Szukam właśnie motywacji w internecie. Jest wiele fajnych profesjonalnych blogów, które zawierają wiele cennych informacji. Czytałam dziś między innymi o sukcesie i porażce. Porażka nie może być punktem, w którym się ustaje. Po upadku należy otrzepać się, wstać i pójść dalej. Tak też zamierzam zrobić. W każdej dziedzinie. Po wielkiej wakacyjnej zawierusze w moim małżeństwie, po wielkiej rezygnacji, zamierzam pracować nad swoim związkiem, dbać o męża, może trochę sprytniej i rozsądniej do niego podchodzić. Nikt nie jest bez wad. Wkurza mnie, bo czasami zachowuje się jak dzieciuch, ale wina zawsze leży po środku. Często ja prowokuję jego reakcje. Gdy już nie raz myślałam, że nie ma dla nas nadziei, to zawsze słyszałam od mądrych osób - zmień się, to on się zmieni. Prosta zasada akcji i reakcji. Będę nad tym pracować. Zapewne całe życie!
Porażka w odchudzaniu. Wakacje. Tuż przed wakacjami byłam na pomiarach składu mojego ciała. Zresztą na początku mojej drogi, 3 miesiące po porodzie również. Zamieszczam zdjęcia z wynikami. Byłam z siebie bardzo zadowolona. Następna wizyta kontrolna 10 września. Moim celem jest powrót do rezultatów z 1 sierpnia, a może nawet ich polepszenie, zwłaszcza, że wakacje chcę odpracować do końca sierpnia, tak więc zostanie jeszcze 9 dni na poprawienie rezultatów. Wiem, że moja ilość tłuszczu w organizmie była już na granicy normy, jednak można ją jeszcze w granicach rozsądku trochę obniżyć. Nie chcę dążyć do nie wiadomo jak niskiej masy ciała, chociaż czasami jest to kuszące. Przed ślubem udało się mi zejść do wagi 52 kg dietą i treningami, potem jeszcze stres spowodował, że zeszłam do 50 kg. Byłam bardzo zadowolona z takiego rezultatu, prawda jest jednak taka, że utrzymanie takiej wagi to ponadludzki wysiłek. Już po wakacjach waga wróciła mi wtedy do 54 kg i na tym poziomie by została.... gdyby nie ciąża ;-)
Obiecałam sobie też, że nie będę walczyć z wiatrakami i rujnować sobie życia i zdrowia by osiągnąć jakąś mrzonkę. Dążę do wagi 54 kg i kropka. (Nad tym też pracowałam na psychoterapii - 2 kg mniej nie zmienią mojego życia, natomiast frustracja spowodowana wieczną walką i porażkami owszem!) Oczywiście w teorii waga nie powinna być wyznacznikiem sukcesu, raczej skład ciała i obwody, ale u mnie to idzie w parze i to jest taka liczba, przy której czuję satysfakcję.
Moją porażkę wakacyjną potraktuję jako punkt motywacyjny. Zbieram się w sobie i rozgromię ostatnie kilogramy. Chciałabym do końca września. I taki jest mój plan A. (Zakładam, że się uda, ale just in case, gdyby moje ciało się zbuntowało, dam sobie kolejne 6 tygodni, czyli do 9 listopada.... akurat będą wtedy moje urodziny. To dobra data na osiągnięcie sukcesu. Wolałabym oczywiście być już po diecie stabilizacyjnej w tym czasie i przejść do normalnego odżywiania, ale życie zweryfikuje jak moje ciało będzie reagowało na moje działania.) Wiem, że potrafię, wiem, że dam radę.
Pomiar z początku maja 2013, waga 62,5 kg:
Pomiar z początku maja 2013, waga 62,5 kg:
Pomiar z początku sierpnia 2013, waga 57,2 kg:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz