżyć bez wyrzutów sumienia.

Do tego waga się zepsuła, chyba bateria się skończyła. Teraz będę oceniać ile czego jem na oko i wg mojego doświadczenia.

Małe się obudziło. Koniec głupot. Do pracy! Dziś choć odrobinę chciałabym posprzątać w szafie!


czwartek, 5 grudnia 2013

Odważyłam się i się zważyłam!

Czwartek rano. Dalej jestem chora, ale jest już dużo lepiej. Mąż już wrócił do pracy. Dziś kolejny trzeci już z rzędu dzień bez treningu. Jeszcze nie będę ryzykować i osłabiać mojego organizmu, a od jutra wracam do Insanity. Będę robić po kolei, to, czego nie zrobiłam. W ten sposób dzień odpoczynkowy wypadnie mi w środę, a w niedzielę będę robić tylko stretching i ćwiczenia wzmacniające, które trwają pół godziny, czyli też nieźle. Gorzej będzie z siłownią w tym tygodniu, bo nie wiem, czy uda się mi w ogóle wyskoczyć na nią, albo na jakiekolwiek zajęcia. Na razie przećwiczyłam 25 minut w tym tygodniu, żeby zrobić moje minimum, czyli 3 godziny to potrzeba jeszcze 2 godzin i 35 minut, czyli piątek sobota i niedziela po 52 minuty treningu, albo po prostu muszę zrobić Insanity po kolei wg planu i jeszcze 45 minut jakichś innych ćwiczeń, czyli wypadałoby się wybrać na siłownię i dokończyć mój trening siłowy. Może się w weekend uda, zobaczymy, jak na to będzie zapatrywał się mój mąż. W przyszłym tygodniu oddajemy samochód do naprawy, więc też będzie słabo z ćwiczeniami. Dobrze, że wymyśliłam to Insanity. Przynajmniej mogę ćwiczyć w domu!

Moja dzisiejsza waga to 56,0 kg, więc jest bardzo dobrze. Bałam się, że waga poszybowała do góry. Na szczęście nie. Utrzymuję moją wagę poodchudzeniową. I tak chcę przez cały grudzień, utrzymać wagę 56 kg. A od stycznia... wiem, wiem, nie powinnam się już odchudzać, ale przecież mogę sobie wyznaczyć nowy cel. Schudnąć 2 kilogramy to już nie będzie tak trudno, spokojnie będę mogła to osiągnąć w miesiąc obcinając trochę kalorie. Najważniejsze, żebym teraz miała wszystko pod kontrolą. 

W ten weekend mam imieniny. Na razie nic specjalnego nie planuję, ale może jednak, jakaś mała przyjemność może się wydarzyć.

W przyszły weekend natomiast jest wigilia firmowa u mojego męża w pracy i cholera, nie mam się w co ubrać. Tzn mam małą czarną, ale jest naprawdę mała. I opina się lekko na pupie. I jest dopasowana na brzuszku. Zastanowię się nad nią. Miałam ją na swoim panieńskim, jak ważyłam z 4 albo nawet 6 kilo mniej (tak mnie stres wyciągnął przed ślubem). Najwyżej pójdę w sukience, którą kupiłam na chrzest małej, co prawda jest bardziej koktajlowa niż wieczorowa, ale na pewno się w nią zmieszczę i nie będę musiała się stresować, że jak cokolwiek zjem, to będzie mi wystawał wielki brzuchol!!!

Dobra, trzeba się jakoś ogarnąć i przetrwać ten dzień do powrotu M. z pracy. Chorość może mnie nie wykończy i dam radę jakoś zająć się małą. Dziś odpoczywam jeszcze. Trzeba się wykurować do końca!!!!


PS. Acha! Miałam jeszcze napisać, że powinnam i chciałabym bardziej optymistycznie spojrzeć w przyszłość. Nie jest źle. Daję sobie ze wszystkim radę. I z domem i z dietą (nie jest źle, naprawdę bywałam już na dnie, a teraz mam wszystko pod kontrolą). Z pracą też sobie dam radę. I z porządkami, kiedyś w końcu muszę się ogarnąć!!!!

środa, 4 grudnia 2013

Choroba

Mam bardzo słaby tydzień. W poniedziałek dopadła mnie choroba, najgorsza na świecie, czyli przeziębienie. Czuję słabość i nic nie mogę zrobić. Treningów oczywiście nie ma, dietę staram się trzymać, ale leżę większość czasu w łóżku. No dobra, zjadłam teraz 2 crispello. Jednak potrzebuję codziennie odrobinę słodyczy, bo inaczej oszaleję. Karina tego nie pochwala, ale ja muszę wypracować jakiś kompromis. Naprawdę jem teraz bardzo dużo, ale jeszcze nie jestem zadowolona ze swojej wagi, ani wyglądu, będzie więc z czego zrezygnować. Na razie mam wizytę kontrolną za tydzień, więc wtedy się dowiem co i jak, czy zwiększamy jeszcze kaloryczność posiłków. Niech mi uwzględni 100 kcal na deser po obiedzie i będzie super. Skoro sama sobie dodałam 100 kcal, to jem teraz 2100 kcal. Docelowo ma być zdaje się 2300, więc akurat te 200 można będzie jeszcze dodać. Oczywiście pewne dodatki do żywności jak na przykład masło orzechowe znacznie podwyższają kaloryczność mojej diety. Nie mam co siedzieć i rozmyślać, co ma być to będzie. Nie wchodzę nawet na wagę, od poniedziałku borykam się z zaparciem przez ten brak ruchu, a i tak ciągle myślę o tym, że przytyję i żyję w lęku. Nie powinno tak być, chyba mi daleko do osiągnięcia równowagi. Dalej muszę nad sobą pracować. Nie objadam się - jest sukces. Czasami zjem czegoś słodkiego za dużo, ale i tak jest dużo lepiej niż było. Na wiosnę jak już nie będę karmić osiągnę swój cel!!!! Ułożę super plan działania i osiągnę wszystko to, co zamierzyłam!!! Jestem o jeden krok od celu!!!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Mail od Pani dietetyk

Kolejne sprawozdanie z tygodni 5 i 6 wysłane. Okazało się, że nagrzeszyłam tyle w jeden tydzień, ile powinnam w miesiąc. Nie umiem jednak trzymać takiej perfekcyjnej diety... no, nie przez bardzo długi okres czasu. Pewną mobilizację mogę z siebie wykrzesać, ale teraz gdy już raczej nic nie zmienia się w moim ciele to jest to dla mnie trochę męczące. Ciągle pracuję nad systemem własnym, ciągle jednak łamię trochę i naginam swoje zasady. Trzeba jednak będzie w końcu wypracować sobie optymalny plan i trzymać się go. Na razie po weekendzie waga mi podskoczyła do 56,6 kg, a jeszcze w sobotę było 55,7kg, liczę więc że to jakieś chwilowe wahnięcie w górę. Dziś niestety zaczęło boleć mnie gardło i źle się czuję. Nie wiem, czy nie trzeba będzie sobie na parę dni odpuścić treningów. Możliwe, że tak będzie. Ale czasem tak trzeba. Dziś też nie ugotowałam obiadu, tylko kupiłam pierogi 5 sztuk z kaszą gryczaną i pieczarkami, a 5 sztuk ze szpinakiem i jakimś serkiem. Te ze szpinakiem były super. Zjadłam też dziś 2 czekoladki karmello, czyli jakieś 17 g słodkości. Karina mi kazała się trzymać planu i nie popuszczać sobie, bo będę sobie popuszczała coraz bardziej i bardziej. Cholera, no, ciągle się zastanawiam, czy jest sens tak się strzykać. Porozmawiam  z nią o tym na wizycie kontrolnej za 2 tygodnie. Wtedy jak zostanę zważona to wyciągnę wnioski. Być może trzeba się będzie zmobilizować i wprowadzić poprawki do swojej diety. Na pewno jem dalej za dużo słodyczy... ale cóż, jestem tylko człowiekiem. Inna dietetyczka, koleżanka moja zaleca na przykład, żeby codziennie jeść do 100 kcal słodkości, jeśli ktoś lubi, bo trzeba wrzucić na luz. Pewnie prawda leży po środku! Zobowiązuje się trzymać zdrową dietę i odpuścić sobie słodycze, aż do momentu, kiedy nie wrócę do wagi 56 kilogramów. I oczywiście dalej na wiosnę będę dążyła do tego, żeby jeszcze trochę zejść z wagi. Moja waga pokazuje, że mam coś około 22% tłuszczu, więc chyba lepiej niż było!
Pamiętaj Kochana, trzymaj się swoich zasad i nie załamuj się. Mam podły humor przez ten skok wagi i przez to, że się źle czuję. Zaczyna się katar i ogólne osłabienie organizmu, czyli wszystko do niczego :(

niedziela, 1 grudnia 2013

Karmienie piersią a zaburzenia odżywiania

Czy jest ratunek? Nie wiem!

Dzisiaj miał być cheat meal day, ale chyba sobie za bardzo pofolgowałam, w każdym razie znowu mam wyrzuty sumienia i znowu jestem z siebie niezadowolona. Znowu zjadłam więcej ciasta niż planowałam, musiałam sobie udzielić czerwonej kartki. Właściwie czuję się do niczego. Sama do niczego nie dojdę. Czuję, że jestem kiepska w pracy, w domu, nie wiem, czy jestem dobra jako mama?! Dlaczego mnie takie coś dopadło?

Dowiedziałam się, że moja mama karmiła mnie piersią 7 miesięcy. Będę to analizować na mojej terapii w ten piątek.


Kolejna rzecz, która się mi przypomniała to to, że nie zostałam przyjęta na balet mając kilka lat. Dowiem się od mamy, kiedy to było. W każdym razie w głowie się mi ułożyło, że to dlatego, że jestem gruba. I od tego momentu borykam się z tą świadomością, czyli już w bardzo wczesnym dzieciństwie.

Czy jest dla mnie nadzieja? Nie wiem, na razie nie poddaję się i walczę. Pójdę jeszcze przynajmniej raz do mojej dietetyczki. W końcu bardzo mi pomogła. Teraz przynajmniej wiem, jakich wytycznych mam się trzymać. Sama sobie czasem ustalam wytyczne, ale potem różnie wychodzi. Właściwie to nie powinnam mieć o dzisiejszy dzień do siebie pretensji, bo ustaliłam, że nie będę mieć wyrzutów sumienia jak dziś nawet coś więcej zjem... no ale ciasta z blachy to już nie musiałam wyjadać. Shame on me!!!!!!!!!


sobota, 30 listopada 2013

Insanity tydzień 2, Andrzejki i inne

1. Tydzień 2 insanity zaliczony. Mąż się trochę dziś wkurzal że tupie za głośno i obudze małą.  Na szczęście tak się nie stało. Efekty?  Na wadze żadne,  ale za dużo jem żeby coś zeszło. W obwodach czuję że spodnie są luźne a więc jest dobrze. Brzuch lepiej ale daleko mu do tego co było przed ciąża.  Może pora się z tym pogodzić?

2. Spotkanie andrzejkowe z dziećmi. Szybko minęło. Nie żeby było jakoś rewelacyjnie ale zawsze wyrwać się z domu jest fajnie nawet z dzieckiem. Pani organizator dietetyk pozwoliła jeść codziennie małą słodką przekąskę. Moja pani dietetyk pewnie mnie za to skarci. Muszę poprawić mogę zasady bo w tym tygodniu jadlam cos slodkiego prawie codziennie ale około 10 max 20g. Jutro cheat meal day i impreza rodzinna.

3. Terapia. Muszę się dowiedzieć ile mama karmila mnie piersią. Zaczynam pracę nad własnym poczuciem wartości i nad moimi problemami z odżywianiem.

Tyle w skrócie.

środa, 27 listopada 2013

Mega zmęczenie

Tak jest, zaczynam czuć ogromne zmęczenie. Czy to Insanity? Pewnie też, ale oprócz tego mam mnóstwo rzeczy do zrobienia. Do tego wypracowałam sobie jakąś infekcję po basenie z Małą, co pewnie też mi nie pomaga. Urinal mi pomaga i nie muszę sikać co 10 minut, tylko co 15 ;-)

Insanity się mi podoba bardzo. Włączyłam przekąski potreningowe i jem... cały czas, tak więc mam już trochę dość. Dość jedzenia, a z drugiej strony czuję, że potrzebuję jeść, bo własnie coraz więcej kalorii zużywam. Dziś nie do końca jestem zadowolona ze swojej diety, bo jadłam na mieście, tzn. kupiłam obiad w osiedlowej restauracji: barszcz czerwony zabielany, eskalopki z kurczaka i łazanki. Łazanek na szczęście nie zjadłam, bo to jeden tłuszcz, były ze skwarkami, tylko ugotowałam sobie ziemniaki, a do tego moja nieśmiertelna brukselka. Z tego jestem naprawdę dumna. Do kawy po obiedzie zjadłam sobie jedno Crispello, taka mini niewinna przyjemność. Tylko 50 kcal, więc szkody wielkiej nie będzie, a ja nie będę czuła, że wiecznie sobie czegoś odmawiam. Za to po eskalopkach jest mi niedobrze. Czasem tak bardzo nie chce się mi gotować obiadu, ale wtedy trzeba korzystać ze sprawdzonych opcji i ze sprawdzonych miejsc, a nie z jakichś przypadkowych. Następnym razem lepiej to przemyślę, nawet lepiej sobie zrobić w domu cokolwiek prostego, byle co, byle by odpowiadało moim standardom. To będzie dużo lepszy wybór.

Muszę się zmotywować i wstawać wcześniej, pomimo mojego zmęczenia, żeby robić moje treningi. Wtedy po pierwsze nie będę musiała tak dużo jeść, a po drugie Małe nie będzie się denerwować jak ćwiczę, bo będzie spało i będę mieć więcej czasu na inne rzeczy, ale oczywiście będę mieć mniej siły. Cóż, pora się przyzwyczaić do wczesnego wstawania. Jutro o 6: 15 zadzwoni mi budzik. Od 6:30 będę dobić trening, a potem śniadanie między 7:30 a 8:0 - i tak chciałam pory posiłków przestawić o pół godziny, żeby jeść mniej więcej tak, jak Mała. Wracając do pracy będę to znowu przestawiać, ale to dopiero w lutym. Mąż wrócił, muszę poodkurzać mieszkanie, popłacić rachunki i zabrać się za projekt. Oczywiście, ledwo żyję.

Optymizm, optymizm i jeszcze raz optymizm. Jest wspaniale i będę pracować nad tym, żeby było jeszcze lepiej. Spodenki są na mnie luźne. W sobotę będzie dzień ważenia. Czwartek i piątek będzie pod względem diety idealny, tak sobie obiecuję!!!!

PS. Nigdy więcej nie zjem nic smażonego na mieście. Niedobrze mi i odbija się mi tłuszczem po tych wstrętnych eskalopkach. Bleh!!!!

niedziela, 24 listopada 2013

Day off

Dziś nic nie robię, oprócz mojego minimum typu ugotować obiad, pobawić się z maluszkiem i go uśpić i utulić do snu. Wszystkie mięśnie mnie bolały na spacerze. Czuję porządne zmęczenie! Treningi były w tym tygodniu ostre. Wyszło 7 godzin.

Odpoczywam też intelektualnie. Wezmę sobie prysznic i idę oglądać komedię romantyczną. Od jutra pomyślę o wszystkich ważnych sprawach. Muszę w końcu się zabrać za spełnianie moich marzeń, bo jest ich wiele, a ciągle nie mogę się odważyć i ciągle nie wiem czemu. Ale koniec z tym. Podejmę wyzwanie!!! Każde. Rok 2014 będzie moim rokiem!!!! W tym roku zrobię jeszcze projekt naszej sypialni, jest dużo czasu, a potem będę mieć nianię, to będzie łatwiej... tzn Mała będzie mieć nianię!!!

Od jutra działam znów - fizycznie i intelektualnie. Jest naprawdę sporo do zrobienia! Ale dobrze, wyciszam się i uspokajam i nie myślę już o tym! Jutro....

Posprzątać garderobę, posprzątać garderobę!!!!

sobota, 23 listopada 2013

Wytrąciłaś mnie z równowagi!

Sobota. Gotuję obiad. Wczoraj miałam moją sesję terapeutyczną, a dodatkowo spotkanie z kumpelą oraz rozmowę z inną. Obydwie mają dzieci, normalne życie i problemy w związkach. A ja doszłam właśnie do wniosku, że choćbym nie wiadomo jak się starała to i tak jeśli nie będzie starania się z drugiej strony to niewiele zdziałam. Dodatkowo, mój mąż ma swoje ograniczenia, nawet mnóstwo ich ma tylko ich nie dostrzega. Chcę się do niego zbliżyć, przytulić, rozmawiać z nim... okazuje się, że on nie może mnie przytulić, gdyż ciągle stroje mu fochy i robię awantury.... tylko że ja mu żadnej awantury jeszcze nie zrobiłam! 2 dni temu zapytałam się ile pieniędzy dał mamie, bo okazuje się, że oprócz tego, że mamy oddzielne finanse, to nie mówi mi o takich rzeczach, bo podobno bardzo źle na nie reaguję, tak więc takie kluczowe dla związku małżeńskiego sprawy są zatajane przed małżonką. Czyli nie mogę z moim mężem rozmawiać i poruszać trudnych tematów bo okazuje się, że robię mu awanturę. I tu właśnie jest odpowiedź dla mojego psychoterapeuty, dlaczego boję się rozmawiać. Bo się nie da! Nic nie wskórałam, nic nie uzyskałam, popłakałam się tylko, bo mnie w końcu nie przytulił. Nie sam z siebie. Nie ma już takiej potrzeby. Nie potrzebuje być ze mną i spędzać ze mną czasu. Dopiero jak na niego wrzasnęłam że go kocham, że mu nie robię żadnych awantur i fochów to coś do niego dotarło, ale bardzo malutko, bo powiedział, że stroję i robię. I bądź tu mądry! Czasem myślę, że nie mam na to wszystko już siły. Mój mąż nie pójdzie ze mną na terapię, nie będzie pracował nad problemami w związku. Nie wiem, co on myśli, czy nie widzi problemów czy co? Ja czuję się cholernie samotna. Tak, cholernie samotna. I to bardzo często. Często też czuję się na trzecim miejscu, najpierw jest Małe, potem jego matka a potem ja. Nie wiem, jak długo dam radę tak trwać. Tak jestem silna, ale po drodze mam wiele załamań....

Nie obrażam się i nie robię awantur. Nigdy nie robiłam. Powinnam sobie przypomnieć, co mówiła Pani Maria, żeby nie brać wszystkiego na siebie. To nie tylko ja, to też on tworzy ten związek i ma swój bagaż. Potrzebne są mi kobiety, zdecydowanie potrzebne są mi kobiety, które mnie wzmocnią i pomogą to wszystko przetrwać.

I do tego jeszcze Insanity. Insanity pomoże mi przetrwać wszystko. Udowodnię sobie, że jestem niezniszczalna!!!!


Appendix 1. Kolejny dzień. Niedziela. Wczorajszy dzień zakończył się pomyślnie. Mój mąż mnie przytulił, spędził więcej czasu ze mną wieczorem, poleżeliśmy sobie, porozmawialiśmy, posłuchaliśmy ciszy i nawet się kochaliśmy, czyli możemy czasem spędzić razem czas.

A fochy? Już dawno to odkryłam. On tak robi, że mówi mi coś przykrego, co wie, że mnie zrani, czasem jest to na żarty, a czasem nie, a czasem to takie głupie infantylne gadanie, żeby uciąć jakiś temat, typu że przytulanie jest dla pedałów... i to mi wiąże ręce. Jest mi przykro i to jest dla niego równoznaczne z fochem...I tak to właśnie działa. No cóż. W końcu nie miał właściwego wzorca rodziny, gdzie kobieta jest szanowana i kochana przez mężczyznę. Mam nadzieję, ze moja córka taki wzorzec dostanie, ale to będzie kosztować mnie dużo pracy!


Dziś dzień odpoczywnkowy od ćwiczeń i dobrze, bo prawdopodobnie czuję każdy mięsień, nie jakoś bardzo, ale zmęczenie mięśniowe jest!

piątek, 22 listopada 2013

Insanity regenracja

Uff, nareszcie przestała boleć mnie głowa. Dziś rano wstałam znowu z bólem, za każdym razem gdy podnosiłam się z łóżka w nocy, to czułam ogromny ból za oczami. Insanity czy zmiana pogody? Nie wiem. Ponieważ wstałam o 6:50, zmarnowałam 10 minut na przeglądanie internetu, a potem się zebrałam i zaczęłam ćwiczenia. Moje Insanity. Na czczo, kiedy Małe jeszcze spało. Nie jest to zły pomysł. Energii nie zabrakło. Tylko ten ból głowy uniemożliwiający podskoki. Wczoraj na siłowni zrobiłam mój trening siłowy, plus byłam na zajęciach dance, czyli lekkie cardio, bez większego zmęczenia, ale 700 kcal i 25g tłuszczu poszło! Fajne są te moje treningi siłowe, nie więcej niż pół godziny, a czuję wszystkie mięśnie, głównie te, na których mi zależy. Skaleczyłam wczoraj jak zwykle scyzoryki z piłką, ale idzie mi i tak coraz lepiej, mój brzuch jest mocniejszy. Czuję też, że zaczyna się wsysać. Insanity? Chyba tak. Zobaczymy, jak będzie się mi ćwiczyło, gdy mój mąż będzie w domu, on chyba niewiele popiera albo przynajmniej nie rozumie mojego szaleństwa fitnessowego. Postaram się tak jak dzisiaj wstać przed wszystkimi i zrobić mój trening. To będzie najlepsza opcja, ćwiczyć tak wcześnie z rana. Nikomu wtedy to nie będzie przeszkadzać. I będę więcej czasu spędzać z małą, zresztą powoli trzeba się przestawić na wcześniejsze wstawanie.

Dziś psychoterapia. Postanowiłam porozmawiać w końcu o moim odżywianiu. Niby jest już dobrze, nie mam napadów obżarstwa, jednak... nie jestem do końca zdrowa. Myślenie o jedzeniu zajmuje mi znaczną część dnia, do tego ten paniczny lęk przez przytyciem. Jem teraz dużo, myślę, że dzięki Insanity zapotrzebowanie się zwiększy, nawet jestem zadowolona, bo najtrudniejszy drugi miesiąc wypadnie na okres świąt. To super, spalę wszystkie kalorie!!! Jestem bardzo zadowolona z takiego planu. Psychoterapia. No właśnie. Mam nadzieję, że uda się mi o tym porozmawiać, bo jak zwykle w domu się namieszało i to o tym muszę też porozmawiać  z moim mężem. Jestem pewna i zmotywowana, że chcę dalej chodzić na terapię. Wiele pracy przede mną, jeszcze wiele lat w zasadzie i majątek, który na to wydam, ale może w końcu osiągnę stan równowagi i szczęśliwości. Kiedyś musi to nastąpić.


Dance i step w tym tygodniu były super. Nie bardzo meczące, ale zawsze to właśnie takie oderwanie od realnego świata. Jak tylko będę mogła, to będę chodzić na takie zajęcia. Powinnam jednak zabrać się za projekt naszej sypialni. Znowu to odkładam i ciężko się jest mi zmotywować. Nie rozwijam się zawodowo. Nie wiem, czy stawiam sobie za wysokie wymagania, czy jednak jestem leniem. Ciągle mam coś bieżącego do zrobienia. Mój czas urlopu macierzyńskiego się kończy, ale to nie koniec życia, życie będzie się toczyć dalej, tylko ja będę musiała się przyzwyczaić do nowej sytuacji, co mi przypomina, że miałam sprawdzić naszą nianię, a ciągle o tym zapominam. Dziś zrobię to nieodwołalnie i koniecznie!!!!

Dodatkowo będziemy organizować Wigilię, a więc masa zakupowych i organizacyjnych spraw spadnie na nas, a być może na mnie, bo wątpię, żeby to mój mąż zajął się gotowaniem, czy zakupami (tzn. zakupy chętnie zrobi, ale ja będę musiała wszystko wymyślić i zaplanować oczywiście), a także dekoracjami świątecznymi. Ale może to fajne jest, tylko potrzeba na to trochę pieniędzy. No nic, jakoś sobie damy radę. Trzeba będzie kupić choinkę. Nie wiem, jak z dekoracjami, czy jeszcze jakieś mamy, czy też nie trzeba będzie kupić jakichś bombek. Pochodzę po tesco i porozglądam się za takimi rzeczami przy następnych zakupach. Mojej Małej chcę kupić poduszeczkę. 


Dziś miły, ale intensywny dzień, tzn. może nie taki intensywny, ale moja głowa musi pomieścić wszystko, co trzeba zrobić. Najpierw spacer i zakupy, potem karmienie Małej, potem jadę z nią na spotkanie z ciocią Magdą i jej córką Hanią do osiedlowej naleśnikarni, przetestować naleśniki. Nie mają żadnych idealnych, ale mój sos ze słoika wczorajszy też nie był genialny i idealny, cóż, o czasu do czasu chce się zjeść coś innego. Wyspowiadam się Karinie. Potem powrót do domu, potem psychoterapia i relaks. Nic wieczorem nie mam do zrobienia. Za to jutro rano trzeba będzie wcześnie wstać, albo wieczorem późnym odpracować ostatni trening z pierwszego tygodnia insanity. Uff, jest co robić. A może by potestować jakieś wypieki świąteczne? Pierniczki, albo ciasteczka? Myślałam, żeby dla każdego upiec po parę ciasteczek, oczywiście takich bezkształtnych i dietetycznych owsianych z bakaliami, to powinno być dobre! Własnie, sklep ekologiczny jest do odwiedzenia. Muszę pomyśleć co trzeba tam kupić, chyba chipsy bananowe się mi skończyły i syrop z agawy też, ale on jest drogi.... a tu kasa się skończyła i już jestem na żebrach u męża, a wczoraj była dyskusja o pieniądzach.... Ech! Nic to, bawię się z małą i zabieram się do codziennej rutyny!


PS. W końcu nie napisałam o regeneracji po insanity!!! A więc jak zaczęłam insanity to nie jadłam po nim przekąsek potreningowych, bo o 8 było śniadanie potem ćwiczenia a potem od razu drugie śniadanie. Okazuje się, że jeszcze muszę włączyć przekąskę potreningową w tym krótkim czasie. Pani Karina napisała, że jedzenia jest dużo, ale jest ono bardzo ważne. Między innymi stąd mogło wynikać moje zmęczenie. Trzeba będzie postawić na owoce suszone, żeby się tak nie zapychać jedzeniem, bo mój biedny brzuszek tego nie pomieści!!!!!

środa, 20 listopada 2013

Podsumowanie tygodnia 3 i 4 diety stabilizacyjnej + insanity dzień 3 wykonany

Dostałam maila zwrotnego od dietetyczki. Okazuje się, że całkiem dobrze sobie radzę, gdyż moja waga trzyma się na tym poziomie, na którym zakończyłam odchudzanie, a czasem nawet spada do około 55 kilogramów. Dziś było 55,4 kg. Mam przestać myśleć o zrzucaniu kolejnych kilogramów, o tym, że będą święta i dużo imprez i skupić się na dniu dzisiejszym, o tym, żeby każdego dnia odżywiać się jak najlepiej. Tak też będę robić. I będzie dobrze!!!!!

Wczoraj zrobiłam mega hardcore'owy trening. Rano 40 minut Insanity, a potem siłownia, 20 minut bieżni i do tego jeszcze godzina stepu. W sumie 2h20" treningu w jeden dzień. Oczywiście dziś czuję mega zakwasy i ból głowy. Zmusić się rano do ćwiczeń też nie było łatwo, ale się udało. Rano zrobiłam trening, w sumie mogłabym nawet wieczorem, gdyż nigdzie dziś nie idę, ale jednak rano się udało. Wprowadzę poranną rutynę, to będę mogła rano ćwiczyć i będzie super. Może nawet bym wstawała z moim mężem i ćwiczyła z samego rana na czczo? Muszę to sprawdzić, bo dziś na stronie moich trenerów pokazał się artykuł o ćwiczeniu na czczo. Muszę go odszukać i przestudiować. Wystarczy wstawać o 6. Zuza się budzi po 7, więc byłoby idealnie. Pytanie, czy jest sens? Czytam artykuł i myślę.


Fajny ten mój trening siłowy. Niby 20 minut tylko, 2 serie, a czuję każdy mięsień, na którym mi zależało. Będę go robić ze 2 razy w tygodniu, czasem mogę 3, jak będzie okazja, ale wątpię. 

Insanity też nie jest złe. Jest wyzwaniem, tętno na wysokich obrotach prawie cały czas. Nawet nie wiem, czy to są interwały, bo wcale mi to tętno nie spada. W każdym razie, oprócz tego, że boli mnie głowa, to czuję się podbuzowana, pozytywnie, taka podekscytowana. Mimo, że przeszło mi przez myśl, żeby sobie darować i nie marnować tyle czasu na to, to jednak nie, podoba się mi! Jest moc, jest wyzwanie. Podoba się mi gość, który to prowadzi. Daje dobrą motywację. Fajnie ćwiczą też te osoby z tyłu, jedne nie dają rady tak jak ja, inne są już na jakimś poziomie master. Jedne ćwiczenia idą mi lepiej, inne są dla mnie niewykonywalne, ale jakoś sobie daje radę. To w końcu aż 63 dni, a za mną są dopiero 3/63. CIężko powiedzieć, jakie są rezultaty mięśniowe, bo mam zakwasy po siłowni. Na pewno będzie jakiś efekt. Myślę, że ten trening wzmocni mnie emocjonalnie, a to już będzie wiele. Ech, fajnie by było, gdyby na przykład ktoś ze mną podjął to wyzwanie. Namawiałam koleżankę, ale nie wyrabia się czasowo z niczym, tak więc ona na razie odpadła. Walczę samotnie. I dam radę.

Z dietą sobie radzę. Nie przesadzam już. Dziś nawet stwierdziłam, że nie jestem głodna w połowie śniadania, ale zjadłam wszystko, bo było dobre, na obiad odpuściłam parę wstążek makaronu, a wczoraj nawet nie jadłam kolacji, tylko przekąskę potreningową w postaci jabłek i shake'a białkowego. Był wstrętny! Ale może przydał się do regeneracji. Za późno ćwiczyłam, żeby jeść coś jeszcze. Może wypróbuję inne smaki, bo to nie jest taka zła opcja potreningowa. Pomyślę o tym! W końcu ma to tyle kalorii co 200g jogurtu, a zawsze to coś innego. Może sobie nawet później kupię, ale najpierw przetestuję różne smaki. Maleństwo przeżyło po moim mleku na odżywce białkowej.

Idę zamknąć oczy na 20 minut bo umieram!