Kolejny slogan internetowy, ale prawdziwy i skuteczny.
O odchudzaniu się wiem wiele, być może można powiedzieć, że prawie wszystko. Popełniłam już nieskończenie wiele błędów w tej dziedzinie. Tym razem odchudzam się z Panią dietetyk, bo przecież nie chcę zaszkodzić mojej malutkiej. Chcę, żeby miała wszystkie niezbędne składniki odżywcze. Nie mówiąc już o nawracającym efekcie jo-jo, szkodzeniu swojemu metabolizmowi i zdrowiu i wielu wielu innych rzeczach. Jo-jo niewielkiego na razie nie udało się mi uniknąć, ale to z własnej głupoty. Na szczęście wakacje się skończyły, nie będzie już dłuższych wyjazdów ani okazji do popsucia diety. Jakieś jednodniowe wyjścia ogarnę, bo na nie zawsze można się przygotować. Do końca sierpnia, czyli przez pierwsze 2 tygodnie, albo dopóki nie odzyskam mojej wagi przedwakacyjnej trzymam się restrykcyjnie mojej diety, czyli nie idę na żadne ale to żadne odstępstwa. Tyle czasu powinno mi wystarczyć, żeby móc dobrze się poczuć.
O mojej diecie.
Jestem na diecie 1800 kcal. Kalorii jednak nie liczę. Jem 5 posiłków dziennie. Odmierzam gramatury poszczególnych produktów. Trochę to czasami uciążliwe, ale jednak można się przyzwyczaić i potem wpada człowiek w rutynę.
O moim nowym podejściu.
Bycie na diecie jest trudne. To ciągłe myślenie o utracie kilogramów, o odwiecznej walce z sobą (zwłaszcza jak waga pokazuje więcej niż ostatnio) jest bardzo męczące i trudne. Należy więc zmienić sposób myślenia. Nie traktować tego całego procesu jak walkę, wielką batalię, coś męczącego i trudnego, ale jak proces. Proces dbania o siebie i robienia czegoś dobrego dla swojego ciała i zdrowia. Zapamiętać i przyswoić, bo czasami o tym zapominam i zaczynam za bardzo skupiać się na kilogramach, a wtedy wpadam w panikę i zaczyna mnie to wszystko przerażać.
Ważenie się raz w tygodniu.
Tak tak drogie Panie. Częściej nie warto. Nie warto co chwila wchodzić na wagę. Efekty które przychodzą w ciągu jednego dnia o niczym nie świadczą. Nawet ważenie się co 2 tygodnie byłoby całkiem w porządku. Zresztą waga nie zawsze prawdę Ci powie. Liczą się mięśnie, woda i zawartość tkanki tłuszczowej, a raczej jej coraz mniejsza ilość. Ważenie się codzienne i niecierpliwe czekanie na efekty niczemu dobremu nie służy. Zmienia nasze nastawienie, zmienia naszą psychikę i myślimy tylko o tym, a im bardziej czegoś się chce tym czasem trudniej coś osiągnąć. Lepiej do tego wszystkiego podejść na luzie. Z tym mam największy problem, ale taka jest prawda. Jak tylko człowiek przestaje się przejmować, to idzie wszystko lepiej. Pracuję nad tym. Waga schowana aż do niedzieli. Lepiej zaskoczyć się miłą niespodzianką.
Wsparcie emocjonalne.
Bardzo ważne. Bardzo ważne, by mieć ludzi, którzy będą Cię wspierali, a nie kopali pod Tobą dołków i mówili: "zjedz to ciasteczko, przecież jedno Ci nie zaszkodzi", tyle, że od jednego łatwo przejść do kilku albo nawet kilkunastu, lepiej więc nie ulegać takim wilczym namowom. Ja uległam mojej szwagierce, która zawsze mnie sprowadza na złą drogę. A dlaczego? Bo jest panią dietetyk. Założenie było takie, że nie słucham jej, tylko mojej Pani Dietetyk, którą wynajęłam i opłacam i która ma mnie doprowadzić do stanu użytkowalności (zadowajalności). Niestety założenie wzięło w łeb, ale idę do przodu z podniesioną głową, postaram się wyciągnąć wnioski i więcej nie popełniać tego samego błędu.
Wsparcie rodziny. Wsparcie męża. Niby jest. Bo przecież mój mąż mówi mi, że mnie wspiera, zostaje z Małą, gdy ja chodzę ćwiczyć. Wsparcie więc jest, ale czy jest zrozumienie? Dla niego wyglądam ok. I nie może zrozumieć on jak ważne jest dla kobiety dobre samopoczucie w jej własnej skórze, jak ważny jest powrót do wagi sprzed ciąży. To kwestia być albo nie być... no, może nie dla wszystkich kobiet, ale dla mnie zawsze to było ważne, dobrze się czułam tylko z niską wagą, dlaczego miałabym więc nie wracać do swojej wagi sprzed ciąży? Mój mąż nie rozumie mojej diety, nie rozumie, dlaczego nie możemy odżywiać się tak jak przed ślubem, jedząc półprodukty, typu sosy i zupy z kartonów czy ze słoików. Ja nie chcę już tak robić. Wiem, że to nikomu nie służy. Oprócz tego, jestem..... egoistką, że jestem na diecie. Tak uważa on. Bo odkładam sobie jakieś produkty, odmierzam, a jemu nie zostawiam. Przygotowuję sobie dietetyczne posiłki, a dla niego czasem czegoś jest za dużo, czasem za mało. Nie dostrzega i nie docenia tego, że przygotowuję jedzenie też dla niego, widzi te momenty, gdy dla niego nie zostanie nic przygotowane. A przecież dorosły jest, może sobie sam od czasu do czasu coś zrobić! I tu też pojawia się problem, bo nie może nic zrobić dla mnie, a on chciałby też dzielić się swoim jedzeniem ze mną, tylko że to wcale nie jest dietetyczne i nie służy mojemu schudnięciu. "A dlaczego nie mogę sobie czasami odpuścić i zjeść tego co on?". Chudy jak szkapa, wysoki, wysportowany, szczupły. I jak on może zrozumieć walkę z nadwagą. Niestety mimo deklarowanego wsparcia trudno jest mi je czasem dostrzec. Non stop się kłócimy. Ostatnio doszło do tego, że stwierdził, że nasze małżeństwo nie istnieje, bo prowadzimy oddzielne kuchnie. I wszystkiemu jestem winna ja i moja dieta. I bądź tu człowieku mądry. Jak bardzo bym się nie starała schudnąć to i tak kłody pod nogi lecą. Mam nadzieję, że inne kobiety mają więcej wsparcia i ich mężowie dopingują je w powrocie do ich wymarzonej figury. Mam nadzieję, że ja będę mieć więcej szczęścia i uda się jakoś poukładać stosunki z moim mężem i że moje odchudzanie nie doprowadzi jednak do rozpadu mojego małżeństwa... Dlatego właśnie to nie jest takie proste w moim przypadku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz