Dzisiaj moja maleńka Z. kończy pół roku. Z tej okazji postanowiłam zacząć wprowadzać jej stałe pokarmy metodą BLW. Mała jest sprytna i wszystko wkłada do buzi, dlaczego więc miałoby się nie udać? Dziś na pierwszy ogień poszła marchewka na obiad.
I mamy pierwszy sukces. Z. zainteresowała się marchewką. Chwytała ją w rączki, ciumkała i nawet udało się jej odgryźć 2 kawałki, które próbowała przełknąć! Skończyło się kaszlem i chyba wypluciem marchwi, ale i tak jestem zadowolona. Dostałam od mojej mamy eko-ziemniaka i eko-cukinię z jej ogrodu, tak więc będzie co próbować jutro. Mamie (mnie) musi tylko wystarczyć cierpliwości, żeby małą trzymać, podczas, gdy je, bo sama jeszcze nie siedzi. Jestem nastawiona optymistycznie. Uda się!!
Kilogramy. Dobrze by było, żebym do innych rzeczy umiałam się tak samo dobrze nastawić. Jestem bardzo niezadowolona z tego, jak wyglądam, gdy tylko wspomnę jak blisko byłam sukcesu, to robi się mi słabo. Ale jak wspominała Pani psycholog z odchudzaniem jest tak, że czasem robi się krok w przód, a czasem dwa kroki wstecz. Może nie jest tak źle. Może nie przytyłam aż tych 4 kilogramów, może tylko 2? Dopiero ważenie za tydzień będzie wymierne, bo na razie wczoraj i przedwczoraj nawcinałam tyle niezdrowej karmy, że mam brzuszek jak banieczka. Jakiś tydzień to zajmie mi, zanim to zejdzie!
Love and marriage. Ech. Co tu dużo pisać. Kryzys w związku trwa. Nie wiem, czemu tak jest, że jak pojawia się dziecko, wszystko się robi trudniejsze. Myślałam, że wychodzimy już na prostą, ale okazuje się, że każde z nas idzie w zupełnie przeciwnym kierunku i nie wiadomo, jak to ponaprawiać. Z fazy kłócenia się przechodzimy do fazy obojętności i prowadzenia zupełnie oddzielnych żyć. Łączy nas jedno - dziecko. Tylko nim wspólnie się zajmujemy, ale często robimy to również osobno, na zmianę, tak więc czas spędzamy razem został zminimalizowany. Jak długo można tak jeszcze wytrwać? I jak bardzo nam zależy, żeby przezwyciężyć ten kryzys? Zobaczymy. Mnie pewnie zależy za bardzo, czego nie widzi M. M. też zależy, bo się starał, ale nie widzi, że mnie zależy i krąg się zamyka. Kłótnie ciągle o to samo trwają.... Dużo w tym mojej winy, bo nie radzę sobie sama ze sobą. Ileż można dochodzić do siebie po porodzie? Ile można tłumaczyć wszystko hormonami? Prawda jest taka, że czuję się źle. Potrzebuję pomocy. Pomocy, którą sama niedawno odrzuciłam, mówiąc, że poradzę sobie ze wszystkim sama. Otóż po 3 tygodniach od takiego stwierdzenia jestem w stanie powiedzieć, jak bardzo się myliłam. Ciekawe czy inne kobiety też tak mają, nie radzą sobie same ze sobą, ze swoimi emocjami, z kryzysem w związku, z akceptacją swojego ciała?!
Miałam zarażać optymizmem i siebie i innych, ale chyba przyszła faza doła. Głowa mnie boli po dzisiejszej kłótni porannej z mężem. Ostatni dzień wakacji spędziliśmy osobno. Nic nowego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz