Nie, nie zaczynam niczego od początku, kontynuuję mój proces. Od wczoraj włączyłam więcej wody do picia. Wyszło w końcu 1,5 litra mineralki! Zważyłam się też i było 57,2 kg, czyli mniej. Brak węglowodanów późnym wieczorem posłużył, woda też :) Dziś miałam podwieczorek rodzinny - zjadłam śliwki na cieście francuskim z 2 gałkami lodów (no nie wiem, ile tych gałek było i śliwek też nie, bo wzięłam dokładkę, czego miałam nie robić... człowiek musi pracować nad sobą całe życie). Bez wyrzutów sumienia bo to było planowane i delektowałam się tym. Jutro zaczynam metamorfozę z Ewą Chodakowską. Ćwiczyć będę z nią, a i owszem, codziennie, ale dietę będę stosować moją. Zobaczymy co jutro waga powie i zobaczymy co powie za miesiąc. I centymetry oczywiście.
Dziś żegnałam się z moją szwagierką, która wyjeżdża za granicę. Z nią zawsze mogłam porozmawiać o dietach i uzyskać wsparcie (też pani dietetyk), ale też rozumiała moją słabość do słodyczy. Razem zjadałyśmy tonę cukru. Ech, cudowne czasy.... E. powiedziała mi na odchodne, żebym nie przejmowała się wagą... no i ma rację. Wiem, że to racja, bo po co zatruwam sobie tym życie. Ech ten cholerny perfekcjonizm!!!
Jestem przemęczona, zbieram się więc powoli do spania. Jutro nowy dzień i nowy miesiąc, pełen nowych wyzwań. Chcę osiągnąć w tym miesiącu mój cel.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz