Uff, nareszcie przestała boleć mnie głowa. Dziś rano wstałam znowu z bólem, za każdym razem gdy podnosiłam się z łóżka w nocy, to czułam ogromny ból za oczami. Insanity czy zmiana pogody? Nie wiem. Ponieważ wstałam o 6:50, zmarnowałam 10 minut na przeglądanie internetu, a potem się zebrałam i zaczęłam ćwiczenia. Moje Insanity. Na czczo, kiedy Małe jeszcze spało. Nie jest to zły pomysł. Energii nie zabrakło. Tylko ten ból głowy uniemożliwiający podskoki. Wczoraj na siłowni zrobiłam mój trening siłowy, plus byłam na zajęciach dance, czyli lekkie cardio, bez większego zmęczenia, ale 700 kcal i 25g tłuszczu poszło! Fajne są te moje treningi siłowe, nie więcej niż pół godziny, a czuję wszystkie mięśnie, głównie te, na których mi zależy. Skaleczyłam wczoraj jak zwykle scyzoryki z piłką, ale idzie mi i tak coraz lepiej, mój brzuch jest mocniejszy. Czuję też, że zaczyna się wsysać. Insanity? Chyba tak. Zobaczymy, jak będzie się mi ćwiczyło, gdy mój mąż będzie w domu, on chyba niewiele popiera albo przynajmniej nie rozumie mojego szaleństwa fitnessowego. Postaram się tak jak dzisiaj wstać przed wszystkimi i zrobić mój trening. To będzie najlepsza opcja, ćwiczyć tak wcześnie z rana. Nikomu wtedy to nie będzie przeszkadzać. I będę więcej czasu spędzać z małą, zresztą powoli trzeba się przestawić na wcześniejsze wstawanie.
Dziś psychoterapia. Postanowiłam porozmawiać w końcu o moim odżywianiu. Niby jest już dobrze, nie mam napadów obżarstwa, jednak... nie jestem do końca zdrowa. Myślenie o jedzeniu zajmuje mi znaczną część dnia, do tego ten paniczny lęk przez przytyciem. Jem teraz dużo, myślę, że dzięki Insanity zapotrzebowanie się zwiększy, nawet jestem zadowolona, bo najtrudniejszy drugi miesiąc wypadnie na okres świąt. To super, spalę wszystkie kalorie!!! Jestem bardzo zadowolona z takiego planu. Psychoterapia. No właśnie. Mam nadzieję, że uda się mi o tym porozmawiać, bo jak zwykle w domu się namieszało i to o tym muszę też porozmawiać z moim mężem. Jestem pewna i zmotywowana, że chcę dalej chodzić na terapię. Wiele pracy przede mną, jeszcze wiele lat w zasadzie i majątek, który na to wydam, ale może w końcu osiągnę stan równowagi i szczęśliwości. Kiedyś musi to nastąpić.
Dance i step w tym tygodniu były super. Nie bardzo meczące, ale zawsze to właśnie takie oderwanie od realnego świata. Jak tylko będę mogła, to będę chodzić na takie zajęcia. Powinnam jednak zabrać się za projekt naszej sypialni. Znowu to odkładam i ciężko się jest mi zmotywować. Nie rozwijam się zawodowo. Nie wiem, czy stawiam sobie za wysokie wymagania, czy jednak jestem leniem. Ciągle mam coś bieżącego do zrobienia. Mój czas urlopu macierzyńskiego się kończy, ale to nie koniec życia, życie będzie się toczyć dalej, tylko ja będę musiała się przyzwyczaić do nowej sytuacji, co mi przypomina, że miałam sprawdzić naszą nianię, a ciągle o tym zapominam. Dziś zrobię to nieodwołalnie i koniecznie!!!!
Dodatkowo będziemy organizować Wigilię, a więc masa zakupowych i organizacyjnych spraw spadnie na nas, a być może na mnie, bo wątpię, żeby to mój mąż zajął się gotowaniem, czy zakupami (tzn. zakupy chętnie zrobi, ale ja będę musiała wszystko wymyślić i zaplanować oczywiście), a także dekoracjami świątecznymi. Ale może to fajne jest, tylko potrzeba na to trochę pieniędzy. No nic, jakoś sobie damy radę. Trzeba będzie kupić choinkę. Nie wiem, jak z dekoracjami, czy jeszcze jakieś mamy, czy też nie trzeba będzie kupić jakichś bombek. Pochodzę po tesco i porozglądam się za takimi rzeczami przy następnych zakupach. Mojej Małej chcę kupić poduszeczkę.
Dziś miły, ale intensywny dzień, tzn. może nie taki intensywny, ale moja głowa musi pomieścić wszystko, co trzeba zrobić. Najpierw spacer i zakupy, potem karmienie Małej, potem jadę z nią na spotkanie z ciocią Magdą i jej córką Hanią do osiedlowej naleśnikarni, przetestować naleśniki. Nie mają żadnych idealnych, ale mój sos ze słoika wczorajszy też nie był genialny i idealny, cóż, o czasu do czasu chce się zjeść coś innego. Wyspowiadam się Karinie. Potem powrót do domu, potem psychoterapia i relaks. Nic wieczorem nie mam do zrobienia. Za to jutro rano trzeba będzie wcześnie wstać, albo wieczorem późnym odpracować ostatni trening z pierwszego tygodnia insanity. Uff, jest co robić. A może by potestować jakieś wypieki świąteczne? Pierniczki, albo ciasteczka? Myślałam, żeby dla każdego upiec po parę ciasteczek, oczywiście takich bezkształtnych i dietetycznych owsianych z bakaliami, to powinno być dobre! Własnie, sklep ekologiczny jest do odwiedzenia. Muszę pomyśleć co trzeba tam kupić, chyba chipsy bananowe się mi skończyły i syrop z agawy też, ale on jest drogi.... a tu kasa się skończyła i już jestem na żebrach u męża, a wczoraj była dyskusja o pieniądzach.... Ech! Nic to, bawię się z małą i zabieram się do codziennej rutyny!
PS. W końcu nie napisałam o regeneracji po insanity!!! A więc jak zaczęłam insanity to nie jadłam po nim przekąsek potreningowych, bo o 8 było śniadanie potem ćwiczenia a potem od razu drugie śniadanie. Okazuje się, że jeszcze muszę włączyć przekąskę potreningową w tym krótkim czasie. Pani Karina napisała, że jedzenia jest dużo, ale jest ono bardzo ważne. Między innymi stąd mogło wynikać moje zmęczenie. Trzeba będzie postawić na owoce suszone, żeby się tak nie zapychać jedzeniem, bo mój biedny brzuszek tego nie pomieści!!!!!
PS. W końcu nie napisałam o regeneracji po insanity!!! A więc jak zaczęłam insanity to nie jadłam po nim przekąsek potreningowych, bo o 8 było śniadanie potem ćwiczenia a potem od razu drugie śniadanie. Okazuje się, że jeszcze muszę włączyć przekąskę potreningową w tym krótkim czasie. Pani Karina napisała, że jedzenia jest dużo, ale jest ono bardzo ważne. Między innymi stąd mogło wynikać moje zmęczenie. Trzeba będzie postawić na owoce suszone, żeby się tak nie zapychać jedzeniem, bo mój biedny brzuszek tego nie pomieści!!!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz