sobota, 30 listopada 2013

Insanity tydzień 2, Andrzejki i inne

1. Tydzień 2 insanity zaliczony. Mąż się trochę dziś wkurzal że tupie za głośno i obudze małą.  Na szczęście tak się nie stało. Efekty?  Na wadze żadne,  ale za dużo jem żeby coś zeszło. W obwodach czuję że spodnie są luźne a więc jest dobrze. Brzuch lepiej ale daleko mu do tego co było przed ciąża.  Może pora się z tym pogodzić?

2. Spotkanie andrzejkowe z dziećmi. Szybko minęło. Nie żeby było jakoś rewelacyjnie ale zawsze wyrwać się z domu jest fajnie nawet z dzieckiem. Pani organizator dietetyk pozwoliła jeść codziennie małą słodką przekąskę. Moja pani dietetyk pewnie mnie za to skarci. Muszę poprawić mogę zasady bo w tym tygodniu jadlam cos slodkiego prawie codziennie ale około 10 max 20g. Jutro cheat meal day i impreza rodzinna.

3. Terapia. Muszę się dowiedzieć ile mama karmila mnie piersią. Zaczynam pracę nad własnym poczuciem wartości i nad moimi problemami z odżywianiem.

Tyle w skrócie.

środa, 27 listopada 2013

Mega zmęczenie

Tak jest, zaczynam czuć ogromne zmęczenie. Czy to Insanity? Pewnie też, ale oprócz tego mam mnóstwo rzeczy do zrobienia. Do tego wypracowałam sobie jakąś infekcję po basenie z Małą, co pewnie też mi nie pomaga. Urinal mi pomaga i nie muszę sikać co 10 minut, tylko co 15 ;-)

Insanity się mi podoba bardzo. Włączyłam przekąski potreningowe i jem... cały czas, tak więc mam już trochę dość. Dość jedzenia, a z drugiej strony czuję, że potrzebuję jeść, bo własnie coraz więcej kalorii zużywam. Dziś nie do końca jestem zadowolona ze swojej diety, bo jadłam na mieście, tzn. kupiłam obiad w osiedlowej restauracji: barszcz czerwony zabielany, eskalopki z kurczaka i łazanki. Łazanek na szczęście nie zjadłam, bo to jeden tłuszcz, były ze skwarkami, tylko ugotowałam sobie ziemniaki, a do tego moja nieśmiertelna brukselka. Z tego jestem naprawdę dumna. Do kawy po obiedzie zjadłam sobie jedno Crispello, taka mini niewinna przyjemność. Tylko 50 kcal, więc szkody wielkiej nie będzie, a ja nie będę czuła, że wiecznie sobie czegoś odmawiam. Za to po eskalopkach jest mi niedobrze. Czasem tak bardzo nie chce się mi gotować obiadu, ale wtedy trzeba korzystać ze sprawdzonych opcji i ze sprawdzonych miejsc, a nie z jakichś przypadkowych. Następnym razem lepiej to przemyślę, nawet lepiej sobie zrobić w domu cokolwiek prostego, byle co, byle by odpowiadało moim standardom. To będzie dużo lepszy wybór.

Muszę się zmotywować i wstawać wcześniej, pomimo mojego zmęczenia, żeby robić moje treningi. Wtedy po pierwsze nie będę musiała tak dużo jeść, a po drugie Małe nie będzie się denerwować jak ćwiczę, bo będzie spało i będę mieć więcej czasu na inne rzeczy, ale oczywiście będę mieć mniej siły. Cóż, pora się przyzwyczaić do wczesnego wstawania. Jutro o 6: 15 zadzwoni mi budzik. Od 6:30 będę dobić trening, a potem śniadanie między 7:30 a 8:0 - i tak chciałam pory posiłków przestawić o pół godziny, żeby jeść mniej więcej tak, jak Mała. Wracając do pracy będę to znowu przestawiać, ale to dopiero w lutym. Mąż wrócił, muszę poodkurzać mieszkanie, popłacić rachunki i zabrać się za projekt. Oczywiście, ledwo żyję.

Optymizm, optymizm i jeszcze raz optymizm. Jest wspaniale i będę pracować nad tym, żeby było jeszcze lepiej. Spodenki są na mnie luźne. W sobotę będzie dzień ważenia. Czwartek i piątek będzie pod względem diety idealny, tak sobie obiecuję!!!!

PS. Nigdy więcej nie zjem nic smażonego na mieście. Niedobrze mi i odbija się mi tłuszczem po tych wstrętnych eskalopkach. Bleh!!!!

niedziela, 24 listopada 2013

Day off

Dziś nic nie robię, oprócz mojego minimum typu ugotować obiad, pobawić się z maluszkiem i go uśpić i utulić do snu. Wszystkie mięśnie mnie bolały na spacerze. Czuję porządne zmęczenie! Treningi były w tym tygodniu ostre. Wyszło 7 godzin.

Odpoczywam też intelektualnie. Wezmę sobie prysznic i idę oglądać komedię romantyczną. Od jutra pomyślę o wszystkich ważnych sprawach. Muszę w końcu się zabrać za spełnianie moich marzeń, bo jest ich wiele, a ciągle nie mogę się odważyć i ciągle nie wiem czemu. Ale koniec z tym. Podejmę wyzwanie!!! Każde. Rok 2014 będzie moim rokiem!!!! W tym roku zrobię jeszcze projekt naszej sypialni, jest dużo czasu, a potem będę mieć nianię, to będzie łatwiej... tzn Mała będzie mieć nianię!!!

Od jutra działam znów - fizycznie i intelektualnie. Jest naprawdę sporo do zrobienia! Ale dobrze, wyciszam się i uspokajam i nie myślę już o tym! Jutro....

Posprzątać garderobę, posprzątać garderobę!!!!

sobota, 23 listopada 2013

Wytrąciłaś mnie z równowagi!

Sobota. Gotuję obiad. Wczoraj miałam moją sesję terapeutyczną, a dodatkowo spotkanie z kumpelą oraz rozmowę z inną. Obydwie mają dzieci, normalne życie i problemy w związkach. A ja doszłam właśnie do wniosku, że choćbym nie wiadomo jak się starała to i tak jeśli nie będzie starania się z drugiej strony to niewiele zdziałam. Dodatkowo, mój mąż ma swoje ograniczenia, nawet mnóstwo ich ma tylko ich nie dostrzega. Chcę się do niego zbliżyć, przytulić, rozmawiać z nim... okazuje się, że on nie może mnie przytulić, gdyż ciągle stroje mu fochy i robię awantury.... tylko że ja mu żadnej awantury jeszcze nie zrobiłam! 2 dni temu zapytałam się ile pieniędzy dał mamie, bo okazuje się, że oprócz tego, że mamy oddzielne finanse, to nie mówi mi o takich rzeczach, bo podobno bardzo źle na nie reaguję, tak więc takie kluczowe dla związku małżeńskiego sprawy są zatajane przed małżonką. Czyli nie mogę z moim mężem rozmawiać i poruszać trudnych tematów bo okazuje się, że robię mu awanturę. I tu właśnie jest odpowiedź dla mojego psychoterapeuty, dlaczego boję się rozmawiać. Bo się nie da! Nic nie wskórałam, nic nie uzyskałam, popłakałam się tylko, bo mnie w końcu nie przytulił. Nie sam z siebie. Nie ma już takiej potrzeby. Nie potrzebuje być ze mną i spędzać ze mną czasu. Dopiero jak na niego wrzasnęłam że go kocham, że mu nie robię żadnych awantur i fochów to coś do niego dotarło, ale bardzo malutko, bo powiedział, że stroję i robię. I bądź tu mądry! Czasem myślę, że nie mam na to wszystko już siły. Mój mąż nie pójdzie ze mną na terapię, nie będzie pracował nad problemami w związku. Nie wiem, co on myśli, czy nie widzi problemów czy co? Ja czuję się cholernie samotna. Tak, cholernie samotna. I to bardzo często. Często też czuję się na trzecim miejscu, najpierw jest Małe, potem jego matka a potem ja. Nie wiem, jak długo dam radę tak trwać. Tak jestem silna, ale po drodze mam wiele załamań....

Nie obrażam się i nie robię awantur. Nigdy nie robiłam. Powinnam sobie przypomnieć, co mówiła Pani Maria, żeby nie brać wszystkiego na siebie. To nie tylko ja, to też on tworzy ten związek i ma swój bagaż. Potrzebne są mi kobiety, zdecydowanie potrzebne są mi kobiety, które mnie wzmocnią i pomogą to wszystko przetrwać.

I do tego jeszcze Insanity. Insanity pomoże mi przetrwać wszystko. Udowodnię sobie, że jestem niezniszczalna!!!!


Appendix 1. Kolejny dzień. Niedziela. Wczorajszy dzień zakończył się pomyślnie. Mój mąż mnie przytulił, spędził więcej czasu ze mną wieczorem, poleżeliśmy sobie, porozmawialiśmy, posłuchaliśmy ciszy i nawet się kochaliśmy, czyli możemy czasem spędzić razem czas.

A fochy? Już dawno to odkryłam. On tak robi, że mówi mi coś przykrego, co wie, że mnie zrani, czasem jest to na żarty, a czasem nie, a czasem to takie głupie infantylne gadanie, żeby uciąć jakiś temat, typu że przytulanie jest dla pedałów... i to mi wiąże ręce. Jest mi przykro i to jest dla niego równoznaczne z fochem...I tak to właśnie działa. No cóż. W końcu nie miał właściwego wzorca rodziny, gdzie kobieta jest szanowana i kochana przez mężczyznę. Mam nadzieję, ze moja córka taki wzorzec dostanie, ale to będzie kosztować mnie dużo pracy!


Dziś dzień odpoczywnkowy od ćwiczeń i dobrze, bo prawdopodobnie czuję każdy mięsień, nie jakoś bardzo, ale zmęczenie mięśniowe jest!

piątek, 22 listopada 2013

Insanity regenracja

Uff, nareszcie przestała boleć mnie głowa. Dziś rano wstałam znowu z bólem, za każdym razem gdy podnosiłam się z łóżka w nocy, to czułam ogromny ból za oczami. Insanity czy zmiana pogody? Nie wiem. Ponieważ wstałam o 6:50, zmarnowałam 10 minut na przeglądanie internetu, a potem się zebrałam i zaczęłam ćwiczenia. Moje Insanity. Na czczo, kiedy Małe jeszcze spało. Nie jest to zły pomysł. Energii nie zabrakło. Tylko ten ból głowy uniemożliwiający podskoki. Wczoraj na siłowni zrobiłam mój trening siłowy, plus byłam na zajęciach dance, czyli lekkie cardio, bez większego zmęczenia, ale 700 kcal i 25g tłuszczu poszło! Fajne są te moje treningi siłowe, nie więcej niż pół godziny, a czuję wszystkie mięśnie, głównie te, na których mi zależy. Skaleczyłam wczoraj jak zwykle scyzoryki z piłką, ale idzie mi i tak coraz lepiej, mój brzuch jest mocniejszy. Czuję też, że zaczyna się wsysać. Insanity? Chyba tak. Zobaczymy, jak będzie się mi ćwiczyło, gdy mój mąż będzie w domu, on chyba niewiele popiera albo przynajmniej nie rozumie mojego szaleństwa fitnessowego. Postaram się tak jak dzisiaj wstać przed wszystkimi i zrobić mój trening. To będzie najlepsza opcja, ćwiczyć tak wcześnie z rana. Nikomu wtedy to nie będzie przeszkadzać. I będę więcej czasu spędzać z małą, zresztą powoli trzeba się przestawić na wcześniejsze wstawanie.

Dziś psychoterapia. Postanowiłam porozmawiać w końcu o moim odżywianiu. Niby jest już dobrze, nie mam napadów obżarstwa, jednak... nie jestem do końca zdrowa. Myślenie o jedzeniu zajmuje mi znaczną część dnia, do tego ten paniczny lęk przez przytyciem. Jem teraz dużo, myślę, że dzięki Insanity zapotrzebowanie się zwiększy, nawet jestem zadowolona, bo najtrudniejszy drugi miesiąc wypadnie na okres świąt. To super, spalę wszystkie kalorie!!! Jestem bardzo zadowolona z takiego planu. Psychoterapia. No właśnie. Mam nadzieję, że uda się mi o tym porozmawiać, bo jak zwykle w domu się namieszało i to o tym muszę też porozmawiać  z moim mężem. Jestem pewna i zmotywowana, że chcę dalej chodzić na terapię. Wiele pracy przede mną, jeszcze wiele lat w zasadzie i majątek, który na to wydam, ale może w końcu osiągnę stan równowagi i szczęśliwości. Kiedyś musi to nastąpić.


Dance i step w tym tygodniu były super. Nie bardzo meczące, ale zawsze to właśnie takie oderwanie od realnego świata. Jak tylko będę mogła, to będę chodzić na takie zajęcia. Powinnam jednak zabrać się za projekt naszej sypialni. Znowu to odkładam i ciężko się jest mi zmotywować. Nie rozwijam się zawodowo. Nie wiem, czy stawiam sobie za wysokie wymagania, czy jednak jestem leniem. Ciągle mam coś bieżącego do zrobienia. Mój czas urlopu macierzyńskiego się kończy, ale to nie koniec życia, życie będzie się toczyć dalej, tylko ja będę musiała się przyzwyczaić do nowej sytuacji, co mi przypomina, że miałam sprawdzić naszą nianię, a ciągle o tym zapominam. Dziś zrobię to nieodwołalnie i koniecznie!!!!

Dodatkowo będziemy organizować Wigilię, a więc masa zakupowych i organizacyjnych spraw spadnie na nas, a być może na mnie, bo wątpię, żeby to mój mąż zajął się gotowaniem, czy zakupami (tzn. zakupy chętnie zrobi, ale ja będę musiała wszystko wymyślić i zaplanować oczywiście), a także dekoracjami świątecznymi. Ale może to fajne jest, tylko potrzeba na to trochę pieniędzy. No nic, jakoś sobie damy radę. Trzeba będzie kupić choinkę. Nie wiem, jak z dekoracjami, czy jeszcze jakieś mamy, czy też nie trzeba będzie kupić jakichś bombek. Pochodzę po tesco i porozglądam się za takimi rzeczami przy następnych zakupach. Mojej Małej chcę kupić poduszeczkę. 


Dziś miły, ale intensywny dzień, tzn. może nie taki intensywny, ale moja głowa musi pomieścić wszystko, co trzeba zrobić. Najpierw spacer i zakupy, potem karmienie Małej, potem jadę z nią na spotkanie z ciocią Magdą i jej córką Hanią do osiedlowej naleśnikarni, przetestować naleśniki. Nie mają żadnych idealnych, ale mój sos ze słoika wczorajszy też nie był genialny i idealny, cóż, o czasu do czasu chce się zjeść coś innego. Wyspowiadam się Karinie. Potem powrót do domu, potem psychoterapia i relaks. Nic wieczorem nie mam do zrobienia. Za to jutro rano trzeba będzie wcześnie wstać, albo wieczorem późnym odpracować ostatni trening z pierwszego tygodnia insanity. Uff, jest co robić. A może by potestować jakieś wypieki świąteczne? Pierniczki, albo ciasteczka? Myślałam, żeby dla każdego upiec po parę ciasteczek, oczywiście takich bezkształtnych i dietetycznych owsianych z bakaliami, to powinno być dobre! Własnie, sklep ekologiczny jest do odwiedzenia. Muszę pomyśleć co trzeba tam kupić, chyba chipsy bananowe się mi skończyły i syrop z agawy też, ale on jest drogi.... a tu kasa się skończyła i już jestem na żebrach u męża, a wczoraj była dyskusja o pieniądzach.... Ech! Nic to, bawię się z małą i zabieram się do codziennej rutyny!


PS. W końcu nie napisałam o regeneracji po insanity!!! A więc jak zaczęłam insanity to nie jadłam po nim przekąsek potreningowych, bo o 8 było śniadanie potem ćwiczenia a potem od razu drugie śniadanie. Okazuje się, że jeszcze muszę włączyć przekąskę potreningową w tym krótkim czasie. Pani Karina napisała, że jedzenia jest dużo, ale jest ono bardzo ważne. Między innymi stąd mogło wynikać moje zmęczenie. Trzeba będzie postawić na owoce suszone, żeby się tak nie zapychać jedzeniem, bo mój biedny brzuszek tego nie pomieści!!!!!

środa, 20 listopada 2013

Podsumowanie tygodnia 3 i 4 diety stabilizacyjnej + insanity dzień 3 wykonany

Dostałam maila zwrotnego od dietetyczki. Okazuje się, że całkiem dobrze sobie radzę, gdyż moja waga trzyma się na tym poziomie, na którym zakończyłam odchudzanie, a czasem nawet spada do około 55 kilogramów. Dziś było 55,4 kg. Mam przestać myśleć o zrzucaniu kolejnych kilogramów, o tym, że będą święta i dużo imprez i skupić się na dniu dzisiejszym, o tym, żeby każdego dnia odżywiać się jak najlepiej. Tak też będę robić. I będzie dobrze!!!!!

Wczoraj zrobiłam mega hardcore'owy trening. Rano 40 minut Insanity, a potem siłownia, 20 minut bieżni i do tego jeszcze godzina stepu. W sumie 2h20" treningu w jeden dzień. Oczywiście dziś czuję mega zakwasy i ból głowy. Zmusić się rano do ćwiczeń też nie było łatwo, ale się udało. Rano zrobiłam trening, w sumie mogłabym nawet wieczorem, gdyż nigdzie dziś nie idę, ale jednak rano się udało. Wprowadzę poranną rutynę, to będę mogła rano ćwiczyć i będzie super. Może nawet bym wstawała z moim mężem i ćwiczyła z samego rana na czczo? Muszę to sprawdzić, bo dziś na stronie moich trenerów pokazał się artykuł o ćwiczeniu na czczo. Muszę go odszukać i przestudiować. Wystarczy wstawać o 6. Zuza się budzi po 7, więc byłoby idealnie. Pytanie, czy jest sens? Czytam artykuł i myślę.


Fajny ten mój trening siłowy. Niby 20 minut tylko, 2 serie, a czuję każdy mięsień, na którym mi zależało. Będę go robić ze 2 razy w tygodniu, czasem mogę 3, jak będzie okazja, ale wątpię. 

Insanity też nie jest złe. Jest wyzwaniem, tętno na wysokich obrotach prawie cały czas. Nawet nie wiem, czy to są interwały, bo wcale mi to tętno nie spada. W każdym razie, oprócz tego, że boli mnie głowa, to czuję się podbuzowana, pozytywnie, taka podekscytowana. Mimo, że przeszło mi przez myśl, żeby sobie darować i nie marnować tyle czasu na to, to jednak nie, podoba się mi! Jest moc, jest wyzwanie. Podoba się mi gość, który to prowadzi. Daje dobrą motywację. Fajnie ćwiczą też te osoby z tyłu, jedne nie dają rady tak jak ja, inne są już na jakimś poziomie master. Jedne ćwiczenia idą mi lepiej, inne są dla mnie niewykonywalne, ale jakoś sobie daje radę. To w końcu aż 63 dni, a za mną są dopiero 3/63. CIężko powiedzieć, jakie są rezultaty mięśniowe, bo mam zakwasy po siłowni. Na pewno będzie jakiś efekt. Myślę, że ten trening wzmocni mnie emocjonalnie, a to już będzie wiele. Ech, fajnie by było, gdyby na przykład ktoś ze mną podjął to wyzwanie. Namawiałam koleżankę, ale nie wyrabia się czasowo z niczym, tak więc ona na razie odpadła. Walczę samotnie. I dam radę.

Z dietą sobie radzę. Nie przesadzam już. Dziś nawet stwierdziłam, że nie jestem głodna w połowie śniadania, ale zjadłam wszystko, bo było dobre, na obiad odpuściłam parę wstążek makaronu, a wczoraj nawet nie jadłam kolacji, tylko przekąskę potreningową w postaci jabłek i shake'a białkowego. Był wstrętny! Ale może przydał się do regeneracji. Za późno ćwiczyłam, żeby jeść coś jeszcze. Może wypróbuję inne smaki, bo to nie jest taka zła opcja potreningowa. Pomyślę o tym! W końcu ma to tyle kalorii co 200g jogurtu, a zawsze to coś innego. Może sobie nawet później kupię, ale najpierw przetestuję różne smaki. Maleństwo przeżyło po moim mleku na odżywce białkowej.

Idę zamknąć oczy na 20 minut bo umieram!

poniedziałek, 18 listopada 2013

Słodyczowy weekend + Insanity! + NOWE ZASADY ZIMOWE, aby przetrwać i nie obrosnąć w sadełko

Minął weekend. Wczoraj dostaliśmy zaproszenie na obiad do teściowe i dobrze, bo strasznie nie chciało się mi nic gotować. Za to zjadłam rosołek, którego pewnie Pani Karina by nie pochwaliła. Po obiedzie skusiłam się na sernik i biszkopt jabłkowy, pomimo, że miałam zaplanowane wyjście do sowy na tort, a w sowie zjadłam 2 kawałki tortów i wypiłam 2 kawy smakowe. Hmm i gdzie jest umiar? Naprawdę powinnam się poprawić. Miałam sobie nie odmawiać znowu tak wszystkiego, ale jednak nie powinnam aż tak przesadzać. Nie będę żyła z poczuciem straty, ale pewnie zasady muszą być. 

MOJE ZASADY PRZYJEMNOŚCIOWE:


  • W TYGODNIU NIE JEM DESERÓW - DESER JEM TYLKO W NIEDZIELĘ, WTEDY SOBIE MOGĘ POZWOLIĆ NA SPORĄ PORCJĘ SŁODYCZY BEZ WYRZUTÓW SUMIENIA, ALE JEDNORAZOWO!!!!! CZYLI JEDEN DESER NA TYDZIEŃ
  • EWENTUALNIE DRUGIE PRZEWINIENIE WEEKENDOWE TO JAKAŚ DOBRA KAWA SMAKOWA, ALBO DRINK, ALE TEŻ JEDEN RAZ NA TYDZIEŃ
  • JEŚLI Z JAKIEGOŚ POWODU WYKORZYSTAM PRZYJEMNOŚĆ Z PUNKTU 1 LUB 2 TO POTEM W WEEKEND SOBIE NA TAKIE PRZYJEMNOŚCI NIE POZWALAM!!!!
  • KOSTKA CIEMNEJ CZEKOLADY TO MAŁA PRZYJEMNOŚĆ, NIE LICZĘ JAKO DESER (ale max 2 razy w tygodniu!!!... nie mogę tego zmieniać, bo inaczej będę popuszczać sobie coraz bardziej i pójdzie to w złym kierunku!!!)
  • WINO - 1 LAMPKA TYGODNIOWO
  • RAZ NA DWA TYGODNIE MAM CHEAT MEAL DAY, KIEDY TO NIE PRZEJMUJĘ SIĘ DIETĄ I JEM TO CO CHCĘ - TO BĘDZIE TAKI DZIEŃ WŁAŚNIE NA OBIADY RODZINNE, ŚWIĘTA, URODZINY, CZY IMIENINY
  • ZDROWE EKOSŁODYCZE TYPU SERNIK BEZ CUKRU I INNE TEGO TYPU SĄ DOZWOLONE W RAMACH POSIŁKU OWOC+JOGURT, OCZYWIŚCIE MUSZĘ ZACHOWAĆ PROPORCJE PRODUKTOWE

Od razu czuję się lepiej i bezpieczniej. Okaże się, że poprzedni tydzień wcale nie był więc zły, bo w tygodniu słodyczy nie jadłam, a wczoraj skoro był cheat meal day, to nie muszę się niczym przejmować :-) 2 razy zjadłam kosteczkę gorzkiej czekolady, ale to też w normie. Pizza, którą zjadłam może nie była najlepszym wyborem, ale była mała. Wina dużo też nie wypiłam, więc w zasadzie prawie wszystko super. Nie będę się nie wiadomo jak katować, będę sobie dostarczać trochę przyjemności, a jednocześnie nie obrosnę w sadełko! Nie dam się!!! 

Po wczorajszym dniu waga pokazała 55,9 kg, a więc super, bo poniżej 56 kg pomimo mojej rozpusty!!!

Zaczęłam robić dziś również insanity - na razie fit test, czyli 25 minut bardzo intensywnego treningu interwałowego zaliczyłam. Nie wiem, jakie były moje wyniki, pewnie średnie. Zobaczymy jak się będę poprawiać. Przyjemny gość prowadzi te ćwiczenia, a  więc będę ćwiczyć. Codziennie :-)

Dziś idziemy do Szwagrów. Mają być lody, ale ja trzymam się zasad i nie zjem nic słodkiego. Wezmę sobie mój jogurcik. A co!!!!!

sobota, 16 listopada 2013

Trening siłowy powraca!!! Zakwasy również!

Po raz drugi nie udało się mi pójść na zajęcia, na które chciałam. Pójść poszłam, ale... zajęć nie było. Skończyłam więc na półgodzinnych zajęciach ABS na siłowni, które nie wydawały się mi dość ciężkie, ale jednak zakwasy są, oraz zrobiłam trening siłowy, który miałam zaplanowany na przyszły tydzień. Zakwasy na tricepsach i na nogach też są. Niby tylko 25 minut siłowego treningu, 25 minut brzucha, ale jednak wyszło z tego coś, co spowodowało ogromne zmęczenie dnia następnego, czyli dzisiaj i ból w mięśniach. Dzisiejszy dzień był bardzo męczący. Naprawdę czekało mnie wiele pracy. Sprzątanie, gotowanie, czyli niby to co zwykle, basen z maleńką (to akurat okazało się fajnym relaksem), potem znowu sprzątanie pokoiku małej, bo udało się, remont można uznać za skończony i maleństwo śpi już smacznie w swoim pokoiku, a więc super.

Jutro mam wykonać jeszcze trening na brzuch i pośladki. Rano raczej nie planuję iść na siłownię, gdyż umówiłam się z moją siostrą na świętowanie urodzin. I dobrze, coś się nam od życia należy! W każdym razie jak już wyjdę po południu to nie będę jędzą i nie będę wychodzić dodatkowo rano. 

Ściągnęłam sobie cały program Insanity. Jutro przeczytam instrukcje i zaczynam od poniedziałku. A co! Czemu nie? Przyda się takie spalanie zwłaszcza przez okres świąteczny. 

Muszę przyznać, że... niestety nie jestem w stanie osiągnąć na razie balansu. Ciągle myślę o diecie, o jedzeniu i o tym, że nie jestem do końca zadowolona ze swojego ciała. Zresztą jakieś mam takie przeświadczenie, że kogo to obchodzi, nikt na mnie nawet nie zwraca uwagi. Ostatnio na psychoterapii koncentruję się na sprawach mojego domowego ogniska, a może właśnie na tym powinnam się skoncentrować teraz? Powoli próbuję wrócić do normalności z jedzeniem i nie przejmować się tak strasznie, ale teraz na przykład przez jeden dzień się nie ważyłam, a wczoraj zjadłam tą pizzę i już czuję niepokój i strach. To nie w porządku!!!!! Trzeba będzie nad tym popracować.

W przyszłym tygodniu umówiłam się na trening wprowadzający na mojej nowej siłowni. Może pokażą mi coś fajnego! Mam nadzieję. Siłownia jest ogromna i jest na niej masę sprzętu, którego jeszcze nie ogarniam.

Ledwo widzę na oczy, więc idę spać. Dobranoc. (Pewnie i tak się skończy na siedzeniu jeszcze parę godzin i zwlekaniu z pójściem do łóżka).

piątek, 15 listopada 2013

Pizza day

Dziś na obiad zamówiłam sobie pyszną pizzę. Małą pizzę. Była bardzo mała, ale to dobrze, bo Karina pozwoliła zjeść jeden kawałek pizzy zamiast obiadu - myślę, że to mogło być mnie więcej tyle.

Dochodzę do wniosku, że: mam 32 lata, rozciągnięty mięsień brzucha po ciąży - mimo, że wypracowałam sobie kratkę na brzuchu, spaliłam z niego tkankę tłuszczową, to i tak jest i chyba będzie wystający. W poniedziałek minie 9 miesięcy od porodu. Minie więc już czas na powrót organizmu do formy. Co udało się zrobić to udało, a co nie, to nie. Na pewno nie zmienię tego, że moja skóra na pośladkach nie jest już tak jędrna jak była. Ma rozstępy i chyba jest mojej skóry więcej niż było. Skóra na brzuchu i pod ramionami też już trochę zwiotczała. Za czym więc ja gonię i po co? No właśnie. Po co? Za czymś nieosiągalnym. Nie będę mieć już ciała jak 17-latka. Nie ma więc sensu odmawiać sobie wszystkiego. Stąd między innymi pizza day. Zresztą waga już mi nie spada. Może jakbym przyłożyła się w 100% do diety jeszcze w poprzedniej jej fazie to by to się udało, ale przeciągnęłam to i za długo to wszystko trwało, więc zmęczyłam się całą tą dietą. Teraz mam cel nie przytyć. Utrzymać moją wagę 56 kilo przez całą zimę, aż do powrotu do pracy. Kiedy maleństwo skończy roczek i przestanę ją już karmić, to zastanowię się, czy przypadkiem nie podjąć jeszcze jednej próby zrzucenia tych ostatnich kilogramów - to już będą wtedy kosmetyczne poprawki. Zobaczymy. Ustalę to na kolejnej wizycie kontrolnej na początku lutego, tuż przed powrotem do pracy. Na razie nie przejmuję się, trzymam poziom 56 kilo!!! Myślę, że to dobry plan.

Nie jest źle poza tym. Czuję się bardzo dobrze, wyglądam też nieźle... oczywiście dalej mam dużą pupę, ale zawsze taką miałam. Opanowałam ataki obżarstwa, zmieniłam mój sposób jedzenia. Nie objadam się, nie obżeram się w samotności, nie zajadam problemów. Czasem mam zachcianki i pozwalam sobie na przyjemności, ale przecież czymże byłoby bez nich życie!!!! I tak chyba na mało sobie pozwalam i nie szaleję zanadto. Niby już dieta stabilizacyjna, ale przedtem też jadłam czasem bardziej kaloryczne produkty, więc jak od czasu do czasu coś zjem więcej to przecież nic się nie stanie.

Dziś w końcu idę sobie dać wycisk na fitnessie. 2 godziny szaleństwa, czyli 2 godziny zajęć, na których jeszcze nie byłam.

Koleżanka instruktorka doradziła mi, żebym rzuciła Ewę, bo zepsuję sobie kolana i odcinek lędźwiowy, a w zamian za to zabrała się za Insanity. Może to nie jest taki zły pomysł, zwłaszcza, że szykuje się okres imprezowo-świąteczny i będzie więcej jedzonka. Chyba od poniedziałku zacznę, muszę tylko zaciągnąć filmiki. Muszę tylko znaleźć na to czas!!!!

Opcja 2 to Lisa Marie... ale tam potrzeba dużo sprzętu.... no, może nie dużo, ale go nie mam i nie skombinuję, bo nie mam jak. 

środa, 13 listopada 2013

SPA, relaks, światłoterapia... mmmm

Piszę szybko, bo nie chce się mi. Już dawno miałam to napisać! Potrzebny mi relaks! Nie, żebym go nie miała, ale nie umiem z niego korzystać. Nie umiem się wyciszyć, nie myśleć o niczym. Po prostu poleżeć, posłuchać muzyki i nic nie robić. Właśnie wróciłam ze spa. Miałam peeling kawowy całego ciała, masaż z czekolady...mmm ten zapach, a potem zabiegi na twarz: peeling enzymatyczny, ampułkę na twarz, ampułkę pod oczy, maseczkę i krem. 2,5 godziny super relaksu. Pani masażystka była dość gadatliwa i mnie trochę wymęczyła, ale z drugiej strony fajnie było sobie z kimś po prostu pogadać. Było genialnie. Polecam Yasumi w Krakowie! Zresztą już tam kiedyś byłam, tylko w innym oddziale. Wtedy to chyba wyszłam jeszcze bardziej zadowolona. 2 lata temu dostałam super pakiet na moje 30-te urodziny od mojej nowej rodzinki. 

W każdym razie chciałam napisać tyle, że pora nauczyć się odprężać i relaksować i czerpać z życia to, co najlepsze! Koniecznie!!!! Jutro pójdę sobie do rosmanna, pora zmienić parę rzeczy - na przykład kolor włosów. Ostatnio robiłam ombre w kwietniu i nie wygląda już to dobrze, zresztą w ciemnych włosach mi lepiej, a więc pora coś zmienić! Muszę też kupić trochę peelingów, bo pani kosmetyczka mi kazała.... oczywiście poleciła masę produktów marki yasumi, ale ja chyba postawię na ziaję. W końcu jestem matką polką, tzn. mam obciętą pensję i nie stać mnie na nie wiadomo co!

Myję ząbki i oglądam serial, a potem do spania. Jutro wycisk na siłowni!!!! Nowe zajęcia do przetestowania i może odwiedzę Strefę Kobiet!

PS. Wróć! Jutro znów nie idę na fitness!!! Jutro kończymy składać meble. Dopiero w piątek uda się mi wyrwać z domu. Znowu muszę być przeproszona z Ewką. Idę spać. Rano zrobię turbo spalanie, a wieczorem pojadę z treningiem na brzuch i pośladki mojej trenerki. Do tego mam nadzieję uda się mi wyskoczyć na rowery w niedzielę i tydzień będzie całkiem udany treningowo. Na razie rozkręca się bardzo powoli. Trudno, czasem tak bywa.

Na piątek planuję pizzę zamówić na obiad, a w niedzielę z moją siostrą idę na ciastko! O! Ale to będą dni treningowe, więc powinno się wszystko spalić. Ważne trzymać cel poniżej 56 kilogramów... ech, w ogóle się tą wagą nie powinnam przejmować, ale jednak nie buduję teraz tkanki mięśniowej, więc nie powinno być żadnych wzrostów. Do spania!!!! Znowu idę późno spać!!! Ech!!!!!!

wtorek, 12 listopada 2013

Billy B. i Ewa czyli leniwy trening ogarnięty... a ochota na słodycze jest!

Dziś mój dzień treningowy. Ponieważ mój mąż ma imprezę firmową i nie wiadomo kiedy wróci, siedzę w domu. Udało się mi już zrobić trening, gdy tylko malutka poszła spać. Dziś coś nowego: Billy Blanks. Zrobiłam 35 minutowy trening na brzuch. Nie wiem, czy to było mocne czy nie. Zmęczyć się nie zmęczyłam bardzo, ale brzuch na pewno poczułam. Potem zapodałam sobie z lenistwa Ewę Ch., z którą coś ostatnio przeprosiłam się, Skalpel tym razem. Nie chciało się mi pocić i przemęczać. Robiłam go drugi raz w życiu i okazało się, że krople potu pojawiły się na dekolcie, a moje pośladki poczuły, że są, czyli zabolały. Hmmm, niby słabe, niby lekkie, ale jednak zmęczyło mnie trochę. Wyszła mi godzina dziesięć. 

Trochę się martwię swoją wagą, ale może niepotrzebnie. Najważniejsze to się nie roztyć i nie zmarnować efektów. Dopóki waga będzie się utrzymywać na poziomie 56 kilogramów to będę z siebie zadowolona! Oczywiście moim celem jest mniej niż 56, a nie tak jak teraz 56 z ogonkiem. Muszę się zważyć na czczo po wizycie w toalecie, wtedy będę mieć właściwy wskaźnik jak jest naprawdę. 

Zrodziła się we mnie ogromna ochota na słodycze. Dziś byłam w cukierni kupić chleb. To fajna lokalna cukiernia i mają jakieś nowe fajne ciastka, na przykład brownie! Pojadłabym sobie również czekoladki Karmello, które miałam sobie kupić na urodziny, albo zażyczyć od kogoś. Nie kupiłam i nie dostałam, ale dalej mnie kuszą. Do tego latte pierniczkowa z coffe heaven za mną chodzi i jakiś tort z cukierni Sowa, którą miałam przetestować w urodziny i nie przetestowałam. Do tego pizza z pizzerii z mojego bloku. I te wszystkie zachcianki chodzą za mną na raz!!!! Ech, jakoś z nimi będę musiała sobie poradzić. Dziś skończyło się na zdrowym serniczku bananowym, w którym jedynym grzechem było dodatkowe jajko. Reszta dokładnie wg planu. Najpierw trzeba doprowadzić moją wagę do porządku, a potem dopiero myśleć o przyjemnościach!!!! Niby dziś wtorek, ale mimo to weekend i tak się zbliża dużymi krokami. Mam nadzieję, że uda się mi jeszcze porządnie poćwiczyć w czwartek i w weekend. Jutro SPA :-D Raz na rok należy się mi, więc idę do spa na masaż i jakieś maseczki na twarz... czekoladowe! A co!!!!

Po weekendowy wzrost wagi

I właśnie. Znowu weekend minął. Tym razem moja rozpusta trwała od czwartku. Waga znów pokazała więcej. Wczoraj 56,2 a dziś 56,3 kg. No może to jeszcze nie jest powód do paniki, tylko znowu zatrzymanie wody i treści pokarmowych. Ważyłam się przed wizytą w toalecie. Jednakże, gdyby waga się utrzymywała trzeba będzie przedsięwziąć odpowiednie środki. Spodnie też wydają się takie jakby ciaśniejsze... ech, czuję się gruba, ale spokojnie, bez paniki. Wszystko wróci do normy, zresztą jest w normie.

Pogoda jest taka, że nic tylko leżeć w łóżku pod kocem przed telewizorem i objadać się czekoladkami. Tego oczywiście nie robię, ale na sumieniu mam, to, co mam. Postanowiłam teraz przez 5 dni zdrowo się odżywiać, zresztą cały czas zdrowo się odżywiam, ale nie ulegać żadnym pokusom. W weekend znowu czeka mnie świętowanie, mianowicie mam się umówić z moją siostrą na zaległe świętowanie moich urodzin i jej... które były 2 miesiące temu! Jeszcze mamy szwagrów odwiedzić, którym urodziło się maleństwo tydzień temu oraz w poniedziałek 18 listopada przyjeżdżają do nas kolejni szwagrowie, ci, którzy są już jedną nogą w Norwegii. Okazji do grzeszenia będzie mnóstwo, trzeba więc podnieść swój metabolizm na największe obroty, albo swoją silna wolę wywindować nie wiadomo jak wysoko. I tak zaczyna się okres imieninowo-świąteczny. Będzie ciężko! Dam jednak radę, nie polegnę. Nie poległam teraz i dalej będę się trzymać. Po drodze będzie jeszcze kontrola u Pani dietetyk. Ważne, żeby trzymać się planu i tylko od święta pozwalać sobie na rozpustę i większe przyjemności.

niedziela, 10 listopada 2013

Step z Mariosem

Udało się! Pomimo remontu, ogólnego zestresowania w domu udało się mi pójść na zajęcia master class w Fitness Platinium! Do Platinium przyjechał Marios Meletis poprowadzić warsztaty i zajęcia dance i step. Mnie udało się dotrzeć na step. Miałam mega stresa, bo dawno nie chodziłam na zajęcia choreograficzne, ale było naprawdę wspaniale! Brakuje mi tych czasów, kiedy wstawałam w sobotę rano szłam na fitness, czasem na 2 godziny, czasem na 3, potem niespiesznie wracałam do domu, albo spędzałam jeszcze parę chwil... godzin na sofie w klubie z dziewczynami!!! Te czasy nie wrócą. Teraz spiesznie po zajęciach pognałam do domu i do moich domowych obowiązków. Naprawdę brakuje mi tej beztroski, czasu na moje hobby, ale pasja i zamiłowanie nie minęły. Gdy tylko będę mogła to będę uczestniczyć w takich wydarzeniach. Udało się mi spotkać moją Kasię, oczywiście coraz mniej mamy ze sobą wspólnego, nie spędzamy już ze sobą tyle czasu, ale i tak łączy nas wspólna przeszłość i wspólne hobby. 

W tym tygodniu przećwiczyłam 4,5 godziny, czyli ok (wg mojej trenerki, bo według moich starych standardów ciągle mało), za to wprowadziłam nowe zajęcia XCO i super step. W godzinę poszło ponad 600 kcal, było naprawdę szybko i intensywnie!!! Dziś miałam jeszcze ćwiczyć, ale tapetowaliśmy pokój, byłam na spacerze, a mała w nocy wstawała z milion razy, więc jestem bardzo zmęczona i dzisiejszy trening przekładam na jutro.

W nowym tygodniu zamierzam pójść na dance i na nowe zajęcia Insanity. Do tego TRX+kettlebell. I pomyślę też nad pójściem na trening wprowadzający w następnym tygodniu, wtedy też zaczynam trening siłowy. Do Perfect Gymu chyba za bardzo nie ma już co jeździć. Moi ulubieni trenerzy Aga M. i Marek M. nie pracują tam już od listopada, więc nie ma nikogo porządnego, kto by poprowadził rowery, ani nie wiadomo, kto prowadzi perfect HIIT. Zresztą na te zajęcia chodziłam tylko dla Agnieszki. 

Treningi będą więc dobre, postaram się mieć jak najlepsze efekty.

Dietę trzymam.... hmm, chociaż ten tydzień był urodzinowy i w poniedziałek skusiłam się na kawałek szarlotki z weekendu. Czwartku nie liczę,bo to moje urodziny, więc świętowałam. W ten weekend też sobie nie odmówiłam słodyczy, ale nie takich ciężkich przynajmniej. Zważę się jutro i postaram się przez następne 5 dni tygodni trzymać moją dietę stabilizacyjną, tak, żeby waga szła w dobrym kierunku. 

Maleństwo płacze, chyba chce mnie zmanipulować, bo się jej nudzi, a ja mam jej dostarczyć rozrywek :)

piątek, 8 listopada 2013

I po urodzinach

Wszystko co dobre, szybko się kończy. 7 listopada minął mi tak szybko, że nawet nie zdążyłam usiąść do komputera i skrobnąć jednego zdania. Następne urodziny dopiero za rok. Były prezenty, były życzenia, ale człowiek już jest starszy i jakoś nie przeżywa już takich dni, tak jak kiedyś, co nie znaczy, że nie czułam się wyjątkowo i nie porozpieszczałam się trochę. Zmieniło się jedno, nie czułam się samotna. Zawsze w urodziny dopadała mnie jakaś taka melancholia, a  teraz nie przyszła. Teraz była ze mną Malutka cały czas. I moja mama przyjechała i poszłyśmy razem na obiad. Rozpieściłam się obiadem. Zupa krem z pomidorów, cannelloni ze szpinakiem i ricottą. Mniam. Do tego cappuccino, które podali mi z małą bezą, jako ciasteczko, czyli w sumie zrealizowałam plan zjedzenia bezy. Na urodzinowe świętowanie wybrałam się z mężem do Mount Blanc, pijalni czekolady i kawy. Kawa rozczarowała. Wzięłam zamiast zwykłej jakąś z syropem klonowym, a nie lubię dosładzanej kawy. Ale były też lody zatopione w mlecznej czekoladzie. Były super. I to koniec mojej rozpusty. Dziś trzeba powrócić do normalności. Postaram się teraz nie rozpuszczać i być może nawet przez 10 dni nie jeść nic podejrzanego ani słodkiego. 18 listopada będą u nas szwagier z szwagierką, którzy jedną nogą mieszkają już w Norwegii, może to będzie okazja do uczczenia zaległych urodzin i może wtedy zamówię w końcu tort Dakłas z Sowy. Jeśli nie, to muszę koniecznie tam kiedyś pójść.

A dziś powrót do rzeczywistości. Będę robić trening w domu, ten zestaw dla kobiet. Nie wiem, czy to on czy to XCO dało taki wycisk mojemu brzuchowi, że wczoraj bolały mnie żebra. Powtórzę trening i zobaczę. Tym razem nie będę robiła go na czas tylko 15 powtórzeń każdego ćwiczenia, 3 serie. Tylko trzeba równocześnie biegać za Małą po pokoju. Będzie cardio ;-)

środa, 6 listopada 2013

Nowy trening dla kobiet w domu

Środa rano. Ostatni mój dzień, kiedy mam 31 lat ;-) Już jutro się to zmieni, ale na podsumowania może jeszcze przyjdzie czas. Na razie chciałam napisać o moim samopoczuciu po XCO. Wstałam... później niż zwykle bo o 7:50. Oczywiście poszłam spać koło północy i 2 albo 3 razy wstawałam do małej, więc tradycyjnie noc była przerywana, ale ponad 7 godzin snu było. Nie wiadomo jak liczyć taki sen. Obudziłam się zmęczona. Nie, żebym czuła jakieś zakwasy, czy ból, ale czułam, że moje mięśnie coś zrobiły. Poczułam to jeszcze bardziej, gdy zaczęłam wykonywać nowy trening:



Naprawdę było ciężko zrobić mi pewne ćwiczenia, zwłaszcza, że dużo było w podporze. Na pewno mój brzuch i ręce popracowały. Ostatnio w ogóle nie ćwiczę rąk żadnymi hantlami ani nie wykonuję żadnych ćwiczeń na górne partie mięśniowe. Ciągle te podpory i tego typu rzeczy. Choć na XCO co nieco było treningu na te partie mięśniowe. Spoko spoko. Będę ten trening wykonywać przez 2 tygodnie, a potem ruszam z treningiem siłowym.

Na zakończenie mojego 31. roku życia postanowiłam przestać panikować. Waga pokazała dziś 55,2 kg, czyli już naprawdę sekundy dzielą mnie od osiągnięcia mojego celu i nie zamierzam tego zaprzepaszczać, ani robić teraz nie wiadomo co, żeby zgubić te 0,2 kg, bo to przecież jest tylko 1400 kcal, czyli w zasadzie 2 porządne treningi półtoragodzinne. Oczywiście źle to liczę, bo skoro podczas takiego treningu porządnego 1,5 godzinnego spalam około 20 g tłuszczu, to potrzeba mi 10 takich sesji, więc ćwicząc powiedzmy tak 2 razy w tygodniu potrzeba mi 5 tygodni, żeby zrzucić 0,2 kg tłuszczu samymi ćwiczeniami, proste. Czyli akurat do wizyty kontrolnej u Kariny w grudniu powinno być to już zrobione. Taki jest mój plan. Oczywiście powinnam mieć jeszcze deficyt kaloryczny z diety, więc może się uda wcześniej, ale już się nauczyłam, że moja waga pogrywa sobie ze mną dokładnie tak, jak chce.

Na urodziny nie idziemy jednak na steki, tylko na słodycze. W zamian za to nie będę już jeść słodyczy w weekend. Zjem pucharek lodów i kawę. Nie będę zamawiać dodatkowego ciastka, bo miałam dylemat, ciastko, czy lody czy to i to. Na pewno nie to i to!!! To że mam urodziny znaczy, że mogę zaszaleć, ale nie muszę przesadzać!!! Idę robić zupkę maluszkowi i sobie obiad, bo potem mamy wizytę kontrolną u lekarza, a następnie przychodzi do nas niania na rozmowę. Zobaczymy, co to będzie!

PS. Nie wiem, co ja za głupotę wymyśliłam z tym obliczaniem spalania tłuszczu! Przecież chcę zgubić 0,2 kilograma, nie koniecznie tłuszczu. Tłuszczu chcę zgubić jak najwięcej, a na ostatnich pomiarach było około 11 kilo. Dążę do 10 kilogramów, chociaż nie wiem, czy to realne. Każda wartość niższa będzie dobra. Każda wartość większej ilości tkanki mięśniowej również będzie dobra. A co! Mięśnie są dobre! Unieważniam obliczenia, zabieram się za malowanie obrazków.

PS. 2. Czuję moje mięśnie brzucha. Nie są to zakwasy, ale czuję, że pracowały. Ręce też czuję.Jutro będę się regenerować. W piątek będę ćwiczyć w domu - koniecznie rano. Dziś się jakoś udało, chociaż małe chciało aktywnie przełączać mi stopper w telefonie :-)

wtorek, 5 listopada 2013

XCO

Poszłam na zajęcia XCO do Platinium. Super było. Nie wiem, czy to był mocny trening, ale na pewno było to coś innego i coś nowego dla mojego organizmu. W pewnych momentach czułam nawet ból, a w innych zmęczenie :-) a nawet pod koniec ćwiczeń na brzuch niemoc i niemożność zrobienia kolejnego planka! Będę próbować takie nowości, tak jak sobie zaplanowałam i zobaczymy co będzie. Do tego 40 minut bieżni w strefie tlenowej i poszło 750 kcal. Dawno nie robiłam jednak porządnych interwałów i treningu siłowego, ale od niego teraz odpoczywam, żeby potem ruszyć ze zdwojoną siłą na zregenerowanych mięśniach. W każdym razie wizyta na siłowni mnie zmotywowała i podbudowała. Od razu się lepiej poczułam. Nie piszę już więcej, idę spać. Jeszcze tylko moje uzależnienie od fejsbuka każe mi posprawdzać nowości na tym przeklętym portalu społecznościowym. Za to fajny artykuł znalazłam o regeneracji. Co mi przypomina, że powinnam więcej spać i pamiętać o piciu wody!!! Dziś oprócz tego co na treningu to wypiłam tylko 2 szklanki wody mineralnej. Do tego oczywiście masa różnych herbat, ale to i tak za mało. PIJ WODĘ!!!

Jedzenie nie będzie rządzić moim życiem!

Na stole w kuchni leży jeszcze pyszna szarlotka z weekendu, ale nie, nie skuszę się! Wystarczy, że wczoraj uległam i zjadłam kawałeczek po obiedzie. Nie jest mi to potrzebne. Dziś ważyłam 55,6 kg, a więc nie roztyłam się w weekend ;) ale jednak trochę waga wzrosła - zatrzymanie wody i treści pokarmowych. Czasem tak zdarza się, bo w 3 dni nie tyje się kilograma. Dostałam maila od pani dietetyk z pochwałą. Drugi tydzień był gorszy, jeśli chodzi o grzeszki, ale i tak sobie dobrze radze. Nie jest źle!!!

Postanowiłam, że jedzenie nie będzie mną rządzić. Nie zjem tej szarlotki. Nie potrzebuję tego. Nie będę się też karać i zadręczać tym, że wczoraj zjadłam ten jeden kawałek. Po prostu postaram się tego więcej nie robić, skoro obiecałam sobie, że słodycze jem tylko w weekendy i od święta. Nie będę też narzucać sobie, czy zjem coś słodkiego raz, czy dwa razy w tygodniu, bo to wszystko zależy od tygodnia i od okoliczności. Raz wyjdzie tak,  a raz wyjdzie inaczej. Nie będę robić też tak, że będę sobie postanawiać, że na przykład od moich urodzin wszystko będzie już super, a dzisiaj to jeszcze obeżrę się jak świnka.O nie! Cały czas dbam o moją figurę i zdrowie i dobre samopoczucie, nawet jak zdarzą się mi jakieś potknięcia. Tak więc postaram się nie grzeszyć teraz więcej i powoli dążyć do mojej upragnionej wagi 55 kilogramów. Tak, taki mam teraz cel i plan. W moje urodziny mamy iść do restauracji. Postaram się zjeść normalną kolację, oczywiście wypasioną i super smaczną. Może sobie daruję słodycze w ten dzień. Może nawet daruję sobie je przez cały tydzień, no zobaczymy, jak mi będzie szło. Postaram się też nie objadać i czasem zostawić coś na talerzu, gdy czuję się pełna. Jem teraz tak dużo, że nie umrę z głodu jak czegoś nie dojem, a jednak bycie taką przejedzoną nie jest najprzyjemniejsze.

Dobra, kończę, bo moje małe pełza już po całym pokoju i chce wejść w każdą możliwą dziurę. Trzeba jej cały czas pilnować.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Keep balance znowu

Weekend minął dość szybko. Jak to zwykle bywa, choć można powiedzieć, że dziś jeszcze był taki przedłużony weekend. Mój mąż miał wolne, więc część obowiązków mógł przejąć i na przykład poszedł na spacer z małą. Ja za to byłam z nią na basenie. Treningu dziś nie było, bo odpoczywałam, chociaż nie wiem, po czym. Skusiłam się niestety po obiedzie na malutki kawałeczek mojej razowej szarlotki po obiedzie. Niestety, bo miałam jeść słodycze tylko w weekend, w formie nagrody za aktywny i dobry tydzień. Z drugiej jednak strony nie chcę żyć w takim poczuciu, że sobie ciągle czegoś muszę odmawiać, bo potem kończy się to rzucaniem się na ciastka. No właśnie. Trzeba znaleźć równowagę, bo z jednej strony nie chcę sobie odmawiać, a z drugiej nie chcę zaprzepaścić efektów mojej ciężkiej pracy, zwłaszcza, że moja waga pokazała dziś aż 56,2 kg, a już było kilogram mniej!!!! Nie wiem, czy to chwilowy wzrost, pewnie tak, bo w 3 dni tyle znowu nie przytyłam, ale jest to niepokojące. Niby naturalne zjawisko (zatrzymanie wody po cheat mealu), ale jakby tak spojrzeć prawdzie w oczy to cheat meala miałam aż 2 razy i w sobotę i w niedzielę ciastka!!! Miałam się ważyć tylko w soboty/ewentualnie niedziele, ale teraz kontrolnie zważę się jeszcze jutro, pojutrze i w ogóle będę codziennie, bo lepiej mieć wszystko pod kontrolą. No właśnie i tak w koło Macieju. Jeszcze mogę przytyć, bo małe je coraz mniej mleka, ale wolałabym tego nie zrobić. Po to mam panią dietetyk i swój rozumek, żeby tego nie zrobić. I tak za dużo mam jedzenia i zmniejszam sobie porcje. Dziś zjadłam mniej ziemniaków na obiad niż miałam,  a porcja owsianki na śniadanie była tak ogromna, że zjadłam ją tylko z łakomstwa!

Jutro powrót do normalności - idę na fitness. Jupi!!!! Na zajęcia XCO. Nigdy na takich nie byłam, więc super. Muszę zweryfikować więc mój plan treningowy. Dodatkowo, zapisałam się na zajęcia z Mariosem Meletisem w sobotę. Jak przyjdzie tapeta, to będę musiała zrezygnować i tapetować. Ech, wszystko bym dałam, żeby mój mąż mnie puścił. Wczoraj złapałam strasznego doła, bo nie mogę już spędzać wolnego czasu tak, jak bym chciała, kiedy bym chciała i z kim bym chciała. O ile w ogóle mogę mówić o wolnym czasie. Może nie mam co narzekać, bo sporo go było pomiędzy milionem obowiązków, natomiast teraz jest ich jeszcze więcej, ale mam do nich podejście, że to przyjemne obowiązki. Dziś na przykład malowałam obrazki dla mojej księżniczki i nawet całkiem fajnie mi wyszły. Zrobiłam 2. Jeszcze 3 i będzie komplet. Niestety moje oczy mają swoje ograniczenia. Padam na ryjek, więc idę spać... albo jeszcze obejrzę serial. A co! Chociaż powinnam trochę bardziej szanować sobie sen.

niedziela, 3 listopada 2013

Chwila relaksu i grzeszki grzeszki grzeszki

Pisałam już o moim lenistwie. W zasadzie cały ten tydzień traktowałam ćwiczenia, jako obowiązek, który trzeba zaliczyć. Zaliczyłam więc. Oprócz dnia dzisiejszego. Dziś ćwiczyłam dla przyjemności. Nic wielkiego. 30 minut bieżni 140-150 BPM oraz godzina zajęć STEP+ TBC. Takie zajęcia pewnie niewiele mi dają, oprócz radości i przyjemności. Choć w sumie spaliłam 700 kcal. Nie wiem, jak to się ma do tego ile zjadłam w ten weekend, bo pozwoliłam sobie na słodyczowe szaleństwo. W sobotę zjadłam mojego wymarzonego dakłasa z wypieków krakowskich. Był wart swojej ceny. Idealny. A dziś szarlotka razowa mojej roboty z lodami. Zjadłam aż dwa kawałki. W piątek waga była super, bo 55,2 kg. Dziś niepotrzebnie weszłam na wagę, bo pokazała znacznie więcej. Nie będę o tym pamiętać, nie będę brać tego pod uwagę. Obawiam się, że trochę więcej mam w biodrach, ale to raczej nie jest możliwe, skoro waga i w piątek i w sobotę była ok. Nie popadajmy w paranoję. Dziś trochę mniej też odmierzałam pokarmy, bo nie miałam na to czasu. Jutro nowy tydzień. W tym tygodniu mam urodziny. Zobaczymy, co wymyślę, bo oczywiście znów planuję jakąś rozpustę. Ważne, żeby to nie poszło w złym kierunku. Ważne, żebym nie zmarnowała efektów mojej ciężkiej pracy i nie zaczęła tyć. Napisałam już sprawozdanie do Kariny. Od nowego tygodnia nowy program treningowy (muszę dokończyć jeszcze jeden trening ze starego, ale to tylko 20 minut, więc potraktuję to jako rozgrzewkę). Nic nadzwyczajnego, lekkie ćwiczenia w domu, bez obciążenia. Ach, kiedy ja poćwiczę coś porządnego. Trzeba się umówić do platinium, na trening wprowadzający, podobno warto! Koleżanka była i mówi, że ma zakwasy wszędzie! Musiała trafić na naprawdę dobrego trenera. Tyle zajęć do sprawdzenia w tym platinium, a ja nie mam kiedy chodzić.... Ech.

piątek, 1 listopada 2013

Kolejny dzień lenistwa.... pokonany!

Dziś Święto Wszystkich Świętych. Wizyta na cmentarzach zaliczona. (Piszę szybko i pobieżnie, bo właśnie przeczytałam, że po 30 człowiek się gorzej regeneruje i potrzebuje co najmniej 8 godzin snu, a w moim przypadku jest już to niemożliwe, gdyś siedzę na internecie a tu prawie północ!!!! Mała na pewno nie będzie spała do 8). Spacer tak więc też zaliczony. Potem drugi godzinny jeszcze. Zmusiłam się znowu do treningu. W domu. Raczej cardio, ale też trochę ćwiczeń kształtujących na obciążeniu własnym ciałem i z hantelkami 3 kg. Takie mam tylko w domu. Dało radę. Godzina treningu jest. 

Strasznie się mi nie chciało, ale najważniejsze, że się udało i że się zmotywowałam. Jeszcze tylko 20 minut treningu jutro i mój plan absolutnego minimum zostanie wykonany. A potem ruszę ze zmasowanym atakiem (nie wiem, kiedy, bo remont się przedłuży. Jutro jedziemy zamówić meble do Ikei, ale jestem przerażona, kto to wszystko poskłada i kiedy. Tapet nie ma. Karnisz na szczęście dotarł.

W niedzielę chyba zrobię odpoczynek (albo jakiś stretching, albo skalpel.... cholera, moje wszystkie płyty z treningami zostały pochowane gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie!) - obczaję sobie może tylko ćwiczenia od mojej trenerki, która nagrała filmik na youtube z treningiem dla kobiet w domu, czyli coś idealnego dla mnie na kolejne 2 tygodnie. I taki właśnie jest plan. Będę robić te ćwiczenia, tylko jeszcze muszę wymyślić, jak zrobić cardio. Skakanki nie mam, bieganie wymagałoby wyjścia z domu, zresztą zimno już jest i nie biegałam ze sto lat. Ech, może się uda. Muszę pogadać z moim mężem, kiedy będziemy mogli cokolwiek zrobić. Może w niedzielę się uda. Byłoby super.

Waga. Pomimo moich obaw weszłam na wagę i jest wspaniale, bo 55,2 kg. Idzie w dobrą stronę. Dalej nie wierzę, jak to jest możliwe skoro ja jem aż tyle!!!!! Ciągle jestem przejedzona, tzn od obiadu wzwyż, bo rano budzę się z płaskim brzuchem. Waga nie rośnie, a więc nie jem za dużo. Właśnie pobiegłam po jogurt, bo przypomniałam sobie, że miałam go zjeść godzinę temu. Trudno, będzie przed samym snem. Idę umyć zęby i do łóżka. Zrezygnowałam ze ślęczenia przed komputerem w dzień i bezproduktywnego marnowania czasu, za to siedzę teraz po nocach. Do spania kobieto! Czas na regenerację!!!!!!


PS. Zaczął się nowy miesiąc. Jak to zwykle mawiam, nowy miesiąc nowe możliwości. Nie muszę się już drastycznie odchudzać, ale mogę wykorzystać ten czas, aby zdrowo sportowo żyć. I nie polec w święta. Mogę się wykazać tym, że wiele się nauczyłam i zmieniłam moje nawyki żywieniowe. Jest naprawdę dobrze. I z jedzeniem i z treningami. Mogę być z siebie zadowolona. Za parę dni stuknie mi 32. Moje postanowienie na kolejny rok z życia jest teraz takie, abym była z siebie zadowolona. I wierzyła w siebie. I robiła to, co lubię. Uda się!!!! Wystarczy uwierzyć (tak, teraz po raz pierwszy od dawna płynie ta myśl z głębi mojego serca).