sobota, 31 sierpnia 2013

Ostatni dzień laby

Nie, nie zaczynam niczego od początku, kontynuuję mój proces. Od wczoraj włączyłam więcej wody do picia. Wyszło w końcu 1,5 litra mineralki! Zważyłam się też i było 57,2 kg, czyli mniej. Brak węglowodanów późnym wieczorem posłużył, woda też :) Dziś miałam podwieczorek rodzinny - zjadłam śliwki na cieście francuskim z 2 gałkami lodów (no nie wiem, ile tych gałek było i śliwek też nie, bo wzięłam dokładkę, czego miałam nie robić... człowiek musi pracować nad sobą całe życie). Bez wyrzutów sumienia bo to było planowane i delektowałam się tym. Jutro zaczynam metamorfozę z Ewą Chodakowską. Ćwiczyć będę z nią, a i owszem, codziennie, ale dietę będę stosować moją. Zobaczymy co jutro waga powie i zobaczymy co powie za miesiąc. I centymetry oczywiście.

Dziś żegnałam się z moją szwagierką, która wyjeżdża za granicę. Z nią zawsze mogłam porozmawiać  o dietach i uzyskać wsparcie (też pani dietetyk), ale też rozumiała moją słabość do słodyczy. Razem zjadałyśmy tonę cukru. Ech, cudowne czasy.... E. powiedziała mi na odchodne, żebym nie przejmowała się wagą... no i ma rację. Wiem, że to racja, bo po co zatruwam sobie tym życie. Ech ten cholerny perfekcjonizm!!!

Jestem przemęczona, zbieram się więc powoli do spania. Jutro nowy dzień i nowy miesiąc, pełen nowych wyzwań. Chcę osiągnąć w tym miesiącu mój cel.

piątek, 30 sierpnia 2013

Równowaga

Równowaga, gdzie ta równowaga? Na razie została trochę wytrącona i zmącona, ale zebrałam wiedzę i środki, żeby wrócić do równowagi. Jutro jeszcze lajtowy dzień (potem też nie będzie jakoś tak strasznie, mam nadzieję, że będzie lepiej, bo będę dążyć we właściwym kierunku!) Dziś w knajpce zamówiłam sałatkę z marynowanym kurczakiem i uzupełniłam zaległą z obiadu porcję warzyw zamiast zamówić jak zwykle szarlotkę z lodami i sosem waniliowym. Jestem z siebie dumna! Słodycze mi nic nie dadzą!!!! Pamiętaj o tym!!!!

Niestety czytając ostatnio książkę Wiem co je moje dziecko... zdiagnozowałam u siebie bulimię. Pora się przed samym sobą przyznać. Trzeba rozpoznać problem, żeby móc z nim walczyć.

Pomijając jednak ten fakt, ustaliłam, że będę 

1. Pić minimum 1,5 litra wody mineralnej, żeby woda się nie zatrzymywała w moim ciele
2. Na późne kolację potreningowe rezygnuję z pieczywa (zaoszczędzę jakieś 125 kcal, niewiele, ale to pewnie i tak wyrównuję w inny sposób - najważniejsze, że nie będzie węgli wieczorem i może coś ruszy, jeśli jem kolację koło 20, to jem ją normalną, zalecaną przez panią dietetyk z odmierzoną porcją złożonych węglowodanów (bo spokojnie z tymi ograniczeniami)
3. Jeśli będę miała nieodpartą ochotę na słodycze to zjem nasiona, suszone owoce, orzechy albo gorzką czekoladę, ale uwaga!!! do 100 kcal!!! tylko tyle, nie więcej!!!!!!!
4. Ćwiczę po pół godziny codziennie z Ewką - w dni treningowe ćwiczę też więcej
5. Waga już tylko w niedzielę
6. Słodycze raz na tydzień, też w niedzielę i z umiarem!!!! Jedno ciastko!!!!! Jeden deser, nie więcej!!!! Bez dokładek
7. Na razie unikam pizzy i innych rozkoszy, ale potem sobie będę na nie pozwalać, jednak nie częściej niż raz na miesiąc!!!! Taki dzień wolności!!!! (ale to dopiero po zakończyniu procesu redukcji)
8. Uważam na płynne kalorie
9. Bez dokładek!!!!

Redukcja tłuszczu

Dobra, koniec pieprzenia! Lecimy ostro z redukcją tłuszczu. Cały wrzesień!!!

3 wskazówki do utraty tłuszczu


To jedno, a drugie - ograniczam wieczorem owoce i węglowodany!!! Po treningu to sobie będę dalej jeść owoce, ale nie te kaloryczne, oraz jogurt oraz rezygnuję z chleba do kolacji!!!  Tylko białko + warzywa!!!

I rzeczywiście trzeba ograniczyć kawę bo wypijam nieskończone ilości mleka!!!!

A co do odchudzania, to może nie powinnam dążyć do takiej nieskończoności w nim? Co mi z mojej wagi? Może moja waga teraz będzie wyższa, bo karmię (i na pewno za mało przy tym piję)! Poczekam do pomiarów - moim celem może być też tkanka tłuszczowa poniżej 10 kg (na początku sierpnia było 10,3kg), więc fantastycznie!!!! Jeszcze tylko 2 dni do początku wielkiej metamorfozy!!! Oczywiście dziś i jutro też zdrowo, ale jeszcze w granicach rozsądku. Idę zapakować auto, póki maleństwo śpi, bo niedługo ruszamy na spacer!

Poprawiam cele!

Trzeba spojrzeć realnie na moją sytuację i dopiero  z tego realnego spojrzenia wyciągnąć jakiś sensowny plan. Raczej w 1 dzień nie zgubię 0,6 kg, więc ustalam jeszcze raz swoje cele:

1 września: 57,5kg
8 września 57,0 kg
15 września 56,5 kg
22 września 56,0 kg
29 września 55,5 kg
6 października 55,0 kg

Dodatkowo:

13 października 54,5 kg
20 października 54,0 kg


Prostymi słowy 5 tygodni diety przede mną, czyli nie tak dużo, skoro praktykuję ją już od 14 tygodni :) i jeszcze 2 tygodnie na ostatnie cięcie ostatniego kilograma! To się musi udać :-)



Dodatkowo zbieram informacje od mądrych ludzi, co poprawić w mojej diecie, bo może nie warto tak ślepo ufać pani dietetyk, może są też inni mądrzy ludzie? Właśnie z takim mądrym ludziem rozmawiam i dowiem się od niego wszystkiego. A już od niedzieli moje wyzwanie z Ewą Chodakowską - 30 dni, akurat 30 to już blisko do 35, tak więc :-) rozgromię tłuszczyk w drobny pył!!!


Miłe słowa, mądre słowa

Dostałam miłego maila od fajnego gościa, do którego zresztą sama wczoraj napisałam. Jest mistrzem w zrzucaniu wagi i gubieniu tłuszczyku. Tak napisał:

Trochę mnie martwi co piszesz, bo sposób spożywania słodyczy przez Ciebie zakrawa o chorobę. A konkretnie o emocjonalne podejście do tego tematu. Nie oglądaj się na innych, tylko stawiaj swoje dobro ponad wszystko, przecież to Twoje życie i sama piszesz, że jesteś matką, więc masz dla kogo żyć - dłuuuuugo. Dziecko też warto uczyć zdrowych nawyków. Dzieci nie chcą same z siebie słodyczy, to dorośli psują dzieci. Wiem to po swoich. Ja robię głodówkę, ale jako sposób na oczyszczenie się po zimie. To nie jest dobry pomysł na zrzucanie wagi. Praktykuje to co roku i wiem, o czym piszę. Redukcja tłuszczu to efekt uboczny tego procesu a nie główne zamierzenie postu. I na koniec najważniejsza rzecz - drobne błędu były, są i będą. Nie warto tak bronić się przed tym, co lubisz. Zjedz to ciastko na 15-30 minut przed treningiem i masz moje rozgrzeszenie, na 100% nic Ci nie będzie, bo spalisz to wszystko. Ale nie przedkładaj ciastka ponad trening. Bądź silna i mądrze podchodź do tematu. Zrób sobie 6 dni na zdrowo i jeden odpuść. Wtedy wilk syty i owca cała.
Jeśli będziesz miała jakieś pytania, to pisz śmiało, na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie. I głowa do góry. Słodycze to nie tylko Twoja słabość Inne kobiety też mają podobne kłopoty...
Dobrej nocy

Drobne błędy były, są i będą. Weszłam dziś na wagę - 57,6 kg. Nic się więc nie zmieniło ani w jedną ani w drugą stronę. W zasadzie jestem zadowolona z tego jak wyglądam. Jeszcze trochę tych centymetrów jest do zgubienia, ale to już tylko kosmetyka. Kwestia przetrzymania diety, nie dojadania owockami suszonymi, bo to jednak dużo dodatkowych kalorii i będzie! Staram się jeść zdrowo i dziś i jutro, ale od niedzieli to już naprawdę zdrowo na maxa i trzymam dietę (przynajmniej przez 6 dni w tygodniu). Uda się!!!!


Czyli moje wyzwanie bezciastkowe ogłaszam za poległe po 11 dniach bez ciastek. Cóż i tak było nieźle. Ale nie chcę się tak więcej męczyć!!!

czwartek, 29 sierpnia 2013

Spoko luz!

Spoko, luz! Nic się nie dzieje! Po prostu był słaby dzień i popełniłam standardowe błędy w utracie wagi, między innymi porównywałam się z innymi (dowiedziałam się, że koleżanka, która odchudzała się u tej samej dietetyczki co ja schudła strasznie w wakacje, bo w ogóle nie miała czasu jeść i jeździła bardzo dużo na rowerze... grrr, zazdrość, złość!!!!).


Mam źle sprecyzowane cele, bo w ogóle nie mam sprecyzowanych celów! Jakiś wielki bałagan mam!
No więc cel do końca sierpnia to 57 kilo (nie wiem, jak to osiągnę, skoro dziś było 57,6 kg, ale zakładam, że jednak trochę mniej muszę ważyć, bo przecież było te 93 cm w biodrach!!!)
Potem przez 4 tygodnie września chcę tracić po 0,5 kilograma na tydzień i dojść do wagi 55 kg. W sumie powinno mi to wystarczyć, ale ewentualnie jeszcze w październiku chcę schudnąć przez 4 tygodnie po 0,25 kg i tym samym dojść do wagi 54 kg. Prosty plan. Najtrudniej będzie osiągnąć te 54 kg. Myślałam, żeby się podgłodzić trochę jutro i jeść same jabłka, ale to idiotyzm i znowu wpędzanie się w złe odżywianie i beznadziejne diety a nie zdrowy tryb życia. Poza tym jutro umówiłam się z przyjaciółką w knajpie po południu, a w sobotę przychodzi do nas rodzina na podwieczorek. Spoko spoko. Plan jest, będę do niego dążyć! Od niedzieli 30 dni z Ewą Chodakowską! I motywuję się, żeby nie było takich słabych dni jak ten. Poza tym skupię się też na innych sprawach, a nie tylko na odchudzaniu. Od poniedziałku wielkie porządki!!!! (Też do końca nie wiem, jak to zrobię bo mała wymaga ode mnie 100% uwagi i ledwo już żyję, ale jakoś sobie poradzę!!!!)

Udało się mi przećwiczyć 40 minut na siłowni. Nie za dużo jak na mnie, ale wystarczy. Jestem w sumie pełna, bo oprócz ciastek podjadłam trochę bakalii do podwieczorku, ale trudno. Było minęło, czas na kąpiel. Lekka kolacja, chwila relaksu, karmienie małej i do spania :-)

Dzień zwątpienia!

Boże jak mi się nie chce! Siedzę w aucie na parkingu przed siłownią. Jestem zdemotywowana ciastkami które zjadłam.  Trudno. Stało się.  Wystarczy teraz wejść i zrobić mój trening. Daruję sobie zajęcia.  Chociaż 45 minut siłowni!!! Idź Maryśka!

Aaaaa!

Źle zrobiłam.  Zjadłam ciastko a w zasadzie 4. Załamałam się!  Wszyscy wokół chudną a ja nie mogę!!!
Miałam się przestać przejmować! Nie wchodzę na żadną pieprzoną wagę!!!

Karmienie piersią a utrata kilogramów

A może po prostu nie jest mi dane teraz schudnąć, bo karmię piersią i mój organizm chce mieć jeszcze jakieś zapasy tłuszczyku, a ja się rzucam jak ryba w wodzie? Niepotrzebnie tyle o tym myślę! I tak daję sobie czas. Zobaczymy jak to będzie. Na hormony nie mam wpływu, na moją tarczycę też niewielki. Zresztą badania pokazały, że jest w porządku. Jutro mam wizytę kontrolną u endokrynologa, zobaczymy, co powie. Pewnie nic nowego i nic odkrywczego. Około rok trwa regulacja tarczycy po ciąży i wtedy się okazuje, czy niedoczynność była tylko ciążowa, czy na stałe. Być może moja mama miała rację, że wagę po ciąży można zrzucać nawet przez rok i wcale to nie jest takie nienormalne. A ja głupia na początku myślałam, że uda się mi w 3 miesiące!!! Minęło pół roku i też się jeszcze nie udało. Nie wyglądam już źle, mieszczę się w moje stare ubrania, nie jest więc źle. Można tak trwać, można się nie przejmować tyle. Zobaczymy co będzie z tym karmieniem. Dziś M. przywiezie krzesełko do karmienia i to zmieni moje życie, na łatwiejsze. Na razie nie mam jak karmić małej. Męczę się strasznie bo muszę ją trzymać. Dziś udało się nam ugryźć parę kawałków jabłka. Wiem, że BLW wymaga czasu i cierpliwości. Podaję małej też czasami trochę stopionego jabłka łyżeczką, a to też wymaga czasu i cierpliwości. Krzesełko jest niezbędne.


Z drugiej strony powinnam napisać, że nawet lubię karmić piersią, jak mała była mniejsza to jadła przecudnie i wydawała przecudne odgłosy. Teraz już jest albo spokojniejsza i odgłosów nie wydaje, albo szaleje jak wariat, wtedy nie lubię (to chyba była wina mojego kryzysu laktacyjnego po pół roku, ale teraz chyba wraca już wszystko do normy). Ciekawe, ile jeszcze będę karmić. Nie mam żadnego planu. 

Nie działa, nie działa!

Waga poszła w górę zamiast w dół. Niby wyglądam dobrze, ale cm są dalej za duże, bo 67 cm w talii i 93 w biodrach - moje minimum, które chcę uzyskać to 92 cm. Nie będę słuchać pani dietetyk, zwłaszcza, że kiedyś mi napisała, że jak mija mało czasu od treningu do pójścia spać, to nie mam jeść kolacji, tylko owoca i jogurt. Tak też będę robić po późnych ćwiczeniach, na przykład dzisiaj, może coś ruszy.

Wczoraj trening odpuściłam, cały dzień zajmowałam się małą i nie miałam już siły, zresztą zrobiłyśmy bardzo długi spacer wokół plant, a potem prawie doszłyśmy do domu na nogach (tzn. na moich nogach). Zresztą pośladki były zakwaszone od moich wymyślnych lunge'ów. Nie wiem, jak wdrożę ćwiczenie codzienne, bo to ciężko może z tym być i czasowo i organizacyjnie i ostatnio od tego odwykłam, bo ćwiczyłam 4 razy w tygodniu. Zobaczymy, jak to będzie. Małe wstało, trzeba iść

Chciałam jeszcze napisać, że wczoraj spotkałam się z koleżanką ze studiów, która waży teraz 43 kilo. Bez diety, bez treningów... bez stresu! No właśnie nie, to wszystko przez stres!!! Przez niepoukładane życie, stresy, zawody...  Na twarzy wygląda jak 45 letnia kobieta, tyle ma zmarszczek! A przecież mamy tylko 32 lata! Jesteśmy młode. Mimo tego, że waga lekko skoczyła mi w górę (57,6 kg) i nie przybliżam się do celu, to myślę, że jednak schudnę, jeśli nie teraz to po odstawieniu karmienia, powrocie do pracy, przy większej ilości zajęć, i gdy będę mogła wprowadzić jakieś większe restrykcje do diety, to wtedy się uda, a czasu się nie cofnie i zmarszczki nie znikną. Najważniejsze, że mam zdrową rodzinę. I w miarę szczęśliwą!

środa, 28 sierpnia 2013

Już malutko zostało do osiągnięcia celu!

I z taką myślą będę budziła się co dzień. Miałam się dziś dodatkowo zważyć, żeby się zmotywować, ale zrezygnowałam z tego, bo co to mi da! W zamian za to trzymam się myśli o tym, że "już malutko", że nie ma co oszukiwać, to wtedy na pewno zejdzie!Trzeba być dobrej myśli i... być lepszą wersją siebie z wczoraj.

Postanowiłam ograniczyć kawę do 2 kubków dziennie!!!
I pić jedną przynajmniej zieloną herbatę dziennie!!!
Unikać wszelkich dokładek, jem to co mam na talerzu, inaczej tego nie kontroluję!!!!
I przede wszystkim woda, woda i jeszcze raz woda cały czas ze mną!!!

A niedługo będę rozpraszać myśli porządkami i remontami :)

Do roboty!!!

Motywacja:


Brzuszek dalej odstaje, ale cóż, jest lepiej. Pracuję dalej nad nim. Chyba rozciągnięty mięsień brzucha nie tak łatwo jest zlikwidować. Musiałam też zdjąć kolczyk, bo mam rozciągniętą skórę przy pępku i nie wygląda to dobrze. Żegnaj malutki!!! :(

wtorek, 27 sierpnia 2013

Skóra!

Dzień kolejny. Dzisiaj odpoczynek, a raczej rutyna. Nie jeździmy po przychodniach, siedzimy w domu, robimy pranie... właśnie, pranie! i spacerek. Do apteki. Moja skóra wygląda marnie. Zwłaszcza na piersiach. Rozstępy - check! Są! Nie przejmuję się nimi, bo któż ogląda moje piersi. Tak bardzo ich znowu nie widać. Cellulit na udach i pośladkach - check! Jest. Mniej jędrna skóra na brzuchu i na rękach - pod pachami głównie - check! Cóż, trzeba się pogodzić z upływającym czasem. Jakoś bardzo mnie to nie boli (bolą mnie bardziej inne rzeczy, więc tymi się już nie przejmuję, zresztą dawno się pogodziłam z tym, że pewnych rzeczy się nie zmieni i nic się na nie nie poradzi). Ale ale, niekoniecznie trzeba bezczynnie na nie patrzeć. Mogę przecież zainwestować w kremy! W weekend byliśmy na targach Mother and baby i tam było stoisko firmy Palmer's. Mają bardzo fajną gamę kosmetyków do ciała na bazie masła kakaowego, albo masła shea. Kupię sobie krem do biustu i ujędrniające coś do ciała z masłem kakaowym i będę testować. 


Dziś dzień mój wyjściowy. Siłownio witaj. Nie wiem, o której uda się mi wyrwać z domu, więc nie wiem czy i na jakie zajęcia pójdę (może znowu HIIT). Na pewno mam mój trening do zrobienia - jeszcze się zastanowię w jakiej formie go wykonam, czy jako mocne cardio czy jako trening siłowy (tak, są takie opcje, żeby to pozmieniać). Po ostatnim połączeniu 2 treningów czułam porządne zakwasy na pośladkach i na udach. Nareszcie!

Dieta. Odezwała się do mnie w końcu moja Pani Dietetyk. Myślałam już, że się obraziła, że zasypuję ją moimi problemami z życia osobistego (bo niestety tak się zdarzyło). Napisała mi, że mnie wspiera. Ona jest mądra i skuteczna i czasami bezkompromisowa, czyli potrafi być ostra!!! Dlatego powinnam jej słuchać. W każdym razie postanowiłam wprowadzić niewielkie zmiany w moim trybie życia - a mianowicie nie jeść późnych kolacji. Do tej pory zdarzało się mi jeść je po treningu nawet po 22!!! Posiłek potreningowy to zupełnie co innego, bo to obowiązek, ale to tylko owoce i jogurt, więc nie trawi się długo i nie zalega w żołądku na noc. Chleb natomiast to zupełnie co innego. Gdy idę na późny wieczorny trening to nie będę jeść kolacji. Kolacja moja regularna będzie jedzona między 19:30 a 20:00, po karmieniu mojej Maleńkiej!!!! 
Kiedyś odchudzałam się, nie jedząc kolacji, kończąc na ostatnim posiłku o 16:00-17:00. Było to z perspektywy czasu wykańczające, ale zawsze skutkowało. Przed ślubem też udało się mi dużo schudnąć - doszłam do 50 kg i super wyrzeźbionego ciała, ale wtedy stosowałam treningi na czczo (a podobno nie działają, a jednak!) oraz niejedzenie wieczorami węglowodanów, tylko białko i warzywa, czyli to jedzenie wieczorne też jest kluczowe!

Mała wstaje. Idę do moich codziennych obowiązków. I tak dziś wyjątkowo długo pospała. 9:30!!! Wow!!


PS. Sprostowanie dietetyczne! Dostałam maila od mojej pani dietetyk. Nie mogę się głodzić. Mam jeść kolacje, zawsze, co najwyżej mogę zrezygnować z węglowodanów, jak jest bardzo późno. No dobrze, ufam jej, w końcu wie, co robi.

Dodatkowo napisała mi, że przecież tak niewiele mi zostało jeszcze do zgubienia!!! No właśnie, niewiele, więc nie powinnam kombinować, tylko trzymać się planu i wytrwać! Koniec kremów czekoladowych, koniec oszustw!!!! (Krem czekoladowy potrzebny był mi, żeby podnieść morale, ale to było przegięcie)!!!!

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Czy my przypadkiem nie przesadzamy?

Byłam dziś z małą w przychodni szpitalnej. Były tam różne dzieci i różne mamy, cała masa takich z ogromną nadwagą! I tak się zastanawiam, czy ja przypadkiem nie przesadzam? Dzieci miały różne - i starsze i młodsze od mojej Małej, tak więc nie koniecznie mogłam się z nimi porównać. No właśnie, zastanawiamy się, porównujemy, szukamy inspiracji, motywacji... i czy my w tym wszystkim nie przesadzamy?! A gdzie stwierdzenie, że liczy się wnętrze?! Gdzie się to podziało? Przecież taką zasadę chcę wpoić mojej córce, a nie dziki pęd i wieczne niezadowolenie ze swojego wyglądu! Wniosek? Pracuję nad samoakceptacją! I nie patrzę już tak często na moją wagę! Postaram się ją omijać szerokim łukiem. Owszem, będę pracować nad sobą, pracować, by na stałe wprowadzić zdrowe nawyki, dobrze się odżywiać, być aktywną (właśnie zapisałam moją córeczkę na basen na baby swimm!) Ogólnie, super, że nie mam nadwagi, tylko te około 3 kilogramy do zrzucenia, mam nadzieję tylko, że nie rzucą się one mi bardzo na głowę i pozbędę się ich bez większych kłopotów i strat, bo hopla na tym punkcie mam na pewno.





Dziś obiad uroczysty i urodziny szwagierki o 18!!! u teściowej. Będzie tłusty żur z kiełbasą i zapiekany makaron z tłustym mięsem i serem. To już mam zapowiedziane, że nie będzie żadnych specjalnych dań dla dziwaków. Miło, że moja "mama" tak o mnie myśli, ale trudno. Nieważne. Przygotowałam sobie na wieczór sałatkę z razowego makaronu, mozarelli i warzyw. (Właśnie sobie zdałam sprawę, że pomyliłam gramaturę sera i dałam go 2 razy więcej, trudno, trzeba będzie go powybierać!..hmm, w zasadzie to 3 razy więcej niż powinnam, tak to jest jak się ma za dużo na głowie!). Budzę małą, karmię ją i idziemy do ośrodka na szczepienie!

W dalszej kolejności będę pisać o fotelikach do karmienia, bo wczoraj zrobiliśmy pierwszy research i wiem, że one bardzo zmienią moje życie... na łatwiejsze.



PS. Jednak zjadłam kolację u teściowej, ale ona jednak o mnie pomyślała i nie dodała śmietany do zupy pieczarkowej, a na drugie danie zrobiła zdrową pieczeń i sałatkę więc to zjadłam... i odrobinę zapiekanki z mięsem mielonym, z którego zdjęłam wierzchnią warstwę makaronu. I nie zjadłam torta! Duży plus!!! Obyło się bez wydziwiania z mojej strony i bez wielkiej tragedii :)

Dziś był relaks od ćwiczenia. Jutro mocno pracujemy!

niedziela, 25 sierpnia 2013

Motywacja konkretna, czyli co zrobić, żeby osiągnąć cel

Czytam coraz więcej informacji w internecie, żeby dowiedzieć się więcej i więcej i wzmocnić moją motywację. Między innymi bardzo podobał się mi następujący artykuł:




W skrócie oraz z moimi postanowieniami:

1. Uwierz w siebie!! To może brzmieć śmiesznie, ale tak naprawdę w twój umysł musi mieć pewność, że możesz osiągnąć tą transformacje w rzeczywistości. Nie próbuj dążyć do nierealnych celów. Musi to być taki cel, który wiesz, że na pewno będziesz mógł/a osiągnąć. Wiara w siebie to pierwszy i najważniejszy cel. Jeśli ty nie będziesz wierzyć w siebie to kto będzie? 

Z tą wiarą w siebie jest krucho, ale będę nad tym pracować! Cały czas!!!

2. Napisz na kartce przyczyny dlaczego chcesz podążać ustalonym programem. Możesz ją również gdzieś powiesić i przeczytać w chwili zwątpienia.


  •  Bo chcę jak osiągnę moją wagę, to skończy się moja walka. Będę z siebie dumna i zadowolona, że się mi udało i osiągnę spokój. Po prostu będę mogła skupić się na zdrowym życiu i innych celach
  •  Bo z tą wagą czuję się dobrze. Czuję się atrakcyjnie, wzrasta moja pewność siebie, co powoduje, że lepiej idą mi wszystkie inne rzeczy
  • Będę się mieścić we wszystkie moje ubrania
  • Bo to kwestia mojego honoru! Obiecałam sobie, że się mi uda i musi się udać! 

 Trochę mało, ale będę również myśleć nad kolejnymi powodami. Zresztą te chyba są wystarczające, prawda?

3. Pamiętaj aby zaplanować swój dzień dnia poprzedniego. Rozpisz albo już przygotuj potrawy na następny dzień. Przemyśl o której godzinie będziesz ćwiczyć. Trzymaj się planu, bo jeśli zaplanowałeś/aś ćwiczenia o 18, a nie wykonasz ich, będą przechodziły następne godziny i następne, aty ciągle będziesz przekładał/a ćwiczenia na później aż w ogóle ich nie zrobisz. WIEM co mówię, bo sama doświadczałam tego samego!

Planuję, będę planować. Mniej więcej przynajmniej. A jak nie będę mieć wszystkiego gotowego to będę mieć opcje awaryjne :)


Na koniec! Pamiętaj, że to TY SPRAWUJESZ KONTROLĘ! Tylko TY KONTROLUJESZ to, co wkładasz do żołądka!! Tylko TY DECYDUJESZ, czy zorganizujesz godzinę czy pół na ĆWICZENIA 

Bardzo mądre. To ja wkładałam wszystko do żołądka w wakacje. Niepotrzebnie obwiniałam mojego męża. Trochę się liczyłam z konsekwencjami, a trochę o nich nie myślałam i mam za swoje. Gruba krecha i do przodu!


Dziś tydzień zdrowego tryby życia (mojego normalnego) za mną. Waga 57,4 kg. Jeszcze tylko 3,4 kg do zgubienia! Planowałam, że zejdę do 57,0 kg, ale jest spoko. Ważyłam się na czczo, ale przed wizytą w kibelku a brzuszek znowu trochę jak banieczka. Jest dobrze. Nie będę się tak przejmować wagą. Moim celem jest obniżenie jeszcze trochę tkanki tłuszczowej. Było 18,4%, a chciałabym, żeby było około 16% (15% to chyba za duży cel jak na matkę karmiącą). W ogóle o tym też chciałam napisać, bo przecież ja cały czas karmię! 7-8 razy dziennie, więc spokojnie z tym odchudzaniem. Może mój organizm trochę się broni? I dlatego tak powoli to idzie?

Dalej mam postanowienie, że dopóki nie osiągnę wagi 56,0 kg z powrotem, to nie ma żadnych nagród i żadnych słodyczy!!! Jeśli się nie uda do końca sierpnia, to przynajmniej to spotkania z Panią Dietetyk. Przynajmniej do spotkania z nią będę super dzielnie się trzymać i nadrobię, wszystko, co popsułam. Byle do 10 września. Byleby nie było więcej tłuszczyku, to jest mój cel. A jakby było odrobinę mniej, to bym już była super szczęśliwa!!!!

Zrobiłam wczoraj turbo Ewy Chodakowskiej. Spaliłam tylko/aż 350 kcal. Parę ćwiczeń było trudnych, ale ogólnie ok. Killer chyba bardziej mnie zmęczył. Zapomniałam założyć pulsometru, więc nie wiem, jak ze spalaniem. Po killerze miałam super zakwaszone łydki.

Dziś rano udało się mi już być na siłowni i zrobić godzinkę mojego treningu - mocne cardio z elementami siłowymi. Z uwago na braki czasowe musiałam połączyć 2 treningi w jedną całość. Ręce bolały, oj bolały, bo większość ćwiczeń w podporze!

Zabrałam się też, tak, jak obiecałam za czytanie mądrej książki. Nie dość, że dowiem się jak karmić moje dziecko, to jeszcze wrócę do podstaw, na przykład opisane są w książce zaburzenia odżywiania  u młodzieży. Pozycja warta przestudiowania!!!!

Chcę wiedzieć, co je moje dziecko. Chcę wiedzieć, co sama jem i dlaczego czasem to wymyka się spod kontroli!!! A teraz do karmienia marsz (mam kryzys laktacyjny... kolejna rzecz do przestudiowania).


sobota, 24 sierpnia 2013

Czeko czeko-lada!

Tak wiem miałam nie jeść słodyczy! I nie jem. Dziś już będzie siódmy dzień jak ładnie i zdrowo się odżywiam. Coś mnie zaczęło kusić, żeby wrócić do nagród w postaci sporych ciastek niedzielnych, ale przecież miałam odpracować wakacyjne szaleństwo! A więc stop! Gdzie Twoja motywacja Maryśka! Weź pod uwagę swój cel! Wytrzymasz jeszcze kolejne 7 dni. Zobaczymy jaka będzie waga i wtedy podejmiemy decyzję, co dalej z moimi nagrodami! A jeśli chodzi o czekoladę, to zupełnie co innego. Gorzka czekolada jest zdrowa, a nawet bardzo zdrowa i wolno mi zjeść jej kosteczkę (byleby nie zamieniło się to w wielkie obżarstwo!). I tu mam do polecenia 2 super przepyszne czekolady, które już przetestowałam i nie zawiodłam się na nich! Polecam :)



Motywacja

Miało być o czekoladzie, a będzie o motywacji. Byłam wczoraj na pierwszym spotkaniu z psychoterapeutą. Rzeczywiście jest tak, że człowiek tworzy jakąś taką więź z takim człowiekiem i brakowało mi Pani Marii. Za to Pan Piotr jest bardziej rzeczowy i konkretny i nie było między nami niezręcznej ciszy. Jeszcze jedno spotkanie diagnostyczne za 2 tygodnie i wtedy mam podjąć decyzję, czy podejmuję się wyzwania i czy będę ciężko pracować nad sobą. Od razu dowiedziałam się, że mam problem z motywacją, żeby wytrwać przy podjętych działaniach. I to fakt. Pierwsze celne spostrzeżenie. Ze wszystkim tak mam. Mam wiedzę, narzędzia, czas, często wsparcie i ... daję ciała!!! Zapominam o celu, zapominam o motywacji i marnotrawię moją ciężką pracę. Mam sobie tą moją motywację przemyśleć na następny raz. Będę więc myśleć, a teraz aktywny dzień: sprzątanie, zakupy, targi mother&baby, czyli będzie co robić!

piątek, 23 sierpnia 2013

Luzujemy, czyli nie tędy droga!

Byłam wczoraj po raz pierwszy na zajęciach HIIT. Nie wiem, co powiedzieć. Wybrałam się na nie z 2 powodów, raz: bo przeczytałam artykuł o ten poniżej o przyspieszaniu metabolizmu i zajęcia HIIT były wymienione tam na pierwszym miejscu:


a po drugie, ponieważ prowadzi je moja dobra znajoma, super fajna instruktorka Aga zarażająca uśmiechem i optymizmem. Owszem, poćwiczyłam, zmęczyłam się trochę, momentami bardzo. Cały trening w zasadzie w strefie spalania. Myślę, że żeby go ocenić to trzeba go wykonywać regularnie i dopiero zobaczyć rezultaty. Ogólnie super godzina. Potem jeszcze zrobiłam 25 minut treningu siłowego w superseriach i w sumie 700 kcal spalonych w prawie półtorej godziny. Zabawne, że jedno ciastko o takiej wartości kalorycznej je się w 10 sekund (niestety przy mojej żarłoczności nie trwa to 10 minut), a ciastek zjadłam nie jedno, tylko ze 100!!! Nic więc dziwnego, że waga poszła w górę.

Trening treningiem, ale przemyślenia po spotkaniu z Agą ważniejsze. Uśmiechnięta, zadowolona (też dużo schudła, to ta która mówiła, że umysł powinien odpuścić) zaszczepiła we mnie myśl! Boże! Co się ze mną stało! Z fajnej wesołej interesującej dziewczyny stałam się jakąś wiecznie niezadowoloną frustratką! Ciąża i cały okres okołoporodowy a potem każdy kolejny dzień mnie tak zmieniał. Nie tędy droga. Powinnam wyluzować i odnaleźć siebie. Zawsze miałam hopla na punkcie treningów i ćwiczeń, nie raz walczyłam z dodatkowymi kilogramami, bo były różne okresy w życiu, ale nigdy nie byłam taką frustratką i desperatką. Wracając słuchałam muzyki w aucie i pomyślałam sobie, że w moim życiu nie ma relaksu, nie ma chwili wyciszenia. Jest tylko szał, pęd za czymś i wieczny stres! Nie tędy droga. Najlepsze efekty w odchudzaniu, jeśli chodzi o utratę centymetrów miałam w lipcu. Raz, że byłam wtedy już w dobrej formie, a dwa, że zaczęłam bawić się i eksperymentować z przepisami i sprawiało mi to radość. 

Dlatego też uwaga do mojego wczorajszego wyzwania: nie pozwolę, by słodycze zrujnowały efekt mojej pracy, bo chcę osiągnąć w końcu cel, ale nie będę taką ascetką! Tak nie może być. Dlatego postaram się robić wszystko z umiarem i dla mojego zdrowia i zdrowia małej.

Następny post będzie o czekoladzie :-)

Jeszcze jedna rzecz, chodzi mi po głowie, że może mój organizm trzyma trochę tłuszczu, bo jednak karmię piersią i jest on potrzebny mojemu organizmowi do produkcji mleka. To taka mini wymówka, albo usprawiedliwienie.  O tym też będę pisać w następnej kolejności.

Doszły do mnie 2 nowe książki: Ewa Chodakowska oczywiście oraz jeszcze jedna o żywieniu dzieci, która przedstawia żywienie człowieka od podstaw, od momentu poczęcia. Czasem warto wrócić do początku, żeby wszystko przeanalizować.

Dziś też spotkanie z nowych psychoterapeutą. Zobaczymy jak będzie.

Budzę małą i zaczynamy nowy dzień. Dużo do zrobienia. Postaram się więcej robić, a mniej pisać, choć do napisania sporo również jest. Ale dziś czytam czytam i jeszcze raz czytam! Do usłyszenia.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Historia mojego pociążowego brzucha

Żeby nie było, że nie pracuję i nie ma efektów... może nie tydzień po tygodniu, ale kilka fotek z ostatnich 5 miesięcy. Po kolei:

9 marca 2013 (czyli prawie 3 tygodnie po porodzie). Taki sobie brzusio był:

takie były tej historii początki....

22 marca 2013:


miesiąc minął a brzusio jak był...

...tak jest
Na początku kwietnia wróciłam na fitness: głównie rowerki, ABT, pilates.

5 kwietnia 2013:


kwietniowy brzuszek
Tu już chyba widać, że zaczęłam intensywniej ćwiczyć:
22 maja 2013:





W połowie maja zaczęłam moje treningi z trenerem personalnym i mój trening miał ręce i nogi, bo pracowałyśmy (z trenerką) nad brzuchem, aby wrócił do formy i aby skrócić mm brzucha i by brzuch nie był wystający i nad moimi odwiecznie kłopotliwymi i newralgicznymi strefami: pośladkami i udami. Pozostałych partii mięśniowych oczywiście też nie pomijałyśmy, ale wiadomo, co było dla mnie priorytetem.

31 maja 2013:

majowy brzuszek

1 lipca 2013:



 23.07 coraz bliżej sukcesu:


Albo tu: szczytowa forma po ciąży, początek sierpnia:


I to niestety był moment, w którym wyjechałam na wakacje i zmarnowałam kawał swojej pracy. Obiecuję jednak wszystko odrobić i nie zrażać się przeciwnościami. Bo czy 2 tygodnie mogły popsuć efekt, na który pracowałam przez pół roku Chyba nie. Mam taka nadzieję. Po powrocie z wakacji jest tak:





Brzuszek się zaokrąglił, udka i pośladku się wypełniły i znowu mam nad czym pracować!!!! Nie siedzę więc z założonymi rękami i ruszam do roboty. Dla porównania wrzucam zdjęcie motywacyjne, czyli jak to było w momencie, gdy zaszłam w ciąże:





Wyzwanie dla słodyczoholiczki

Ponieważ moim głównym wrogiem w walce o super sylwetkę (i o wagę, och jakżebym była już szczęśliwa, gdybym osiągnęła moją wagę przed ciążą!!!) są SŁODYCZE, których potrafię jeść niestworzone ilości to postanawiam podjąć się wyzwania: 30 dni bez słodyczy.


Zdjęcie ze strony:

Dzień pierwszy liczę od niedzieli 18 sierpnia, tak więc jestem już na 4. szczebelku (4 pełne dni bez słodyczy, jupi!!!), bo do środy się mi udało przetrwać. Do 16 września włącznie jak się uda, to będzie rzekome 30 dni, a że w tygodniu słodyczy nie jem, tylko w weekendy (takie mam postanowienie i zasadę na okres odchudzania), to może wytrwam do końca tygodnia, a potem do końca września też już będzie niedużo, więc dam radę, a wtedy wyjdzie całe 6 tygodni bez słodyczy :-) 42 dni! Oczywiście trzeba będzie doczekać do weekendu, a nie do końca września, wiec teoretycznie 7 tygodni bez słodyczy przede mną. Jeszcze się nad tym zastanowię, bo miałam się nagradzać w weekendy niewielką ilością słodkości, ale może dopóki nie osiągnę mojej wymarzonej wagi to nie jest to wskazane. Tak będzie rozsądniej. Po co mi puste kalorie, które będą mnie oddalały od mojego celu. Chyba, że uda się mi osiągnąć zaplanowaną wagę, to zostanę tylko na tym wyzwaniu 30-to dniowym. Postanowione. Moja Pani dietetyk pozwoliła mi zjeść od czasu do czasu galaretkę, zresztą mam ją w swoich przepisach, albo kostkę gorzkiej czekolady. Mogę też jeść niskotłuszczowe kakao. Oczywiście wszystko z umiarem. Tak więc tego nie liczę jako słodycze. Do roboty!

Waga do kosza!

Wbrew moim postanowieniom weszłam na wagę i nie jestem zadowolona z tego co zobaczyłam! 
58,3 kg!! Na razie nie zbliżam się do odrobienia strat powakacyjnych, ale... ale brzuszek jak banieczka. Zmiana diety zawsze prowadzi zawirowania. Myślę, że są to dalej zalegające treści pokarmowe, dlatego miarodajna będzie waga w niedzielę, albo w poniedziałek. No zobaczymy, nie poddaję się. Obwody są większe niż były, ale do końca sierpnia jeszcze 10 dni, to dużo czasu.

Obudziłam się zmęczona po wczorajszym killerze. Myślę, że na następny ogień pójdzie turbo:


Dzisiaj jednak nie wiem, co będę robić. W planie było bieganie i trochę ćwiczeń wzmacniających. Jeszcze w tym tygodniu chciałabym dorzucić trening siłowy. Zobaczymy jakie mój mąż ma plany na wieczór. 

Niestety nie ma drogi na skróty. Nie mogę nic kombinować z dietą, bo przecież była skuteczna i zdrowa, a czasem kusi, żeby po prostu zastosować coś, co pomoże pozbyć się szybciej moich kilogramów. Ale pamiętamy o metabolizmie i innych ważnych sprawach!!!! 10 dni sierpnia na diecie, potem jeszcze 9 dni września i pomiary na profesjonalnej wadze. To będzie dopiero miarodajne źródło informacji. 

A na razie zbieram się na wieś w odwiedziny do moich rodziców, którzy tam teraz stacjonują. Trzeba tylko szybko wszystko popakować dla małej i dla siebie, a nie siedzieć na blogu, wiec do roboty!!!

środa, 21 sierpnia 2013

Diabełek kusicielek

Coś mnie podkusiło i wykonałam właśnie killera Ewki Chodakowskiej. I wylały się ze mnie siódme poty. Ręce się mi roztrzęsły. W zasadzie jestem już po kolacji, ale chyba zafunduję sobie przekąskę potreningową, bo to było mocne uderzenie! Zresztą, po treningu należy jeść!! Info z bloga, którego teraz wertuję:

Czy należy unikać kolacji i jak to jest po wysiłku?

Zmotywowałam się też jej przedmową o wyrzuceniu wagi i stresowaniu się. Skoro wszyscy to powtarzają to musi coś w tym być. Miałam też napisać o moim słodyczoholizmie, ale dziś oparłam się kawałkowi pysznej szarlotki (my personal best), więc na razie jestem na dobrej drodze. O tym więc kiedy indziej. Idę zjeść owocek!








PS. Moja książka Ewki dotarła własnie do empiku, teraz nic tylko ją odebrać, przestudiować ćwiczenia i od września ruszamy z metamorfozą :-)

Moja przemiana

Szukam właśnie motywacji  w internecie. Jest wiele fajnych profesjonalnych blogów, które zawierają wiele cennych informacji. Czytałam dziś między innymi o sukcesie i porażce. Porażka nie może być punktem, w którym się ustaje. Po upadku należy otrzepać się, wstać i pójść dalej. Tak też zamierzam zrobić. W każdej dziedzinie. Po wielkiej wakacyjnej zawierusze w moim małżeństwie, po wielkiej rezygnacji, zamierzam pracować nad swoim związkiem, dbać o męża, może trochę sprytniej i rozsądniej do niego podchodzić. Nikt nie jest bez wad. Wkurza mnie, bo czasami zachowuje się jak dzieciuch, ale wina zawsze leży po środku. Często ja prowokuję jego reakcje. Gdy już nie raz myślałam, że nie ma dla nas nadziei, to zawsze słyszałam od mądrych osób - zmień się, to on się zmieni. Prosta zasada akcji i reakcji. Będę nad tym pracować. Zapewne całe życie! 
Porażka w odchudzaniu. Wakacje. Tuż przed wakacjami byłam na pomiarach składu mojego ciała. Zresztą na początku mojej drogi, 3 miesiące po porodzie również. Zamieszczam zdjęcia z wynikami. Byłam z siebie bardzo zadowolona. Następna wizyta kontrolna 10 września. Moim celem jest powrót do rezultatów z 1 sierpnia, a może nawet ich polepszenie, zwłaszcza, że wakacje chcę odpracować do końca sierpnia, tak więc zostanie jeszcze 9 dni na poprawienie rezultatów. Wiem, że moja ilość tłuszczu w organizmie była już na granicy normy, jednak można ją jeszcze w granicach rozsądku trochę obniżyć. Nie chcę dążyć do nie wiadomo jak niskiej masy ciała, chociaż czasami jest to kuszące. Przed ślubem udało się mi zejść do wagi 52 kg dietą i treningami, potem jeszcze stres spowodował, że zeszłam do 50 kg. Byłam bardzo zadowolona z takiego rezultatu, prawda jest jednak taka, że utrzymanie takiej wagi to ponadludzki wysiłek. Już po wakacjach waga wróciła mi wtedy do 54 kg i na tym poziomie by została.... gdyby nie ciąża ;-)
Obiecałam sobie też, że nie będę walczyć z wiatrakami i rujnować sobie życia i zdrowia by osiągnąć jakąś mrzonkę. Dążę do wagi 54 kg i kropka. (Nad tym też pracowałam na psychoterapii - 2 kg mniej nie zmienią mojego życia, natomiast frustracja spowodowana wieczną walką i porażkami owszem!) Oczywiście w teorii waga nie powinna być wyznacznikiem sukcesu, raczej skład ciała i obwody, ale u mnie to idzie w parze i to jest taka liczba, przy której czuję satysfakcję. 
Moją porażkę wakacyjną potraktuję jako punkt motywacyjny. Zbieram się w sobie i rozgromię ostatnie kilogramy. Chciałabym do końca września. I taki jest mój plan A. (Zakładam, że się uda, ale just in case, gdyby moje ciało się zbuntowało, dam sobie kolejne 6 tygodni, czyli do 9 listopada.... akurat będą wtedy moje urodziny. To dobra data na osiągnięcie sukcesu. Wolałabym oczywiście być już po diecie stabilizacyjnej w tym czasie i przejść do normalnego odżywiania, ale życie zweryfikuje jak moje ciało będzie reagowało na moje działania.) Wiem, że potrafię, wiem, że dam radę.

Pomiar z początku maja 2013, waga 62,5 kg:



Pomiar z początku sierpnia 2013, waga 57,2 kg:


wtorek, 20 sierpnia 2013

BLW dzień kolejny

Wdrażam ambitnie metodę BLW w rozszerzaniu diety mojej Małej. Na razie według mojej wiedzy odnosimy spektakularny sukces. Mała jeszcze nie siedzi sama, trzeba ją podtrzymywać. Nie wiem do końca jak jest u niej z odruchem wypychania ciał obcych z ust, trudno mi to określić. Czasem się mi wydaje, że jest,  a czasem, że go nie ma. Po pierwszych eksperymentach z marchewką w poniedziałek podałam małej marchewkę, brokuła i pieczonego indyka. Marchewka i brokuł zostały ugryzione. Po południu na tapetę poszedł jeszcze wafel ryżowy. O jakaż to była wielka radość z jego ciumkania! Dziś testowałam cukinię, marchewkę oraz jabłko. Marchewę zrobiłam chyba za twardą, bo nie udało się jej ugryźć ani kawałka, natomiast cukinia była doskonała do ciumkania. Myślę, że Małe wyssało z niej trochę soku. Wafelek ryżowy okazał się również strzałem w dziesiątkę. Mój mąż zaczął się jednak zastanawiać nad podawaniem Z. papek łyżeczka. A takie myśli przyszły mu po 10 minutach trzymania jej na kolanach i podsuwania jej talerza z waflami. Mężczyźni to jednak są mało cierpliwi. Moja koleżanka O. również mi dzisiaj powiedziała, że jej znajoma próbowała stosować tą metodę, ale bez skutku, bo jej dziecko nic nie jadło. Myślę, że nie ma co się poddawać. Na razie testuję BLW dopiero od 3 dni i jest tak, jak miało być w teorii. Dziecko nie je, ale bawi się jedzeniem i uczy się nowych konsystencji, kolorów, smaków. Zamęt w głowie zasiała mi kiedyś również nasza lekarka pediatra, że nie powinnam robić takich eksperymentów, bo dziecko musi jeść mięso. Nie wyobrażam sobie jednak wtłaczania w Z. na siłę jedzenia łyżeczką. To droga przez mękę i to sprzeczne z moimi przekonaniami. Chcę w moim dziecku od początku zaszczepić zdrowe nawyki żywieniowe, a nie żeby męczyła się jak jej matka z zaburzeniami odżywiania przez pół życia. Na razie jestem bardzo zadowolona. Mała sobie doskonale radzi. Świetnie chwyta pokarmy, dziś nawet próbowała przełożyć sobie wafelka z jednej rączki do drugiej i bez problemu trafia z nimi do buzi. Liczę, że BLW będzie w jej przypadku wielkim sukcesem. Oczywiście będzie łatwiej, jak zacznie sama siedzieć, bo wtedy będziemy mogli jeść razem.

Jak odpuści umysł, to odpuści ciało

Dziś super udany! Zmotywowałam się, podniosłam swoje morale i lepiej się poczułam. Fryzjer zaliczony - jestem w punkcie wyjścia, jeśli chodzi o zapuszczanie włosów, bo mam krótkiego boba. Jeszcze nie wiem, czy do końca jestem zadowolona z jego kształtu, ostatnio chyba było lepiej, ale na pewno jestem zadowolona z tego, że nie wyglądam już jak strach na wróble, tylko wyglądam elegancko. Nie zmieniam już fryzjera i nie testuję.

Spotkałam na siłowni znajomą instruktorkę, która zaczęła właśnie pracować w klubie, do którego ja czasami wpadam (bo nie mogę napisać, że chodzę). Powiedziała mi mądre zdanie, zresztą mówiła to samo jak się widziałyśmy ostatni raz: "jak odpuści głowa to odpuści i ciało". Nie ma co tak zadręczać się myśleniem o odchudzaniu. Nie ma co tak rozmyślać i dywagować cały czas. Po prostu trzeba żyć, a wtedy waga sama spadnie. Jak się czegoś bardzo chce, to czasem bardzo trudno to osiągnąć. Ciekawe, że niedawno to samo powiedziała mi moja przyjaciółka na temat relacji damsko-męskich. Użyła tylko innych słów. Nie przytaczam, bo cenzura nie puści ;-)

Trening zaliczony. 45 minut tylko, ale wylałam z siebie dziewiąte poty. Mocne kardio interwałowe plus jedna seria ćwiczeń siłowych na obciążeniu własnym ciałem. Zgadzam się zdecydowanie z ostatnimi stwierdzeniami Ewki Chodakowskiej, że siłownia i maszyny są do niczego. Tyleż ciekawych i rozmaitych ćwiczeń można zrobić pracując tylko z własnym ciałem, albo na piłkach, czy wolnych ciężarach. Ja wykonuję teraz ćwiczenia, które angażują jak najwięcej grup mięśniowych na raz. Minimum czasu a maksimum efektu. Dzięki takim ćwiczeniom bardzo szybko wróciłam do sprawności fizycznej po ciąży. Już teraz mój brzuch jest w pełni sprawny i to po cesarskim cięciu, a podobno niektórym kobietom czucie w dolnych mięśniach brzucha wraca dopiero po około 6 miesiącach po porodzie. Mięśnie dna miednicy to zupełnie inna historia, ale o tym napiszę kiedy indziej. 

Udany dzień. Jutro też się nie ważę. Rano przyjedzie do mnie moja siostra pokazać mi zdjęcia ze swoich wakacji. Ja też jej pokażę moje. Postaram się też zamieścić coś na blogu, ale jeszcze się zastanowię co i w jakiej formie. Jak bardzo internet jest anonimowy i jak odważnie można zamieszczać swoje prywatne fotografie, tego jeszcze nie wiem. Pomyślę.

Plany na wieczór?

Idę w końcu do fryzjera! Jupi!!! Potrzebna przemiana. A potem morderczy trening interwałowy. Planowana godzina. Dziś maluchem zajmuje się tata :-)


Rozmawiałam z koleżanką, z którą razem się odchudzamy u tej samej Pani Dietetyk. Jej mąż też jej daje trochę w kość. Je byle jak. Zajada się na noc przy niej pizzą i kebabami. Powiedział też, w momencie gdy zostało jej kilkanaście kilo nadwagi po ciąży, że nie musi nic zmieniać, bo dla niej jest ok. Z jednej strony chwali się to i jemu i mojemu, że nie narzekają na nas i są usatysfakcjonowani z naszego wyglądu, a z drugiej strony nie są w stanie zrozumieć, że to my nosimy te kilogramy i nie czujemy się dobrze w naszych ciałach!

Nakręcam się już też na książkę Ewki. Przewertowałam internet i znalazłam wiele niekorzystnych opinii na temat książki, sposobu motywowania itp. Ja nie będę się tym przejmować. Po prostu spróbuję. Cały wrzesień 30 dni z książką, z treningami. 2 tygodnie sierpnia będę jeszcze na swoim programie treningowym, bo nie chcę teraz wprowadzać za dużego szoku dla mojego organizmu. Wystarczy mu powrót do diety 
i treningów (3 dzień z rzędu ból głowy!), a potem będę szokować go dalej od 1 września codziennymi treningami Ewki. 

Głowa w dół

"Pochwaliłam" się mojej Pani Dietetyk, co zdziałałam w wakacje. Dostałam maila zwrotnego, że jest jej bardzo przykro, że nie udało się mi racjonalnie odżywiać, że bardzo chciałam, żebym traktowała plan żywieniowy jako mój nowy styl życia, a nie jako dietę. Jako coś przyjemnego. Że jedno ciastko można zjeść, ale trzeba znać umiar. Ja tego umiaru nie znałam i dlatego właśnie teraz jest tak, jak jest. Chciałam być z siebie dumna i zadowolona, a na razie nie ma powodu. Pani Dietetyk napisała mi też, że myśli, że waga na pewno wróci do normy, zważywszy na to, że na pewno woda się w moim organizmie zatrzymała i stąd też wrażenie przytycia.

Chciałam się pochwalić tym mojemu mężowi, tzn. zwierzyć się mu, ale już jakiś czas temu moja mama mi powiedziała, a raczej doradziła, żebym niektóre rzeczy zostawiła dla siebie. Faceci nie lubią słuchać w kółko wałkowanych tematów, narzekań, jak to się źle czujemy i źle wyglądamy. Wszelkie swoje smutki i wątpliwości (mam nadzieję, że będzie ich coraz mniej, aż w końcu znikną) będę wylewać na tym blogu, tak, żeby nikogo nie zadręczać.

Tak jak sobie obiecałam nie zważyłam się dzisiaj. Nie zajmuję się już tylko jedzeniem, bo udało się mi odwiedzić już z Malutką moją przyjaciółkę. Rozpuściłam wici, że poszukuję niani, bo za jakiś czas trzeba będzie wrócić do pracy i ktoś moją Kochaną córeczką będzie musiał się zaopiekować. Porozmawiałyśmy chwilę. Trzeba wyjść z tej izolacji, w jaką się wpędziłam. Moja przyjaciółka 3 miesiące temu urodziła chłopca. Nie udaje się jej na razie ćwiczyć, bo nie ma na to czasu (to już jej drugie dziecko), diety też nie trzyma, bo nie jest do tego stworzona, jak sama stwierdziła, za to postanowiła nie jeść po 19. Jej waga też się zatrzymała i nie spada. Dzięki tej metodzie udało się jej zejść o pół kilograma w 2 tygodnie. Ważne żeby się nie poddawać, nie załamywać rąk i coś robić, albo w ogóle się nie przejmować. Jestem osobiście za połączeniem tych dwóch metod, ale to wychodzi mi tylko w teorii.

Chwila przyjemności, żeby zająć myśli czymś innym.... Choć teraz właśnie przyszło mi do głowy, że skoro to plan na całe życie i pasuje mi, to nie muszę o tym aż tak dużo myśleć, po prostu powinnam sobie żyć, zajmować się swoimi sprawami, a waga sama spadnie! Przyjemności, które mnie dziś czekają to mój fryzjer! Nareszcie. 3 tygodnie temu wpadło mi coś głupiego do głowy i stwierdziłam, że denerwują mnie moje włosy. Do mojego fryzjera się nie umówiłam, tylko pomyślałam sobie, ze pójdę gdziekolwiek, gdzie tylko mają miejsce. I tak też zrobiłam. O jakże wielka była moja rozpacz. Wyglądam teraz jak strach na wróble. Z tyłu długie, z przodu krótkie, bez ładu i składu. Nic się nie da z tym zrobić. Może jakbym układała przez godzinę dziennie, to przypominałabym człowieka, ale nie mam na to ani czasu, ani sprzętu ani ochoty. Mam nadzieję, że mój fryzjer mnie nie przeklnie za zdradę i uratuje sytuację. Z zapuszczania włosów jednak nici. Chyba skończy się na czymś krótkim. Ważne, żeby było fajnie i żebym nie musiała się tak męczyć. Gorzej już nie będzie. Byle więc do 18!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wsparcie emocjonalne w odchudzaniu

Terapia. Postanowiłam po 3 tygodniach nie uczęszczania na terapię, że bezwzględnie muszę wrócić na terapię! Nie radzę sobie sama ze sobą, ze swoimi emocjami, z objadaniem się, z kryzysem w moim związku. Czasem wydaje się mi, że stąpam po cienkiej linie, która w każdej sekundzie może się przerwać, a ja wpadnę w nieskończoną otchłań. Z mojej psychoterapii zrezygnowałam ze względów finansowych, bo niestety chodziłam prywatnie i wydawałam na to majątek, oraz dlatego, że nie bardzo odpowiadała mi moja pani psycholog. Nie potrafiłam się przy niej otworzyć. Zresztą nie wiem, czy mi pomogła. Trochę pewnie tak, skoro za nią tęsknię. Jednakże nie wrócę do niej, gdyż teraz jest na wakacjach a niedługo idzie na urlop macierzyński. Tak więc nie ma co w nią inwestować. Próbowałam znaleźć lekarza psychoterapeutę w okolicach mojego domu. Okazuje się, czego mogłam się spodziewać, że znalezienie lekarza na fundusz NFZ jest istną niemożliwością. Zapisałam się więc do lekarza prywatnie. Znalazłam go w internecie, jako jednego z polecanych psychologów w mojej okolicy. Termin - już ten piątek. Zobaczymy. Niestety również muszę zapłacić, ale istnieje szansa, że ktoś zrezygnuje, a wtedy będzie można wskoczyć na jego miejsce, albo być może w przyszłym roku się uda, jeżeli przychodnia, do której się zapisałam podpisze kontrakt z NFZ. I choruj tu sobie człowieku psychicznie. Mój mąż powiedział, że jak jest mi to potrzebne, to jakoś poradzimy sobie finansowo. I chwała mu za to. Bez solidnej dwuletniej psychoterapii nie pociągnę długo. Do mojej pani psycholog chodziłam zaledwie niecałe pół roku... a nawet sprawdziłam i okazuje się, że niecałe 4 miesiące. To stanowczo za mało, żeby coś zmienić w sobie i swoim życiu!!

Dodatkowo odkryłam, że tuż obok mojego domu jest ośrodek specjalizujący się w leczeniu zaburzeń odżywiania, ale za to pewnie też się płaci. Nie pamiętam niestety nazwy, a wyszukiwarka nie potrafi mi tego odnaleźć, widziałam jedynie wielki baner wywieszony w mojej okolicy. Musze to zbadać.

Kolejnym wsparciem, bo do tej pory w to nie bardzo wierzyłam, będzie książka Ewy Chodakowskiej, którą zamówiłam dziś przez internet. Zmień swoje życie z Ewą. A czemu by nie spróbować? Może jak ktoś będzie mnie prowadził za łapkę przez 30 dni, to będzie mi łatwiej? Spróbuję ją wdrożyć dzień po dniu we wrześniu. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Dietę oczywiście będę trzymać swoją, ale mogę się trochę książką inspirować, a czemu nie!




70% dieta 30% treningi

70% dieta, 30% treningi. Taki podobno jest procentowy wkład w proces odchudzania. Samymi ćwiczeniami nic się nie zdziała, bo można nie mieć ujemnego bilansu kalorycznego, a wtedy waga ani drgnie. Ćwicząc za dużo można również wpaść w efekt Plateau i waga również nie pójdzie w dół, bo metabolizm przestawia się na niższy poziom. Organizm przyzwyczaja się do dużej ilości wysiłku fizycznego, przestawia się na taki tryb, że ciągle potrzebuje więcej i więcej, więc nie ma co przesadzać. Tego też się uczę. Kiedyś ćwiczyłam po 2,5 godziny. Teraz już wiem, że godzina na raz wystarczy. I to nie codziennie, lecz maksymalnie 4-5 razy w tygodniu. Zresztą co tu dużo ukrywać, taka sytuacja mi odpowiada, ponieważ nie mam teraz zbyt wiele czasu. Nie jestem już niezależną nastolatką i nie mogę sobie pozwolić na taki luksus przebywania aż tyle poza domem. Moja godzina musi mi wystarczyć.

Do tej wyliczanki procentowej doliczyłabym jeszcze parę rzeczy: motywacja i wsparcie emocjonalne (czyli 2 rzeczy, których czasami mi brakuje.... niestety czasem odpuszczam sobie, mówię sobie, że nic się nie stanie jak odpuszczę, bo potem to nadrobię... a prawda jest taka, że to "nadrabianie" jest strasznie frustrujące i oddala mnie od mojego celu, nie mówiąc już o tym, że jestem coraz starsza i jest coraz trudniej. W tym roku stuknie mi 32!). Motywację postaram się mieć i podtrzymywać ją codziennie pisząc tego bloga. Nie ważne, czy ktokolwiek kiedykolwiek to przeczyta. Piszę to dla siebie jako forma wzmocnienia i terapii.

Nie napisałam jeszcze, że dziś pasuję z treningiem, bo miałam iść pobiegać, ale jest 30 ponad stopni, zaduch niesamowity oraz okropnie boli mnie głowa. Jutro ma być zmiana pogody, ten ból jednak trwa od wczoraj i wynika z przejścia na dietę. Jednak drastycznie zmieniłam sposób odżywiania się w stosunku do tego, co wyprawiałam w wakacje. Tak samo było w maju, gdy rozpoczynałam moją dietę. Jutro oczywiście pójdę na siłownię i zrobię mój trening. Tak jak napisałam, będę ćwiczyć 4-5 razy w tygodniu po godzince. Powinno wystarczyć. Do tej pory wystarczało.


Nie cel, lecz droga do celu

Kolejny slogan internetowy, ale prawdziwy i skuteczny.

O odchudzaniu się wiem wiele, być może można powiedzieć, że prawie wszystko. Popełniłam już nieskończenie wiele błędów w tej dziedzinie. Tym razem odchudzam się z Panią dietetyk, bo przecież nie chcę zaszkodzić mojej malutkiej. Chcę, żeby miała wszystkie niezbędne składniki odżywcze. Nie mówiąc już o nawracającym efekcie jo-jo, szkodzeniu swojemu metabolizmowi i zdrowiu i wielu wielu innych rzeczach. Jo-jo niewielkiego na razie nie udało się mi uniknąć, ale to z własnej głupoty. Na szczęście wakacje się skończyły, nie będzie już dłuższych wyjazdów ani okazji do popsucia diety. Jakieś jednodniowe wyjścia ogarnę, bo na nie zawsze można się przygotować. Do końca sierpnia, czyli przez pierwsze 2 tygodnie, albo dopóki nie odzyskam mojej wagi przedwakacyjnej trzymam się restrykcyjnie mojej diety, czyli nie idę na żadne ale to żadne odstępstwa. Tyle czasu powinno mi wystarczyć, żeby móc dobrze się poczuć. 

O mojej diecie.
Jestem na diecie 1800 kcal. Kalorii jednak nie liczę. Jem 5 posiłków dziennie. Odmierzam gramatury poszczególnych produktów. Trochę to czasami uciążliwe, ale jednak można się przyzwyczaić i potem wpada człowiek w rutynę.

O moim nowym podejściu.
Bycie na diecie jest trudne. To ciągłe myślenie o utracie kilogramów, o odwiecznej walce z sobą (zwłaszcza jak waga pokazuje więcej niż ostatnio) jest bardzo męczące i trudne. Należy więc zmienić sposób myślenia. Nie traktować tego całego procesu jak walkę, wielką batalię, coś męczącego i trudnego, ale jak proces. Proces dbania o siebie i robienia czegoś dobrego dla swojego ciała i zdrowia. Zapamiętać i przyswoić, bo czasami o tym zapominam i zaczynam za bardzo skupiać się na kilogramach, a wtedy wpadam w panikę i zaczyna mnie to wszystko przerażać.

Ważenie się raz w tygodniu.
Tak tak drogie Panie. Częściej nie warto. Nie warto co chwila wchodzić na wagę. Efekty które przychodzą w ciągu jednego dnia o niczym nie świadczą. Nawet ważenie się co 2 tygodnie byłoby całkiem w porządku. Zresztą waga nie zawsze prawdę Ci powie. Liczą się mięśnie, woda i zawartość tkanki tłuszczowej, a raczej jej coraz mniejsza ilość. Ważenie się codzienne i niecierpliwe czekanie na efekty niczemu dobremu nie służy. Zmienia nasze nastawienie, zmienia naszą psychikę i myślimy tylko o tym, a im bardziej czegoś się chce tym czasem trudniej coś osiągnąć. Lepiej do tego wszystkiego podejść na luzie. Z tym mam największy problem, ale taka jest prawda. Jak tylko człowiek przestaje się przejmować, to idzie wszystko lepiej. Pracuję nad tym. Waga schowana aż do niedzieli. Lepiej zaskoczyć się miłą niespodzianką.

Wsparcie emocjonalne.
Bardzo ważne. Bardzo ważne, by mieć ludzi, którzy będą Cię wspierali, a nie kopali pod Tobą dołków i mówili: "zjedz to ciasteczko, przecież jedno Ci nie zaszkodzi", tyle, że od jednego łatwo przejść do kilku albo nawet kilkunastu, lepiej więc nie ulegać takim wilczym namowom. Ja uległam mojej szwagierce, która zawsze mnie sprowadza na złą drogę. A dlaczego? Bo jest panią dietetyk. Założenie było takie, że nie słucham jej, tylko mojej Pani Dietetyk, którą wynajęłam i opłacam i która ma mnie doprowadzić do stanu użytkowalności (zadowajalności). Niestety założenie wzięło w łeb, ale idę do przodu z podniesioną głową, postaram się wyciągnąć wnioski i więcej nie popełniać tego samego błędu. 
Wsparcie rodziny. Wsparcie męża. Niby jest. Bo przecież mój mąż mówi mi, że mnie wspiera, zostaje z Małą, gdy ja chodzę ćwiczyć. Wsparcie więc jest, ale czy jest zrozumienie? Dla niego wyglądam ok. I nie może zrozumieć on jak ważne jest dla kobiety dobre samopoczucie w jej własnej skórze, jak ważny jest powrót do wagi sprzed ciąży. To kwestia być albo nie być... no, może nie dla wszystkich kobiet, ale dla mnie zawsze to było ważne, dobrze się czułam tylko z niską wagą, dlaczego miałabym więc nie wracać do swojej wagi sprzed ciąży? Mój mąż nie rozumie mojej diety, nie rozumie, dlaczego nie możemy odżywiać się tak jak przed ślubem, jedząc półprodukty, typu sosy i zupy z kartonów czy ze słoików. Ja nie chcę już tak robić. Wiem, że to nikomu nie służy. Oprócz tego, jestem..... egoistką, że jestem na diecie. Tak uważa on. Bo odkładam sobie jakieś produkty, odmierzam, a jemu nie zostawiam. Przygotowuję sobie dietetyczne posiłki, a dla niego czasem czegoś jest za dużo, czasem za mało. Nie dostrzega i nie docenia tego, że przygotowuję jedzenie też dla niego, widzi te momenty, gdy dla niego nie zostanie nic przygotowane. A przecież dorosły jest, może sobie sam od czasu do czasu coś zrobić! I tu też pojawia się problem, bo nie może nic zrobić dla mnie, a on chciałby też dzielić się swoim jedzeniem ze mną, tylko że to wcale nie jest dietetyczne i nie służy mojemu schudnięciu. "A dlaczego nie mogę sobie czasami odpuścić i zjeść tego co on?". Chudy jak szkapa, wysoki, wysportowany, szczupły. I jak on może zrozumieć walkę z nadwagą. Niestety mimo deklarowanego wsparcia trudno jest mi je czasem dostrzec. Non stop się kłócimy. Ostatnio doszło do tego, że stwierdził, że nasze małżeństwo nie istnieje, bo prowadzimy oddzielne kuchnie. I wszystkiemu jestem winna ja i moja dieta. I bądź tu człowieku mądry. Jak bardzo bym się nie starała schudnąć to i tak kłody pod nogi lecą. Mam nadzieję, że inne kobiety mają więcej wsparcia i ich mężowie dopingują je w powrocie do ich wymarzonej figury. Mam nadzieję, że ja będę mieć więcej szczęścia i uda się jakoś poukładać stosunki  z moim mężem i że moje odchudzanie nie doprowadzi jednak do rozpadu mojego małżeństwa... Dlatego właśnie to nie jest takie proste w moim przypadku.


Nie trać wiary, trać kilogramy!

Takie wczoraj hasło przeczytałam na blogu koleżanki. I słusznie. Zważyłam się rano i jest 57,7 kg, czyli 2 kilo mniej niż wczoraj! Ładnie musiałam naładować do tego swojego brzucho-śmietnika! W takim razie postanawiam trzymać się mądrej zasady, że ważę się raz na tydzień (w niedzielę albo w poniedziałek). Do końca sierpnia odpracuję moje wakacyjne szaleństwo i wrócę do wagi 56 kilo.

Przeczytałam wczoraj artykuł o powrocie do wagi sprzed ciąży. Wynika z niego ogólnie, że najczęściej powinno się tracić około 2 kg miesięcznie, czyli jeżeli ktoś przytył 18 kilo jak ja, to spokojnie powinien sobie dać na to 9 miesięcy. Ja mam przed sobą więc jeszcze 3 miesiące i nie będę się stresować już. Plan oczywiście jest, żeby schudnąć trochę szybciej, ale zobaczymy, jak się uda. Najważniejsze to odrobić straty, bo w wadze 56 już czułam się dobrze. Teraz mam 94 cm w udach (było już nawet ciutkę mniej niż 92) i około 48 w udzie - dążymy do 47. Może nie ma tragedii, trzeba tylko wziąć się w garść!

Tragedii to na pewno nie ma, bo czytałam wczoraj blogi dziewczyn, które mają do zrzucenia po kilkadziesiąt albo kilkanaście kilogramów. Dla mnie smutne są jednak te kroki w tył, bo byłam już na etapie, że jeszcze tylko 1,8 a tu nagle jeszcze tylko 3,7 kg do zrzucenia. DAMY RADĘ!!!

niedziela, 18 sierpnia 2013

Moja Z. kończy pół roku!!! BLW na start

Dzisiaj moja maleńka Z. kończy pół roku. Z tej okazji postanowiłam zacząć wprowadzać jej stałe pokarmy metodą BLW. Mała jest sprytna i wszystko wkłada do buzi, dlaczego więc miałoby się nie udać? Dziś na pierwszy ogień poszła marchewka na obiad.


I mamy pierwszy sukces. Z. zainteresowała się marchewką. Chwytała ją w rączki, ciumkała i nawet udało się jej odgryźć 2 kawałki, które próbowała przełknąć! Skończyło się kaszlem i chyba wypluciem marchwi, ale i tak jestem zadowolona. Dostałam od mojej mamy eko-ziemniaka i eko-cukinię z jej ogrodu, tak więc będzie co próbować jutro. Mamie (mnie) musi tylko wystarczyć cierpliwości, żeby małą trzymać, podczas, gdy je, bo sama jeszcze nie siedzi. Jestem nastawiona optymistycznie. Uda się!!

Kilogramy. Dobrze by było, żebym do innych rzeczy umiałam się tak samo dobrze nastawić. Jestem bardzo niezadowolona z tego, jak wyglądam, gdy tylko wspomnę jak blisko byłam sukcesu, to robi się mi słabo. Ale jak wspominała Pani psycholog z odchudzaniem jest tak, że czasem robi się krok w przód, a czasem dwa kroki wstecz. Może nie jest tak źle. Może nie przytyłam aż tych 4 kilogramów, może tylko 2? Dopiero ważenie za tydzień będzie wymierne, bo na razie wczoraj i przedwczoraj nawcinałam tyle niezdrowej karmy, że mam brzuszek jak banieczka. Jakiś tydzień to zajmie mi, zanim to zejdzie!

Love and marriage. Ech. Co tu dużo pisać. Kryzys w związku trwa. Nie wiem, czemu tak jest, że jak pojawia się dziecko, wszystko się robi trudniejsze. Myślałam, że wychodzimy już na prostą, ale okazuje się, że każde z nas idzie w zupełnie przeciwnym kierunku i nie wiadomo, jak to ponaprawiać. Z fazy kłócenia się przechodzimy do fazy obojętności i prowadzenia zupełnie oddzielnych żyć. Łączy nas jedno - dziecko. Tylko nim wspólnie się zajmujemy, ale często robimy to również osobno, na zmianę, tak więc czas spędzamy razem został zminimalizowany. Jak długo można tak jeszcze wytrwać? I jak bardzo nam zależy, żeby przezwyciężyć ten kryzys? Zobaczymy. Mnie pewnie zależy za bardzo, czego nie widzi M. M. też zależy, bo się starał, ale nie widzi, że mnie zależy i krąg się zamyka. Kłótnie ciągle o to samo trwają.... Dużo w tym mojej winy, bo nie radzę sobie sama ze sobą. Ileż można dochodzić do siebie po porodzie? Ile można tłumaczyć wszystko hormonami? Prawda jest taka, że czuję się źle. Potrzebuję pomocy. Pomocy, którą sama niedawno odrzuciłam, mówiąc, że poradzę sobie ze wszystkim sama. Otóż po 3 tygodniach od takiego stwierdzenia jestem w stanie powiedzieć, jak bardzo się myliłam. Ciekawe czy inne kobiety też tak mają, nie radzą sobie same ze sobą, ze swoimi  emocjami, z kryzysem w związku, z akceptacją swojego ciała?!

Miałam zarażać optymizmem i siebie i innych, ale chyba przyszła faza doła. Głowa mnie boli po dzisiejszej kłótni porannej z mężem. Ostatni dzień wakacji spędziliśmy osobno. Nic nowego.