Po wielkiej burzy trwają u nas
przygotowania do Świąt. Mój mąż przyznał, że jednak mu trochę na mnie zależy, a
więc to była normalna kłótnia jak w każdym normalnym domu (ciekawe, czy są
gdzieś normalne domy, gdzie panuje harmonia? W moim moi rodzice w ogóle się nie
kłócili, za to ojciec znęcał się nad dziećmi, a mama niczego nie była
świadoma). Pomińmy na razie ten temat. Postaram się pochować swoje urazy i
więcej popracować nad naszym związkiem, może trochę więcej dać serca z
siebie.... przynajmniej przez święta i zobaczymy, co będzie dalej.
Ubraliśmy dziś choinkę. Jutro musimy
dokończyć zakupy i ja zabieram się za gotowanie i pieczenie. W sumie to chyba
będzie przyjemna część, muszę tylko ustalić plan działania, co kiedy zrobić.
Przepisy mam, składniki mam, albo prawie mam, ale już rano będę mieć i wszystko
będzie zrobione i przygotowane. Mąż zajmie się porządkami, więc super, bo ja
wolę gotować.
Plan treningów też już jest ustalony -
przez święta będę robić podwójne Insanity, skracam mój recovery week, tak, żeby
zakończyć cały program wtedy, kiedy planowałam pierwotnie, czyli nadrabiam moją
chorobę i ten nieszczęsny piątek spędzony na awanturze. Jednakże będę musiała
się poświęcić i wstawać o 6 rano, żeby wykonać moje ćwiczenia. To jedyny
sposób. Wieczory chcę poświęcić mężowi, w ciągu dnia będzie zbyt wiele do
zrobienia, więc nie dam rady, tak więc nie ma zmiłuj, codziennie pobudka o 6
rano i trening na czczo. Gorzej że coś łupnęło mi w kręgosłupie, a raczej
przestawiło się w kręgosłupie lędźwiowym i boli mnie bardzo, ale na razie
postanawiam to zignorować. 1,5 godziny treningu w każdy świąteczny dzień plus
przynajmniej godzinny spacer i nadmiar kalorii powinien zniknąć, a nie odłożyć
się w mojej pupce. Oczywiście nie zamierzam się objadać, ale pewnie nie będę
sobie też odmawiać smakołyków. Mam pamiętać, że Święta trwają 3 dni i trzeba
sobie rozłożyć jedzenie, a nie zjeść wszystko na raz a potem cierpieć.
Kładziemy małą do spania i zabieramy się
do pakowania prezentów!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz