wtorek, 10 grudnia 2013

Kilka głębszych... przemyśleń

Dzisiejszy dzień był normalny. Taki jak powinien być. Tak jak pisałam wracamy z małą do naszej codziennej rutyny. Udało się być na fajnym spacerze. Była naprawdę świetna pogoda. Ugotowałyśmy obiad, ja nawet 2. W zasadzie to 3 obiady, bo 2 dla małej. Niestety coś od tygodnia mi marudzi i nie chce jeść obiadu. Śniadanie i kolację je, a obiadu odmawia. Kombinuję więc, co jej mogę dać. Na szczęście za drugim podejściem zjadła razem ze mną znaczną część tego, co jej przygotowałam. Nie jest już jednak tak lekko jak było jeszcze tydzień temu, że otwierała ochoczo buźkę i wsuwała dosłownie wszystko, co jej zaproponowałam! Nie wiem, co się dzieje. Może nie jest głodna po obfitym śniadaniu i po przekąsce drugośniadaniowej? Już 2 osoby mi powiedziały, że to zęby, ale przecież inne rzeczy je. Ręce mi dziś opadły, jak po raz kolejny odmówiła jedzenia obracając głowę w bok. Staram się nie pokazywać po sobie, że jestem z tego niezadowolona. Nie chcę, żeby mała myślała czy odczuła w jakikolwiek sposób, że mnie zawodzi. Przecież tak nie jest. Jest dla mnie królewną, największym skarbem na świecie. Ech, ciężko być czasem super rozsądnym rodzicem (jak się samemu ma namieszane w głowie i boryka się z zaburzeniami odżywiania!), ale dam sobie radę. Cierpliwość, wytrwałość i konsekwencja! (Powinnam to zastosować do wszystkich dziedzin mojego życia).

Udało się mi zrobić Insanity dzień 20. Wycofuję się z tego, że nie ma po tym zakwasów. Nie wiem, po jakim ćwiczeniu, ale czułam dziś zakwaszone pośladki po wczorajszej sesji. Do tego całe 15 minut treningu siłowego (chyba nie zrobiłam sobie żadnej przerwy, że mi to tak szybko poszło), 5 minut rozgrzewki oraz godzina stepu. Bardzo udany dzień treningowo. Trzeba jednak przyznać, że zaokrągliłam się trochę... zresztą cały czas jestem zaokrąglona, więc o czym tu w ogóle mówić. Dalej utrzymuję, że to mój organizm utrzymuje tłuszcz na okres karmienia.

Dostałam kopa w du... od koleżanki, za moje czekoladki. Mailwo co prawda, ale zawsze. Bo przecież tyle pracy i czasu włożyłam w to, żeby dobrze wyglądać, a potem marnuję to przez jakąś głupotę. Wykończę się funkcjonując w ten sposób. A jak sobie pomyślę ile kasy i czasu na to poświęciłam to aż ciarki mnie przechodzą po plecach. A jak sobie pomyślę ile zaangażowania mojego męża, który siedział z maleńką, gdy ja chodziłam na treningi 4 razy w tygodniu, to też robi się mi przykro, że to wszystko niweczę. Powinno dać mi to do myślenia. Dalej nie jest najlepiej z moją motywacją i z samoakceptacją. Jest nad czym pracować!

Karmienie. Dalej mi chodzi po głowie. Studiuję książki, internet. Odstawiać, czy nie odstawiać i jak? Ograniczyłam do 4 razy na dobę. Wprowadziłam małej jogurty, kefiry i serek bieluch, żeby nie miała niedoborów. Na szczęście to zjada ze smakiem. Kusi mnie, żeby nie karmić i wtedy pocisnąć dietę... a z drugiej strony widzę problem. Nawet nie w małej, ale w sobie. Tak, to prawda, będzie mi okropnie trudno się z tym rozstać. Już na samą myśl o tym chce się mi płakać. To jest uzależniające. Jak pomyślę, że już nigdy więcej nie będę karmić mojego dziecka to aż mnie ściska w żołądku! Nie planuję kolejnych dzieci, tak więc to mogą być ostatnie miesiące, tygodnie tego naszego rytuału. Nie chcę jednak karmić jakoś strasznie długo, w sensie 2 lat itp. Tego sobie też nie wyobrażam. Chcę, żeby moja córa uczyła się niezależności. Nie chcę jej na siłę trzymać przy sobie. Muszę też tak zrobić, żeby odstawienie nie zbiegło się z moim powrotem do pracy, bo to będzie podwójny szok, a tak się nie robi, lepiej więc zrobić to odrobinę wcześniej... albo odrobinę później.

Czytałam w książce "Pierwszy rok z życia dziecka" o karmieniu właśnie. Kolejny rozdział miał tytuł "Dyscyplina". Takiemu maluchowi jak nasz 10-cio miesięcznemu należy już wprowadzać dyscyplinę. Było tam też napisane, że trzeba zwracać maluchowi uwagę, gdy się zachowuje źle, ale nie można krytykować jego osoby, na przykład, żeby nie mówić mu, że jest złym i niedobrym dzieckiem, bo t burzy jego poczucie własnej wartości... i dochodzimy do sedna sprawy. Mój tatuś mówił mi, że jestem zakałą jego życia, kurwą i dziwką.... ciekawe jakie poczucie wartości może mieć taka osoba?! 


PS. Jeszcze jedno. Miałam napisać, że trudno jest tak zaczynać ciągle od nowa, na przykład nową dietę... i tu właśnie powinnam zmienić myślenie. Przecież już od maja zmieniam swoje nawyki. To prawie 7 miesięcy pracy! Codziennej pracy. Owszem, zdarzają się potyczki i wpadki, ale naprawdę wiele zmieniłam i wiele poprawiłam. Wiele jest jeszcze do zrobienia, bo nie do końca słucham zaleceń pani dietetyk, ani nie słucham siebie i jem w emocjach. Strona dla mnie do przestudiowania:


Mindful eating


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz