środa, 20 listopada 2013

Podsumowanie tygodnia 3 i 4 diety stabilizacyjnej + insanity dzień 3 wykonany

Dostałam maila zwrotnego od dietetyczki. Okazuje się, że całkiem dobrze sobie radzę, gdyż moja waga trzyma się na tym poziomie, na którym zakończyłam odchudzanie, a czasem nawet spada do około 55 kilogramów. Dziś było 55,4 kg. Mam przestać myśleć o zrzucaniu kolejnych kilogramów, o tym, że będą święta i dużo imprez i skupić się na dniu dzisiejszym, o tym, żeby każdego dnia odżywiać się jak najlepiej. Tak też będę robić. I będzie dobrze!!!!!

Wczoraj zrobiłam mega hardcore'owy trening. Rano 40 minut Insanity, a potem siłownia, 20 minut bieżni i do tego jeszcze godzina stepu. W sumie 2h20" treningu w jeden dzień. Oczywiście dziś czuję mega zakwasy i ból głowy. Zmusić się rano do ćwiczeń też nie było łatwo, ale się udało. Rano zrobiłam trening, w sumie mogłabym nawet wieczorem, gdyż nigdzie dziś nie idę, ale jednak rano się udało. Wprowadzę poranną rutynę, to będę mogła rano ćwiczyć i będzie super. Może nawet bym wstawała z moim mężem i ćwiczyła z samego rana na czczo? Muszę to sprawdzić, bo dziś na stronie moich trenerów pokazał się artykuł o ćwiczeniu na czczo. Muszę go odszukać i przestudiować. Wystarczy wstawać o 6. Zuza się budzi po 7, więc byłoby idealnie. Pytanie, czy jest sens? Czytam artykuł i myślę.


Fajny ten mój trening siłowy. Niby 20 minut tylko, 2 serie, a czuję każdy mięsień, na którym mi zależało. Będę go robić ze 2 razy w tygodniu, czasem mogę 3, jak będzie okazja, ale wątpię. 

Insanity też nie jest złe. Jest wyzwaniem, tętno na wysokich obrotach prawie cały czas. Nawet nie wiem, czy to są interwały, bo wcale mi to tętno nie spada. W każdym razie, oprócz tego, że boli mnie głowa, to czuję się podbuzowana, pozytywnie, taka podekscytowana. Mimo, że przeszło mi przez myśl, żeby sobie darować i nie marnować tyle czasu na to, to jednak nie, podoba się mi! Jest moc, jest wyzwanie. Podoba się mi gość, który to prowadzi. Daje dobrą motywację. Fajnie ćwiczą też te osoby z tyłu, jedne nie dają rady tak jak ja, inne są już na jakimś poziomie master. Jedne ćwiczenia idą mi lepiej, inne są dla mnie niewykonywalne, ale jakoś sobie daje radę. To w końcu aż 63 dni, a za mną są dopiero 3/63. CIężko powiedzieć, jakie są rezultaty mięśniowe, bo mam zakwasy po siłowni. Na pewno będzie jakiś efekt. Myślę, że ten trening wzmocni mnie emocjonalnie, a to już będzie wiele. Ech, fajnie by było, gdyby na przykład ktoś ze mną podjął to wyzwanie. Namawiałam koleżankę, ale nie wyrabia się czasowo z niczym, tak więc ona na razie odpadła. Walczę samotnie. I dam radę.

Z dietą sobie radzę. Nie przesadzam już. Dziś nawet stwierdziłam, że nie jestem głodna w połowie śniadania, ale zjadłam wszystko, bo było dobre, na obiad odpuściłam parę wstążek makaronu, a wczoraj nawet nie jadłam kolacji, tylko przekąskę potreningową w postaci jabłek i shake'a białkowego. Był wstrętny! Ale może przydał się do regeneracji. Za późno ćwiczyłam, żeby jeść coś jeszcze. Może wypróbuję inne smaki, bo to nie jest taka zła opcja potreningowa. Pomyślę o tym! W końcu ma to tyle kalorii co 200g jogurtu, a zawsze to coś innego. Może sobie nawet później kupię, ale najpierw przetestuję różne smaki. Maleństwo przeżyło po moim mleku na odżywce białkowej.

Idę zamknąć oczy na 20 minut bo umieram!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz