W skrócie, bo nie mam siły, a mała się przebudza co chwila i muszę do niej biegać.
1. Koniec karmienia. Udało się mi odstawić małą, a raczej ona sama wstała w sobotę rano i grzecznie sobie stała w łóżeczku. Pospała do 7:12. Niczego się nie domagała, tak więc mleka już nie dostała, teraz ważne, żebym ja była konsekwentna. Trzeba zakończyć laktację.
2. Koniec karmienia i świętowanie. Nie, nie stęskniłam się za alkoholem, ale z tej okazji wypiłam prawie całą butelkę porto. Oczywiście dzisiaj kac gigant.. nie pamiętam kiedy miałam kaca. Porzygało mnie, czułam się fatalnie, nie rozumiem, co ludzie widzą w alkoholu. Nic dziś sensownego nie zrobiłam. Trening oczywiście się nie odbył.
3. Dobra, przyznam się. Piłam, bo było mi źle. Znowu spina z mężem. O co? Bo raz nie posprzątałam po kolacji małej... czy tam dwa razy, tylko miałam czelność usiąść i zjeść kolację. A wszystko zostało na głowie mojego męża. Inna historia jest taka, że mój mąż pracuje w tym tygodniu bardzo dużo i wraca bardzo późno do domu. Parę razy wrócił tak, że nawet nie zobaczył małej, więc wszystkim ja się musiałam zajmować. Każde z nas jest zmęczone. Ja przeżywałam jeszcze odstawianie małej od piersi - co dla niego nie miało żadnego znaczenia oczywiście. No się do mnie nie odzywał pół soboty, dopiero znowu musiałam dociekać, co się stało. Męczące to już trochę. Oczywiście chodzi również o sex, a raczej o jego brak. Oddalamy się znów od siebie, ale teraz nawet nie mam ochoty na niego spojrzeć, bo... on nie ma sobie nic do zarzucenia, czyli to ja. Jak zwykle ja. Ja siedzę wieczorami i oglądam seriale, zamiast z nim być, a ja siedzę i oglądam seriale, bo go nie ma, albo siedzi i gra w pasjansa, a ja myślę, że on nie chce być ze mną....
Dość mam wszystkiego. Mała płacze.. nie śpi jeszcze!
Blog o zdrowiu oraz o życiu, troskach i radościach młodej mamy i o jej walce o przywrócenie równowagi po wielkiej rewolucji
niedziela, 16 marca 2014
środa, 5 marca 2014
Naprawiam błędy
Czyli najpierw idę do fryzjera naprawić to co mam na głowie, żeby wyglądało jak włosy, idę do dentysty naprawić zęby po roku karmienia, idę do... psychiatry zbadać się, tzn. porozmawiać. I moja siostra i mój mąż zauważają, że coś jest ze mną nie tak - nie uśmiecham się, nie cieszę, w zasadzie dopada mnie marazm i stagnacja... nie wiem, jak to nazwać, ale ostatnio się tak czułam, gdy nie mogłam parę lat temu znaleźć pracy po zwolnieniu, tak więc... nie jest za ciekawie. Wizytę mam jednak dopiero za 2 tygodnie. Co tydzień w środę będę mieć coś do zrobienia.
Dziś nie uczę się żadnych programów i nie czytam książek. Z dobrych wiadomości to moje 2 wnioski o dotację przeszły weryfikację formalną - to niewiele, ale zawsze coś, przynajmniej nie zostały odrzucone w przedbiegach.
Dostałam cynk! Że być może mój szef będzie chciał mnie z powrotem w pracy. Pewnie się dowiedział, że to nie takie proste zlikwidować stanowisko pracy i się przestraszył konsekwencji. Aj nie wiem, czy to nie moja wina. Mam za długi język - nawet jak komuś ufam to powinnam się nauczyć, że nie można nikomu ufać, bo przecież zawsze może coś chlapnąć. Nie wiem, czy to nie mój przełożony...tzn wiem, że to on, bo sam mi to powiedział, powiedział szefowi, że nie tak łatwo jest zlikwidować jedno stanowisko pracy i szef się zaczął zastanawiać. Przełożony chce dobrze, bo mu zależy na tym, żebym ja pracowała dla niego, ale... no way! Po takim potraktowaniu mnie już nigdy nie wrócę do tej pracy!!!!
piątek, 28 lutego 2014
Nie fiksować się!!!
Dostałam przykaz od mojego psychoterapeuty, że mam się tak nie fiksować na samej sobie! Podobno uwielbiam to robić więc po to są w kółko te diety i to wszystko.
Cóż, podejmę jeszcze raz próbę odzyskania mojej wagi sprzed ciąży do świąt wielkanocnych, ale nie może się to już odbywać kosztem mojej rodziny. Nie mogę przenosić moich frustracji na maleńką i na męża. Tak więc nie będę ich już tym męczyć, po prostu będę żyć zdrowo i ćwiczyć regularnie. Efekty same przyjdą. Zresztą to kwestia naprawienia tylko strat z ostatniego tygodnia i jeszcze parę tygodni będę mieć żeby się poprawić. Na pewno się uda! Tym razem podejdę do tego na spokojnie i skupię się również na innych ważnych rzeczach - rodzinie, pracy itp.
Wszystko będzie dobrze. Mam plan na życie. Piątek wieczór - kąpiel, relaks i tylko tyle.
Czytanie książek zostawiam na inny czas. Inne poważne rzeczy też. Do serialu marsz!
Ostatni dzień upadku!
Uff. Tłusty czwartek za mną! 6 pączków zaliczonych. Aż mi niedobrze na samą myśl o tym. Upadłam, zdecydowanie upadłam! I to na cały tydzień. Na szczęście dziś ostatni dzień mojego upadku - od jutra wracam do super formy i pracuję dalej nad sobą, aby w moim życiu zapanował spokój i harmonia.
Jutro jest kongres kobiet na UJ-cie. Jeden temat mnie interesuje - work-life balance. W zasadzie to jest więcej interesujących zagadnień, ale to wygląda bardzo ciekawie. Nie zarejestrowałam się jednak, bo jutro o tej porze maleństwo ma basen. Poza tym jutro rano wraca mój mąż z delegacji, więc będzie trochę zamieszania!
Na pewno trzeba będzie zrobić zdrowe zakupy, gdyż od jutra wracam na właściwy tor!
Kawa się mi kończy... to może jest znak, że nie powinnam jej teraz pić! Zrobię sobie 2 tygodniowy detoks od kawy i od cukru!!! I za 2 tygodnie się zważę. Potem dalej będę trzymać dietę. Asica mnie trochę zmotywowała, ona pomimo, że wróciło jej 4 kilo z tego co zrzuciła, nie poddaje się i walczy dalej, dopóki nie będzie zadowolona ze swojego wyglądu.
Wczoraj doszłam do tego, że... mam załamanie nerwowe. A co? Nie mogę mieć? Porozmawiam dziś o tym z moim psychologiem, ale nie wiem, czy nie powinnam umówić się również z psychiatrą, żeby zdiagnozował mnie... i.... wypisał mi L4 na miesiące maj-czerwiec-lipiec-sierpień. Jest myśl! Nie wrócę do tej przeklętej pracy! Na pewno nie będę tam pracować.
Matka będzie mieć work-life balance! Ustali co kiedy robi, będzie mieć plan dnia i będzie działać!!!!
A może to wszystko pójdzie w dobrym kierunku? Na razie nie mogę na siebie patrzeć, a jeszcze... zamówiłam pizzę. Konkretnie nie mogę patrzeć na swoje uda! Co za katastrofa i to w 1 tydzień!!!! Ale zmienię to, naprawię i pójdę do przodu!!!!!!!!
A może to wszystko pójdzie w dobrym kierunku? Na razie nie mogę na siebie patrzeć, a jeszcze... zamówiłam pizzę. Konkretnie nie mogę patrzeć na swoje uda! Co za katastrofa i to w 1 tydzień!!!! Ale zmienię to, naprawię i pójdę do przodu!!!!!!!!
czwartek, 27 lutego 2014
Pączkowy dzień
Dalej czuję się fatalnie! Do tego mam ogromne zakwasy po wczorajszym treningu. Pewnie poczułabym się lepiej, gdybym po ćwiczeniach nie rzuciła się na ciastka! Co ja wyprawiam!!!
Nic to. Dziś jeszcze dzień pączkowy. Jutro dzień biegowy - bieganie po mieście i załatwianie różnych spraw, a po południu na szczęście psychoterapia. Zapisałam się też do grupy wsparcia internetowej. Rusza 1 marca, czyli wtedy kiedy ja zamierzam wrócić do moich zdrowych nawyków! To nie prawda, że kończy się moje życie, chociaż czasami tak czuję! Wszystko jeszcze przede mną! I can do it!!!
Nic to. Dziś jeszcze dzień pączkowy. Jutro dzień biegowy - bieganie po mieście i załatwianie różnych spraw, a po południu na szczęście psychoterapia. Zapisałam się też do grupy wsparcia internetowej. Rusza 1 marca, czyli wtedy kiedy ja zamierzam wrócić do moich zdrowych nawyków! To nie prawda, że kończy się moje życie, chociaż czasami tak czuję! Wszystko jeszcze przede mną! I can do it!!!
środa, 26 lutego 2014
Feeling down.... faza upadku
Tak właśnie tak, nie można być cały czas na szczycie... choć bardzo ciężko pracowałam, żeby na niego się wznieść, to wystarczyły 4-5 dni objadania się, żeby znowu poczuć się fatalnie! Jeszcze w ten piątek ważyłam 56,1 kg, czyli super, a teraz boję się wejść na wagę i widzę, że mam pućki po bokach ud, a spodnie zrobiły się za ciasne, a ja... zdołowana. Czuję się źle! Pod tym względem słodycze są szkodliwe. Wpadłam w ciąg i nie jest najlepiej! Dodatkowo dobija mnie stagnacja i brak pracy... i to, że praktycznie nie wychodzę z domu! To muszę zmienić. Zaraz zbieram się na trening. Moje treningi ostatnio nie miały planu i polegały głównie na treningach cardio - step i dance, a nie ma to jednak jak dobra siłownia, jeśli chodzi o efekty!
Zabieram się od poniedziałku za focus T25 - to będzie porządne cardio, ale też trzeba będzie pomyśleć o treningu siłowym! Który mam! Na 6-8 tygodni!!!!Na pewno trzeba będzie włączyć trening siłowy do moich poczynań, bo tylko on przyniesie mi właściwe rezultaty!!! Wracam do planu sprzed ślubu. Na pewno da mi porządnie w kość i pomoże dojść do super wiosennej formy! Prawda jest taka, że treningi i dieta zeszły na dalszy plan i zaniedbałam je w stosunku do tego, co robiłam wcześniej!!!! Zobaczymy jak to wszystko pogodzić czasowo! Dalej mam zaległe książki do przeczytania i kilka rzeczy do zrobienia! Ok, zbieram się na siłownię - dziś TBC i stretching oraz relax - przyda się mi na pewno!!!!
A na razie nie przejmuję się - grunt to nie ubierać za ciasnych spodni i nie denerwować się niczym!!!!
wtorek, 25 lutego 2014
Pourodzinowa posucha
Urodziny Małej się udały znakomicie.
Oczywiście to punkt zwrotny w mojej zdrowotnej karierze - czyli znowu objadanie się słodkim i brak ćwiczeń - niestety tak się to zbiegło w czasie, bo było mniej czasu, a dodatkowo mąż teraz wyjechał na tydzień, więc ćwiczeń będzie mniej. No trudno. Nadrobię to wszystko. Jeszcze trzeba przeżyć tłusty czwartek i zabieram się za pracę nad sobą. Trzeba dokończyć to, czego nie zrobiłam wcześniej, czyli uzyskać wagę sprzed ciąży - ale bez stresu, bez obliczania wszystkiego. Tak po prostu. Zdrowo żyjąc i dbając o siebie!
Zdrowo żyję i tak właśnie z lodówki zniknęło mi półtorej czekolady! Dramat, co ja wyprawiam. Zaczęłam łapać jakieś nastroje depresyjne! Na szczęście zebrałam się i wybrałam się do kuzynki z małą. W końcu wyszłam z domu, bo ostatnio nie wychodzę wcale... bardzo się na mnie to niekorzystnie odbija! Siedzę i jem, nie ćwiczę, załamuję się tym, że nic nie robię.... zadzwoniła do mnie koleżanka z propozycją dorywczej pracy. Zobaczymy, może coś z tego będzie i przyda się mi to... nie jestem stworzona do bycia kurą domową, oj nie ..... Naprawdę muszę się ogarnąć i wyjść z tego marazmu!!!
Zdrowo żyję i tak właśnie z lodówki zniknęło mi półtorej czekolady! Dramat, co ja wyprawiam. Zaczęłam łapać jakieś nastroje depresyjne! Na szczęście zebrałam się i wybrałam się do kuzynki z małą. W końcu wyszłam z domu, bo ostatnio nie wychodzę wcale... bardzo się na mnie to niekorzystnie odbija! Siedzę i jem, nie ćwiczę, załamuję się tym, że nic nie robię.... zadzwoniła do mnie koleżanka z propozycją dorywczej pracy. Zobaczymy, może coś z tego będzie i przyda się mi to... nie jestem stworzona do bycia kurą domową, oj nie ..... Naprawdę muszę się ogarnąć i wyjść z tego marazmu!!!
czwartek, 20 lutego 2014
Życie bez stresu?
Taki właśnie był plan. Spokój, relaks, luz, życie bez stresu. Spotkałam się jednak wczoraj z moją przyjaciółką na kawie, a ona powiedziała mi, że... jestem strasznie zestresowana i że to po mnie widać, że zawsze tak było, że cały czas nerwowo patrzę na komórkę, planuję wszystko i organizuję, że wszystko muszę mieć pod kontrolą, a przecież to jest niemożliwe i niezdrowe! Że stres niczemu nie służy, i tak sytuacja nas dopadnie (pewnie pomijając ten stres motywacyjny).
Moje podejście do siebie też jest niewłaściwe. Mówię sobie, że się mi uda z firmą, bo przecież są ode mnie gorsi, zamiast skoncentrować się na tym, jaka ja jestem i jaka jest moja wartość. No właśnie, nie bardzo widzę swoją wartość. Spotkanie było miłe, ale dało mi dużo do myślenia!
Najgorsze z wczorajszego dnia jest to, że po całej tej rozmowie byłam tak wykończona i zniechęcona, że nawet odepchnęłam mojego męża, któremu brało się na amory... a szkoda, bo była szansa się zbliżyć. Teraz pewnie już nie będzie chciał, czyli ja będę musiała się postarać. Dalej moje libido nie wróciło do normy i dalej jest na poziomie prawie zerowym. Ciekawe, czy to kiedyś minie....
środa, 19 lutego 2014
Życie bez stresu
Tak właśnie teraz postanawiam żyć!
W poniedziałek bym wróciła do pracy, gdyby nie zaistniała sytuacja. Ale nie wróciłam i trzeba wyciągnąć z tego pozytywy. Nie do końca lubiłam swoją pracę i teraz mam szansę zająć się czymś innym. Mój mąż mówi mi tylko: żebym tylko nie zostala managerką domowego ogniska, jak nasza szwagierka, która tak siebie nazywa po tym jak utknęła z 3 dzieci w domu. Ale ona jest do tego stworzona, urodzona domowniczka! Nie to co ja. Ja muszę coś robić oprócz gotowania zupki. Zresztą gotowanie i jedzenie zeszło na dalszy plan. Kompletnie nie mam do tego głowy i nawet nie mam pomysłu co zrobić dziś na obiad!!! Jest mi wszystko jedno.
Robię powoli sobie stronę internetową. Wizytówki, logo, ustalam cennik. Na razie będzie taniutko, ale od czegoś trzeba zacząć. Dobrze, żebym jakiekolwiek pieniądze dokładała do budżetu. Ogólnie mam pół roku na rozkręcenie interesu.... a podobno 2-3 pierwsze lata są przechlapane - tak powiedziała moja nowa pani fryzjerka, prowadząca własny biznes!! Miałam się nie stresować, a jednak to nic nie robienie przyprawia mnie o nerwy. Czekam aż zostanie stworzona moja strona internetowa, a na razie hobbistycznie przeglądam książki, gazety i artykuły i będę kształcić się z programów, a co!
Dobra, nie piszę pracuję.
Jeszcze tylko jedna ważna rzecz: moje maleństwo skończyło wczoraj roczek!!!! Juhu!!!
sobota, 15 lutego 2014
W przedbiegach...
Coraz mniej czasu mam na pisanie, bo coraz to więcej czasu poświęcam innym rzeczom.
Własny biznes! Jeszcze nie zaczęłam nic robić, ale... zaprojektowałam stronę internetową, logo, wizytówki, napisałam wzór umowy z klientem oraz wstępną ankietę dla klienta przed przystąpieniem do prac projektowych. Na razie mam wiele pomysłów, co jeszcze mogłabym zrobić i wiele prac przygotowawczych mnie czeka, zanim za cokolwiek się zabiorę na poważnie. Zanim poszukam pierwszych klientów, zanim zacznę pracować naprawdę. Wnioski o dotację również złożyłam. Na razie 3!
Prawda jest taka, że jest różnie z moim samopoczuciem. Podobno to naturalne - w jednej chwili czuje się euforię i przypływ sił, a w drugiej rezygnację. Takie uczucia mieszają się we mnie cały czas.
Postanowiłam się również nie poddawać jeśli chodzi o pracę. Mam dość traktowania mnie jak śmiecia. Pomiatania mną! Ciągle boli mnie żołądek z tego stresu. To niesprawiedliwe. Nie będę mieć więc sentymentów, pójdę do sądu walczyć o moje prawa.
Moja waga spadła z tego stresu, co było nieco dziwne, bo odżywiam się strasznie. No może nie przez cały czas, ale... kupuję gotowce w jakichś podejrzanych restauracjach (nigdy więcej olimpu), albo gotowe pierogi!!! I nie unikam słodyczy! Od razu to widać na mojej cerze! No właśnie i tak dzień po dniu. Nie przejmuję się jedzeniem ostatnio, nie jest już tak perfekcyjnie. Waga niby pokazała mniej, ale coś teraz w weekend już czuję, że spodnie są lekko ciaśniejsze! Ale to naturalne wahania po większym jedzeniu. Powinnam sobie kupić luźniejsze spodnie i mniej się przejmować. Daleko mi teraz do ideału.
Siwy włos! Znalazłam pierwszy siwy włos u mnie na głowie... a w zasadzie 2! To niezbity dowód na to, że się po prostu starzeję! Nic to, trzeba po prostu o siebie zadbać i więcej czasu sobie poświęcić i tyle i również zaakceptować pewne zmiany.
Obawiam się, że następne 2 tygodnie nie będą idealne, gdyż czeka mnie przyjęcia dla mojego maluszka z okazji 1 urodzin, a potem jeszcze jest tłusty czwartek! Obiecałam sobie jednak, że 1 marca będzie tym dniem, gdy zacznę naprawdę zdrowiej się odżywiać - tak na wiosnę. Będę pić więcej wody mineralnej i takie tam. Obecnie naprawdę nie jest najlepiej!
Moja waga spadła z tego stresu, co było nieco dziwne, bo odżywiam się strasznie. No może nie przez cały czas, ale... kupuję gotowce w jakichś podejrzanych restauracjach (nigdy więcej olimpu), albo gotowe pierogi!!! I nie unikam słodyczy! Od razu to widać na mojej cerze! No właśnie i tak dzień po dniu. Nie przejmuję się jedzeniem ostatnio, nie jest już tak perfekcyjnie. Waga niby pokazała mniej, ale coś teraz w weekend już czuję, że spodnie są lekko ciaśniejsze! Ale to naturalne wahania po większym jedzeniu. Powinnam sobie kupić luźniejsze spodnie i mniej się przejmować. Daleko mi teraz do ideału.
Siwy włos! Znalazłam pierwszy siwy włos u mnie na głowie... a w zasadzie 2! To niezbity dowód na to, że się po prostu starzeję! Nic to, trzeba po prostu o siebie zadbać i więcej czasu sobie poświęcić i tyle i również zaakceptować pewne zmiany.
Obawiam się, że następne 2 tygodnie nie będą idealne, gdyż czeka mnie przyjęcia dla mojego maluszka z okazji 1 urodzin, a potem jeszcze jest tłusty czwartek! Obiecałam sobie jednak, że 1 marca będzie tym dniem, gdy zacznę naprawdę zdrowiej się odżywiać - tak na wiosnę. Będę pić więcej wody mineralnej i takie tam. Obecnie naprawdę nie jest najlepiej!
sobota, 8 lutego 2014
No i gdzie moja równowaga?
Ciężko zachować spokój i równowagę, gdy przyszłość jest niepewna. Na razie się udało. Idę na urlop wypoczynkowy do połowy maja i a ten czas mam zapewniony spokój i pracę. Tak więc no stress!
Niestety ostatnimi dniami poluzowałam sobie strasznie z dietą - w zasadzie to żadnej diety nie trzymam! Nie zapisuję tego co jem, a jednak prowadzenie dziennika było dobre! Przynajmniej miałam świadomość tego, że sobie za bardzo poluzowałam i w jakich to było sytuacjach a tak to znowu pojawiło się niekontrolowane jedzenie. Wszystkie sprawy zdrowotne zeszły na dalszy plan.
Jeszcze mnie czekają urodziny maleństwa, kiedy to na pewno będziemy więcej jeść, ale takie dni się będą pojawiały zawsze. Powiedzmy, że to będą moje cheat meal day'e, tak jak miało być. Od poniedziałku wiec... albo nie, od teraz natychmiast wracam na właściwy tor i zapisuję wszystkie posiłki - albo przynajmniej te, co do których mam jakieś wątpliwości. Nie odchudzam się, ale utrzymuję wagę 56,0 kg! Po odstawieniu małej od piersi będę walczyć dalej... aż się boję wejść teraz na wagę, bo prawda może być brutalna! Trudno, sprawdzę to w poniedziałek!!!
Prawda jest taka, że zakładając własną działalność nie będę mieć już nigdy spokoju i ciepłej posadki... ale też nikt nie będzie mnie już traktował jak śmiecia! Tak więc skupiam się na pozytywach i na prostej drodze do sukcesu... w każdej dziedzinie! Będę nad sobą pracować. Non stop! Całe życie przede mną. Zawsze można coś naprawić i zmienić na lepsze!!!! Do dzieła!
wtorek, 4 lutego 2014
Pracaaaaaaa...aaaa
No trochę mnie tu nie było, bo wydarzyła się apokalipsa! Mój powrót do pracy okazał się niemożliwy, a szef okazał się prawdziwym sk*********. Zachował się bardzo nieelegancko. Nie dość, że nie chciał, żebym wróciła do pracy i zaproponował mi żebyśmy się rozstali (tak właśnie tak, wywalam panią na bruk, ale to będzie dla pani lepsze, zobaczy pani!!!!), to jeszcze chciał pozbawić mnie wszelkich należnych mi praw, typu okres wypowiedzenia oraz zaległy i bieżący urlop. Cały tydzień studiowałam prawo pracy, konsultowałam się z prawnikami oraz podejmowałam życiowe decyzje co zrobić w takiej sytuacji. Ciężka sprawa. Ostatecznie postanowiłam, że odejdę. Dla własnego dobra, dla dobra mojej małej córeczki, która musiałaby patrzeć na zestresowaną i nieszczęśliwą mamę, a i tak ostatecznie nie miałabym przyszłości w tej firmie. Czekam teraz na reakcję szefa, co zrobi i jak zareaguje na mój wniosek o urlop. Na razie spotkał się z prawnikiem i z kadrową, coś ustalili, ale co? Niedługo przyjdzie się mi przekonać. Prawda jest taka, że nie szanuje się kobiet, nie dba o ich los. Zostałam zlekceważona i potraktowana jak ostatni śmieć. Ta sprawa prawdopodobnie będzie mieć finał w sądzie. Na razie nic nie piszę więcej. Strasznie dużo zdrowia mnie to kosztowało. Od ponad tygodnia mam migrenę, ciągle biegam do kibelka, nie miałam szans poćwiczyć, ani zdrowo się odżywiać, zjadałam w biegu byle co, nawet pizzę, bo nie było czasu zrobić sobie nawet obiadu. Ten tydzień też nie jest najlepszy pod tym względem, ale to już trudno, daruję sobie. Myślę, że niedługo wszystko się wyjaśni, chociaż nie raz czeka mnie jeszcze dużo stresów. No trudno. Spisuję ten czas na straty. Na szczęście moja waga pokazała wczoraj 56,0 kg (na nieszczęście zjadłam ciasto u cioci, a dzisiaj trochę czekolady), a i w sobotę udało się mi zaliczyć dwugodzinny maraton fitness. Było co było, będę starała się teraz jeść zdrowiej. Wiosna niedługo i musi być lepiej!!! Zaraz się zbieram na fitness, na 2,5 godziny i mam zupełnie inny nowy plan na życie!!!!!!
niedziela, 26 stycznia 2014
Apokalispsa
Jutro dzień apokalipsy. Muszę iść do pracy porozmawiać z szefem o moim powrocie. Boję się strasznie.... cóż, spodziewam się najgorszego i temu najgorszemu będę musiała zaradzić. Na szczęście jeszcze 3 tygodnie urlopu rodzicielskiego, więc będę mogła ochłonąć zanim przyjdzie mi tam pojawić się po raz kolejny. Co ma być to będzie, nie mam na to wpływu... i tak mam inny plan na życie. Wierzę, że się wszystko poukłada.
Weekend pod względem dietetycznym nie był taki idealny jak ostatnie styczniowe tygodnie. Była i pizza i pierogi z pierogarni (już nie miałam siły gotować), a także słodkie dzisiaj - ciastko jedno plus kawałeczek bloku migdałowego na wizycie u koleżanki. Małych słodyczowych przekąsek, które zdarzają się mi codziennie nie liczę. Mam nadzieję, że waga się jakoś trzyma. Nie będę sobie dokładać stresów i nie będę się ważyć, dopiero w sobotę, a w tygodniu moim jedynym grzeszkiem będzie gorzka czekolada, tak sobie obiecuję. Koniec diet i męczenia się, ale jem zdrowo, na tyle, na ile jest to możliwe. Bez przesady ani w jedną ani w drugą stronę.
Ćwiczenia. Zmęczyłam dziś 37 minut Insanity. Nie ćwiczyło się tak źle, ale zabranie się do tych ćwiczeń zajęło mi aż 3 dni!!! Oj lenistwo, brak energii, zmęczenie materiału, albo za dużo od siebie wymagam, bo przecież to był ciężki tydzień przez katar małej. W każdym razie 3,5 godziny w tygodniu przećwiczone, więc minimum jest.
Projekt sypialni również zrobiony, a więc super. Jeszcze tylko muszę dopracować parę detali i będzie.
Jakoś się wszystko poukłada. Takich kobiet jak ja jest setki, miliony, tysiące. Zacząć życie od nowa, zdarza się, nie raz!
piątek, 24 stycznia 2014
Szczypię, gryzę i drapię, czyli terror Małego Gada
Trochę ostatnio mniej myślałam o moich sprawach wagowych (czyli bzdurnych) oraz żywieniowych. Po prostu jakoś to szło swoim rytmem. Na treningi ostatnio nie mam za dużo czasu, albo nie chcę się mi specjalnie. Brakuje mi jakiegoś porządnego planu. Wciąż męczę to Insanity i nie mogę go skończy - odkąd postanowiłam ćwiczyć je tylko 2-3 razy w tygodniu to idzie to o wiele wolniej i trudniej. Waga około 56,0 czyli idealnie jak na moje obecne warunki, bo w zimie i podczas karmienia nie spadnie, to już ustaliłam i pogodziłam się z tym. Pan P. czyli pan Psycholog twierdzi, że mam problemy z zaakceptowaniem swojej kobiecości. Owszem, mam.
Oprócz tego maleństwo dostało kataru i wdała się sytuacja kryzysowa. Płacz, nieprzespane noce, odciąganie glutków itp. Okazuje się, że nie radzimy sobie najlepiej w takich sytuacjach. Ja we wtorek poszłam na fitness i zostawiłam mojego męża z małą, a jego ta sytuacja przerosła. Oczywiście nie powiedział mi o tym, tylko potem się na mnie obraził. Całą środę się kłóciliśmy - ja czułam się niedoceniona i zaniedbana, on opuszczony. Zaczęłam się zastanawiać, czy on nie czuje się zawsze opuszczony, jako DDA i sam ma z tym problem, bo kiedykolwiek bym nie wyszła z domu jak ewentualnie mógłby mnie potrzebować, to właśnie czuje się pozostawiony i porzucony, a ja jestem egoistką. Nie wiem, może jestem. Ciężko jest mi to rozstrzygnąć. Z kolejnej strony w ogóle już prawie nie wychodzę z domu, tylko siedzę z małą cały czas. Co prawda jest teraz niania, więc mam trochę lżej, ale równocześnie zajmuję się domem i zabrałam się za robienie projektu naszej sypialni, tak więc nie za dużo jest czasu na odpoczynek, o ile w ogóle. I to ciągłe siedzenie w domu! Ja nigdy nie byłam domatorką. Nawet na spacer nie da się wyjść przez ten katar!!! Jesteśmy uziemione i uwięzione w domu! Nie wiem, jak to ocenić. Nic nie jest czarno-białe. Pewnie każde z nas ma trochę racji. Rozumiem teraz mojego męża, wiem, że potrzebował mojej pomocy, a mimo to wyszłam. Wczoraj również i nie posprzątałam nawet zabawek małej, on musiał zrobić to wszystko sam. Z jeszcze kolejnej strony jemu też się zdarzają takie wyjścia, kiedy ja zostaję sama i bez pomocy i muszę sobie radzić.... Nikt nie jest doskonały, a życie nie jest idealne. Dzięki moim rozmowom z panem P. zaczynam to rozumieć, a kłótnia z mężem nie jest dla mnie już końcem świata, tylko kolejną kłótnią i jakoś rozsądnie potrafię sobie to wytłumaczyć.
Mała zaczęła nie panować nad swoimi emocjami. Gryzie mnie, drapie i szczypie. Jestem cała poraniona. Postanowiłam kupić sobie książkę Tracy Hogg, kolejną część poradnika, dzięki któremu udało się nam wiele nauczyć maleńką i przetrwać pierwsze miesiące życia. Teraz pora na kolejne etapy. Tylko muszę się udać do rossmana, albo kupić ją przez Internet!!! "Zaklinaczka dzieci. Jak rozwiązywać problemy wychowawcze." Tak, dokładnie ta książka jest mi teraz potrzebna.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
11 miesięcy malucha
Tak tak, moje maleństwo ma już 11 miesięcy, a to oznacza, że jeszcze tylko 4 tygodnie i wracam do pracy. Za tydzień czeka mnie wizyta w biurze i nieprzyjemna rozmowa z szefem. coraz bardziej zaczynam się stresować. Jedyny plus jest taki, że jest coraz bliżej wiosny, więc chociaż pogoda będzie lepsza.
Dziś rodzeństwo mojego męża wpadło na pomysł, żeby zasponsorować mamie chłopaków wycieczkę do Grecji z okazji 60. urodzin. Fajny pomysł.... w obliczu tego, że ja być może stracę pracę, albo z niej zrezygnuję, bo nie wiem, czy będę w stanie pracować pod taką presją. Krew mnie zalała i znowu chwycił mnie stres. Inna rzecz jest taka, że coraz bardziej się przekonuję do własnej działalności i do pracy na własny rachunek. Oczywiście to będzie trudne. Dziś co prawda mam nianię, ale spóźniła się 15 minut, ja oczywiście muszę przygotować jedzenie dla całej rodziny i zawsze zrobić coś w domu, więc nie jest łatwo pogodzić to wszystko... tzn kupa czasu mi schodzi na drobiazgi domowe i naprawdę niewiele czasu pozostaje, żeby coś zrobić... a przecież muszę dowiedzieć się wszystkiego o działalności gospodarczej , przeglądnąć sobie jak sporządza się umowy, przypomnieć sobie parę rzeczy ze szkoły itp. Powinnam się wziąć w garść i docenić to, że mam chociaż chwilę dla siebie! Za 2 tygodnie niania będzie na pełny etat, ale i tak dalej będę musiała robić dużo w domu. Szkoda, że mój mąż nie bierze się do gotowania, rozpuściłam go i rozpieściłam. Tylko ja gotuję małej i nam. Ech....
Moja waga skoczyła znów do góry. 56,7 kg. Teraz jednak jest mi już wszystko jedno. Nie tego się spodziewałam, miałam nadzieję, że będzie mniej. Owszem, pozwalam sobie na małe co nieco codziennie, ale tak to się bardzo pilnowałam. Trudno. Mam dość przejmowania się tym i za wiele innych spraw na głowie. Na półtorej godziny odlatuję i zajmuję się pracą. Tylko na tyle mogę sobie na razie pozwolić. Niewiele, naprawdę niewiele...
środa, 15 stycznia 2014
I am back
Środa 15 stycznia, połowa miesiąca. Waga przedświąteczna odzyskana! Równo 56,0 kg! Jupi!!! Wystarczyło lekko ograniczyć się z jedzeniem, naprawdę lekko i poszło. Ale jak właśnie policzyłam jeszcze 17 dni stycznia przede mną, kiedy to będę dodawać sobie kalorie i kontrolować to, co jem. W lutym wyrzucę wagę spożywczą - no może nie do końca, bo myślę, że warto odmierzyć płatki śniadaniowe, bo można się na nich nieźle przejechać, natomiast kromki czy inne dodatki można oceniać na oko. Zobaczymy, czy jeszcze coś spadnie, ale uznaję, że jestem zadowolona. Mam jeszcze takie niefajne pufki z boku ud, no ale cóż, tak jak obiecałam mam siebie zaakceptować i pokochać taką, jaka jestem. Tak więc nie przejmuję się tym, ćwiczę dla przyjemności.... co mi przypomina, że mam zaległe insanity na dzisiaj. W poniedziałek zaczęłam ćwiczyć i już przy pierwszych podskokach rozbolała mnie głowa. Cały weekend miałam zresztą migrenę. Pogoda się zmieniła. Nie często zdarza się mi, że przerywam trening. W zeszłym tygodniu było podobnie - też to się zdarzyło - wyszłam z zajęć. Miała być brzuchomania, a było 20 minut rozgrzewki, na której o mało co nie usnęłam. Ale cóż, jem mniej, więc rozsądniej byłoby też mniej ćwiczyć. Czasem ma się gorsze tygodnie, że nie ma się tyle siły. Może dzisiaj uda się mi odrobić Insanity, zwłaszcza, że jutro idę tylko na dance i na bieżnię - spalanie, spalanie... a może powinnam coś poćwiczyć na siłowni? W piątek max recovery... brzmi niegroźnie, ale to najtrudniejszy trening, bo właśnie wymaga siły i zaangażowania mięśni, w sobotę odpoczynek i zobaczymy, w niedzielę powinno się mi udać coś jeszcze poćwiczyć z tego mojego Insanity, chętnie też poszłabym sobie na fitness, bo spodobała się mi ta brzuchomania - miałam poważne zakwasy (to inna brzuchomania, z inną instruktorką), a jednak mój brzuch wymaga jeszcze trochę pracy. Ogólnie jest dobrze, jestem pozytywnie nastawiona, mimo, że za oknem pada deszcz. Maleństwo sobie jeszcze śpi smacznie, mąż kazał budzić i nie pozwalać tyle spać, ale kiedy ma się wyspać jak nie wtedy, gdy jest niemowlakiem. Całe życie będzie potem niedospana! Tak jak ja :P
wtorek, 14 stycznia 2014
Kończy się obsesja zaczyna się praca :)
Pora skoncentrować się na ważniejszych rzeczach niż tylko to mozolne odchudzanie się. Kolega podpowiedział mi pomysł, który mogę wprowadzić, żeby poprawić trochę skład ciała - trzeba zwiększyć białko do 2g na kg masy ciała. Dla mnie jest to proste wyjście - na kolację zamiast chleba musiałabym jeść podwójną porcję białka oraz na obiad zamiast 130g mięsa jeść około 200g i to wystarczy. Jak już skończę podbijać kaloryczność mojej diety to wtedy właśnie wypróbuję ten eksperyment, podobno już po tygodniu powinny być efekty. Niewielka zmiana a jednak. Zobaczymy. Na razie policzyłam sobie ile zjadam i wcale nie jest to 1600-1700 kcal, ale.... wait for it... około 2000 kcal, tzn 2000 nie przekraczam, bo jest 1900 ze sporym hakiem. Może to to dobrze, że nie mam takieog wielkiego deficytu?! Prawda jest jednak taka, że jestem głodna!!! Ciągle czuję głód, mimo, że zrobiłam niewielkie ograniczenie. Idę gotować obiad. Niewiele udało się mi dziś popracować - powiedzmy sobie, że ten tydzień daję sobie jeszcze luz, a od następnego ruszam mocno do roboty z projektem naszej sypialni, a potem zabieram się za zakładanie działalności gospodarczej i otwieranie własnej firmy. Koniec bierności!!! DO DZIEŁA!!!!
piątek, 10 stycznia 2014
Obsesja jednego kilograma
Dzisiaj na mojej sesji terapeutycznej przyznałam się, że ... nie mogę żyć z powodu jednego kilograma, który przybył mi podczas świąt. Męczy mnie to niemiłosiernie, mam ustalony plan diety na cały miesiąc, żeby go zgubić, piszę tego bloga i non stop o tym debatuję. To nie jest normalne!!! Niestety był to już koniec spotkania i o tym będę rozmawiała dopiero na następnym spotkaniu, ale będzie od czego zacząć i będę mogła poświęcić temu tematowi więcej czasu...
Inną sprawą jest, że zważyłam się na wadze na moim fitnessie. Zrobiłam pomiar tkanki tłuszczowej z wydrukiem i wyszło mi, że mam 12,3 kg tłuszczu, a pod koniec listopada, kiedy to naprawdę mało ważyłam i dobrze się czułam (55,7 kg wg mojej domowej wagi) to wtedy miałam 12,5 kg tłuszczu. Mięśni miałam za to o 0,7 kg mniej, tak więc mam 0,5 kilowy przyrost masy ciała, ale to mięśnie a nie tłuszcz, więc może nie jest tak źle. Dalej czuję, że moje ciasne dżinsy są za małe i źle się dziś w nich czułam. Jutro ważenie i się okaże. Niestety zapoczątkowałam tą machinę diety 1600 i już będę musiała to ciągnąć jeszcze mniej więcej do końca stycznia, żeby powoli wyprowadzić się z tej niskokalorycznej dla mnie diety.... Może jeszcze 2 dni, a może jeszcze 5 - i dodajemy kalorie!!!
Mała nie chce spać, z usypianiem jest coraz gorzej :/ Koniec pisania, czas usypiania. Zaraz umrę z głodu - zaczęłam być znów głodna jak ograniczyłam kalorie!
środa, 8 stycznia 2014
Ciężkie rozstania
Mimo, że siedzę jeszcze w domu na urlopie rodzicielskim, to jednak to już nie jest to samo. Wiem, powinnam się cieszyć, mam opiekunkę do pomocy. Teraz w końcu na spokojnie mogę ugotować obiad, zająć się domem, a być może i nawet wykroić trochę czasu na pracę, czy dla samej siebie. Sęk w tym, że już nie jestem z Maleńką sam na sam. Już nie jesteśmy tylko dla siebie. Mam wrażenie, że muszę się nią z kimś dzielić i to jest dla mnie trudne. Bardzo trudne. Niania nie jest zła, ładnie zajmuje się małą i nie uprowadziła jej dzisiaj, gdy wyszłam na chwilę do sklepu. Tak, tak, takie właśnie najgorsze wizje czają się w moim umyśle. Jakoś trzeba będzie je stłamsić i zaufać obcej osobie. Nawet żal mi jest tych wszystkich spacerów, na które nie pójdziemy. Ale cóż, tak musi być. Będziemy razem chodzić na spacery w weekend i spędzać efektywniej czas wieczorem.
Właśnie, wieczorem! Treningi będę robić jak najpóźniej wieczorem, gotowanie też wieczorem, a jakaś dodatkowa praca... też wieczorem, oj noce się skurczą. Dlatego też właśnie trzeba będzie ćwiczyć mniej i mniej. Ważne, żeby w ogóle coś robić i utrzymać jakieś minimum w postaci 3 razy w tygodniu. A może coś wymyślić z gotowaniem? Koło mojej pracy (z której na razie nie jestem wyrzucona) otwarli jakąś knajpę z oryginalnym jedzeniem. Trzeba będzie sprawdzić. Jest też jeszcze jedna super koło domu mojej siostry. Nie do końca mam po drodze, ale może jakoś będę mogła coś pokombinować i tam podjeżdżać po jedzenie. Wszystko da się jakoś rozwiązać. Trzeba tylko pomyśleć... albo mieć pieniądze, z którymi ostatnio krucho....
wtorek, 7 stycznia 2014
Niania i treningów mniej!
Mamy nianię. Na razie spędzamy razem czas, bo ja też jestem w domu i pilnuję ją, co robi z moim dzieckiem. Nie, żebym nie ufała ludziom, ale... nie ufam ludziom! Na razie jakoś dajemy radę. Bardzo mnie nie denerwuje, chociaż nie opuszcza za sobą deski toaletowej oraz nie odniosła za sobą kubeczka po herbacie. Ech, jutro to wszystko będę musiała z nią poruszyć, bo lepiej od razu poustalać co i jak!
Na razie jestem nie ufna, chyba jest ok - nie podpadła mi niczym w stosunku do Maleńkiej, a to najważniejsze. Zobaczymy, jak tam się będą rozwijać nasze stosunki! Mąż kazał mi z nią jutro też iść na spacer.... tak więc obydwoje jej jeszcze nie ufamy. Moje maleństwo...
Acha, co do treningów to Insanity max 3 razy w tygodniu, bo się zajadę. Obcięłam kalorię - nie mogę ćwiczyć na maxa 6 razy w tygodniu, bo to nie wpłynie dobrze na mój metabolizm, zwłaszcza, jak potem będę jadła więcej, a ćwiczyła mniej.
2gi dzień z 1600 kcal wytrwałam bez najmniejszego problemu... do dobra, brakowało mi energii na stepie, a było bardzo fajnie i 500 kcal poszło. Sama przyjemność... a przy Insanity człowiek się tak namęczy i też jest od 450 do 550 kcal na godzinę, no jak to tak!
Walczę dalej o niższą wagę, tak, żeby wytrwać te 30 dni na zdrowej diecie i wg mojego planu... ale prawda jest taka, że idealna nie będę, muszę się z tym pogodzić. Zresztą... nie muszę być idealna, a nawet nie powinnam. Urodziłam dziecko i mam 32 lata. Come on!
Kwestia druga to samoakceptacja - będę pracować nad tym, żeby przestać się zadręczać i wymagać od siebie nie wiadomo ile. Jestem jaka jestem, nie mam nadwagi, jest dobrze. Trzeba szanować swoje ciało... i duszę, bo ma się je tylko raz.
Acha, co do treningów to Insanity max 3 razy w tygodniu, bo się zajadę. Obcięłam kalorię - nie mogę ćwiczyć na maxa 6 razy w tygodniu, bo to nie wpłynie dobrze na mój metabolizm, zwłaszcza, jak potem będę jadła więcej, a ćwiczyła mniej.
2gi dzień z 1600 kcal wytrwałam bez najmniejszego problemu... do dobra, brakowało mi energii na stepie, a było bardzo fajnie i 500 kcal poszło. Sama przyjemność... a przy Insanity człowiek się tak namęczy i też jest od 450 do 550 kcal na godzinę, no jak to tak!
Walczę dalej o niższą wagę, tak, żeby wytrwać te 30 dni na zdrowej diecie i wg mojego planu... ale prawda jest taka, że idealna nie będę, muszę się z tym pogodzić. Zresztą... nie muszę być idealna, a nawet nie powinnam. Urodziłam dziecko i mam 32 lata. Come on!
Kwestia druga to samoakceptacja - będę pracować nad tym, żeby przestać się zadręczać i wymagać od siebie nie wiadomo ile. Jestem jaka jestem, nie mam nadwagi, jest dobrze. Trzeba szanować swoje ciało... i duszę, bo ma się je tylko raz.
Poprawka, kolejna poprawka...
Oczywiście, że znowu muszę coś pozmieniać, bo raczej nie wytrzymam tylu tygodni na diecie, a może jednak powinnam? Ciągle się waham. Teraz wymyśliłam, że będzie po 10 dni:
10 dni diety 1600, a potem dodaję po kolei kalorie i w ten sposób będę przez 30 dni trzymać kontrolowaną dietę i przez ten czas powinnam naprawić świąteczne szaleństwo i dojść do dobrej kondycji i formy... i wagi.
Na razie muszę się przestać ważyć. Wczoraj udało się mi jeść 1600 kcal - mam nadzieję, że nie rozreguluję sobie przemiany materii, ale trzeba spróbować dać sobie ostatnią szansę na powrót do wagi sprzed porodu. Na 1. urodziny maleństwa chcę już wyglądać dobrze!!!!
Idę się zająć domem, od dziś jest u nas niania!
PS. Sobota. Robię kolejną poprawkę - na diecie 1600 kcal będę tylko 7 dni, bo i tak potem będę mieć ujemny bilans kaloryczny i to mi powinno wystarczyć do dojścia do mojej wagi 56,0 kg!!! Czyli jak minie sobota to jeszcze tylko 21 dni ważenia i mierzenia, a potem to wszystko rzucam i się tym nie przejmuję. Zresztą im mniej się przejmuję, im większą czerpię przyjemność z jedzenia, tym lepiej wygląda moja waga! O!!!
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Słowo się rzekło!
Oj tak! Waga 57,2 kg jest zdecydowanie nie tą wagą, którą chciałabym mieć! Tyle właśnie pokazała moja magiczna niebieska maszyna z rana. W takim razie nie ma zmiłuj, tniemy kalorie. 1600 kcal. Na 2 albo 3 tygodnie. Na pewno nie chcę tyle ważyć, już źle się czułam, jak byłam wczoraj na fitnessie i widziałam się w lustrze! Pućki na udach przy pośladkach - to właśnie tak się wszystko zgromadziło. Oczywiście mam plan, że nie będę się już tak tym przejmować - skupię się na innych ważniejszych rzeczach - niania i poukładanie sobie życia na nowo. To będzie dla mnie teraz najważniejsze, a dieta przy okazji. I tak będę jeść to co jadłam tylko odrobinę mniej i oczywiście muszę zrezygnować z wszelkich grzeszków. 2 kilo do zrzucenia to nie tragedia, tak więc do roboty! Po śniadaniu nie zauważyłam znaczącej różnicy w ilości pokarmu, więc powinno być ok!!!
Jeszcze tylko muszę ustalić co kiedy zrobić, bo od jutra naprawdę pora zabrać się za jakąś robotę! Oczywiście, że wymagam od siebie dużo, ale trzeba, trzeba, inne kobiety robią pewnie znacznie więcej! Włączam kalendarz, organizuję wszystko i zabieram się ostro do pracy!
niedziela, 5 stycznia 2014
Nowy plan... znowu!
Miotam się i miotam i nie wiem, co ze sobą zrobić. Dzisiejszy dzień był super. Spędziłam z moją przyjaciółką miły czas w knajpce - w końcu miałam ją tylko dla siebie i mogłyśmy sobie porozmawiać, potem przyjechała do mnie do domu zobaczyć, jak urosła moja córeczka, a potem pojechałyśmy razem na brzuchomanię do Platinium. Bardzo udany dzień. Ania mi powiedziała, jak jej narzekałam, że jeszcze mi zostały 2 kilogramy ciążowe i jeszcze jeden poświąteczny, że przecież mogę to zrzucić, kiedy tylko będę chciała... i ma rację. Może koniec oszukiwania siebie. Trzeba jednak zredukować kalorie, zrezygnować z kalorycznych dodatków i doprowadzić sprawę do końca. Jednak dieta 1600 kcal, przynajmniej przez 2 tygodnie spróbuję i zobaczymy, co pokaże waga. Ostatnia prosta, ostatnie poświęcenie, do tego Insanity, fitness i już na pewno się uda! Potem 2 tygodnie diety 1800, a następnie 2000 kcal. Nie chcę zostać z nadwagą pociążową i poświąteczną. I tak mam jeść zdrowo, więc będę jeść zdrowo, tylko odrobinkę mniej. Na razie odstawiam wszelkie nagrody i słodycze, bo nie ma się za co nagradzać. Zobaczymy, jakie będą rezultaty. Po prostu teraz już bez wymówek robię to co mam zrobić i idę prosto do wytyczonego celu. Od jutra nowe, mniejsze gramatury!!! A jeśli waga nie będzie spadała tak szybko, jakbym chciała to dam radę wytrzymać 3 tygodnie na fazie 1600, 3 na fazie 1800 i od powrotu do pracy będę wchodzić w 2000 kcal. I też trzeba będzie ze 3 tygodnie się zdrowo odżywiać, aż do wizyty u dietetyczki.... a potem dopiero wprowadzać dodatki typu masło orzechowe, majonez itp. Muszę się po prostu raz na zawsze pozbyć tych kilogramów, bo nigdy nie zaznam spokoju! Nikt nie powinien mi w tym przeszkadzać, bo i tak mierzę i ważę produkty i jem zdrowo.... Jeśli by się okazało, że w magiczny sposób moja waga jutro spadnie to zaprzestanę planu, ale jeśli nie, to:
Dieta 1600 kcal, here I come!
Mój teoretycznie wolny dzień
Ponieważ mój mąż pojechał wczoraj na narty, a ja zostałam z małą sama na prawie cały dzień, to ... dziś jest zapowiedziany mój wolny dzień od opieki nad dzieckiem. Co prawda wstałam i zrobiłam mu śniadanie, obiad też już jest przygotowany, i ciągle mam pęd żeby za małą gdzieś biec i się nią zajmować, ale mój mąż się odgraża, że oni sobie sami poradzą, i żebym dała im spokój, bo potem będę mu wypominać, że nie miałam swojego wolnego dnia. Tak więc:
- zjadłam śniadanie przed telewizorem, a nie "wpychając" na zmianę jedną łyżeczkę owsianki do mojej buzi, a jedną do buźki maleństwa,
- wykąpałam się, umyłam i wysuszyłam włosy przy zamkniętych drzwiach łazienki, bez asysty mojego małego niezastąpionego asystenta, któremu nawet na moich oczach udało się wczoraj w łazience zrzucić szklaną półkę i rozbić jej kawałek
- zaraz sobie zrobię make-up i pojadę spotkać się z moją dawno nie widzianą przyjaciółką
- nie będę gotować obiadu, tylko kupię sobie coś na mieście
- jak wrócę to pójdę na drzemkę
- po drzemce poćwiczę sobie
I to wszystko bez wyrzutów sumienia! Wrong! Oczywiście, że będę myśleć o maleństwie i patrzeć na to co robi, będąc w domu, ale chyba mój mąż ambitnie podszedł do tematu i teraz, kiedy zasiadłam do laptopa w salonie przed włączonym telewizorem, to zabrał małą, która tu koniecznie chciała wtargnąć i zamknął mi drzwi do pokoju. Zobaczymy, jak będzie ze spacerem. Ostatnio miał problem, żeby zanieść małą i całą jej graciarnię do wózka, który stoi w piwnicy. Potrzebował mojej asysty. Zobaczymy, jak będzie teraz.
Moja mama wczoraj stwierdziła, że kobiety nie mają szans odnieść takiego sukcesu jak mężczyźni, bo rozmieniają się na drobne - robią tysiąc rzeczy na raz, a facet myśli tylko o jednym. I to jest prawda absolutna. Ja tu się zajmuję dzieckiem, myślę o domu, o naszym małżeństwie, o mojej pracy i o wszystkim na raz i czuję, że wszystko w jakiś sposób jest niedociągnięte i zaniedbane. Do tego oczywiście jeszcze moje fitnessy i diety....
57,0 kg, czyli dalej mamy jeden nadprogramowy kilogram. Miałam być skupiona na celu, ale ciągle jeszcze myślę, że niech już ta waga wróci do 56,0 to to już mi wystarczy i przestanę wydziwiać i cudować!!!! Chyba tak szybko mi to nie zejdzie jak planowałam, choć już jest -0,1 kg mniej niż wczoraj.... oczywiście, że nie miałam się ważyć codziennie.... To tylko taka moja wstawka z codziennego mojego życia i wyimaginowanych problemów.
Oglądam sobie "Idealną nianię". Ech, już pojutrze przyjdzie nasza do domu. Moje obawy? Zapytał mój psycholog. Obca osoba w domu, do której będę musiała się przyzwyczaić, obca osoba zajmująca się moim dzieckiem, czy ja nie przestanę być ważna dla mojego dziecka?
Dobra, relaksuję się, a co! Należy się mi!!! Choć dzisiaj rano stwierdziłam, że chyba cały czas się obijam, bo moje koleżanki wymęczone, wychudzone i niewyspane, a ja nie lecę z wagi, całkiem dużo sypiam, mam tylko notorycznie podbite oczy!
PS> Miałam rację. Wolnego i swobodnego dnia to ja już nie będę mieć nigdy. Małżonek bawi się z małą, zajmuje się nią i idzie z nią na spacer, ale przy tym nie spogląda na mnie i mam im nie pomagać i nie przeszkadzać, bo jak rano chciał bodziaka, to ja mu powiedziałam, że przecież "nie ma mnie w domu". On to oczywiście wziął śmiertelnie poważnie do siebie i teraz nic nie mogę zrobić. Chciałam mieć dzień wolny to mam (no może nie zupełnie taki... bo ja mu wczoraj nic nie smęciłam, jak go nie było), to ja ustaliłam takie zasady, że mnie nie ma (jego słowa), tak więc teraz muszę sobie odpoczywać, żebym potem mu nie wypominała, że nie miałam dnia wolnego... Ech, faceci!!!! Nawet gdy mała raczkowała dać mi buziaka, to porwał ją, żeby ją przebrać i zamknął przede mną drzwi od jej pokoju! Ech faceci i ich ego!!! Prawda jest taka, że nigdy nie będę mogła mieć kompletnie wolnej głowy od opieki nad małą, w końcu jestem jej mamą... ale może w sumie dobrze, niech się nią zajmuje cały dzień, niech zobaczy jaki to nakład pracy, gdy człowiek sam musi sobie poradzić z dzieckiem i z domem. Tak jak już wspominałam, obiad ma ugotowany, tylko przygrzać, więc połowa roboty z głowy.... a ja się zbieram już na miasto. Coś się mi robi słabo, bo to pora mojego drugiego śniadania, ale dzisiaj przestawiamy wszystko...
Ja sama też będę musiała się lepiej zorganizować, żeby nie marnować tyle czasu!
PS> Miałam rację. Wolnego i swobodnego dnia to ja już nie będę mieć nigdy. Małżonek bawi się z małą, zajmuje się nią i idzie z nią na spacer, ale przy tym nie spogląda na mnie i mam im nie pomagać i nie przeszkadzać, bo jak rano chciał bodziaka, to ja mu powiedziałam, że przecież "nie ma mnie w domu". On to oczywiście wziął śmiertelnie poważnie do siebie i teraz nic nie mogę zrobić. Chciałam mieć dzień wolny to mam (no może nie zupełnie taki... bo ja mu wczoraj nic nie smęciłam, jak go nie było), to ja ustaliłam takie zasady, że mnie nie ma (jego słowa), tak więc teraz muszę sobie odpoczywać, żebym potem mu nie wypominała, że nie miałam dnia wolnego... Ech, faceci!!!! Nawet gdy mała raczkowała dać mi buziaka, to porwał ją, żeby ją przebrać i zamknął przede mną drzwi od jej pokoju! Ech faceci i ich ego!!! Prawda jest taka, że nigdy nie będę mogła mieć kompletnie wolnej głowy od opieki nad małą, w końcu jestem jej mamą... ale może w sumie dobrze, niech się nią zajmuje cały dzień, niech zobaczy jaki to nakład pracy, gdy człowiek sam musi sobie poradzić z dzieckiem i z domem. Tak jak już wspominałam, obiad ma ugotowany, tylko przygrzać, więc połowa roboty z głowy.... a ja się zbieram już na miasto. Coś się mi robi słabo, bo to pora mojego drugiego śniadania, ale dzisiaj przestawiamy wszystko...
Ja sama też będę musiała się lepiej zorganizować, żeby nie marnować tyle czasu!
sobota, 4 stycznia 2014
Ostatnie 3 dni, +1 kg, 42 dni Insanity
Weszłam dziś na wagę, żeby sprawdzić straty poświąteczno-sylwestrowe. 57,1 kg. Procenty tłuszczowe też skoczyły do góry, czyli jednak 2 dni zdrowego odżywiania nie wystarczą, żeby naprawić skutki moich świąt i sylwestra i tego, co zjadłam, ale może i tak nie jest źle. Trzeba sobie pomyśleć, że to tylko 1,1 kg, więc całkiem niewiele jak na taką rozpustę co była, bo nie ma co oszukiwać, ale objadałam się trochę - w zasadzie to przez większość świątecznych dni. Nie panikujmy więc. Owszem, moim marzeniem jest ważyć jak najmniej, ale już będę zadowolona jak wróci mi waga przedświąteczna. Spokojnie, bez paniki. Robię cały czas Insanity, jem zdrowo, a od przyszłego tygodnia będę chodzić na fitness 2 razy w tygodniu po 2 godzinki, a może i 3 razy w tygodniu wykroję sobie czas na jakąś aktywność. Zobaczymy. Wracamy też na basen z małą, więc będzie co robić.
Psychoterapia. Wczoraj byłam po świątecznej przerwie na mojej terapii. Tym razem nie opłakiwałam mojego małżeństwa, bo przez okres świąteczny udało się nam spędzić razem trochę czasu, w zasadzie większość i tylko była jednak okazja do awantury, ale udało się rozpiąć tą sytuację i wszystko skończyło się dobrze i przyjacielsko. Jednak zmęczenie, stres, praca, to wszystko nie służy związkowi....
Rozwiązałam też moje dylematy na temat karmienia piersią. Nie będę na razie małej odstawiać, to byłby dla niej podwójny szok - moje zniknięcie i równoczesne odstawienie. To by się na niej niekorzystnie odbiło. Pan psycholog powiedział, że w wieku 1,5 roku dziecko ma ponowną potrzebę zbliżenia się do matki i dlatego bardzo trudno jest je wtedy odstawić. Ja też czytałam, że w wieku 1,5 roku zwiększa się potrzeba ssania. Tak więc wymyśliłam sobie, że rok i 3 miesiące to będzie dobry czas na odstawienie. Czyli jeszcze trochę będę z Małą na cycku, zdążymy się tym nacieszyć i nie doczekamy do tego nieszczęsnego 1,5 rocznego wieku.
Insanity. Wykańcza mnie. Po wczorajszym plyo mam zakwasy wszędzie. Ponieważ chcę chodzić na fitness, tzn chodziłam i będę chodzić, teraz miałam tylko 2 tygodniową przerwę świąteczną jeśli chodzi o wyjścia na siłownię, to by było tego o wiele za dużo. Spokojnie mogę sobie robić Insanity 3 razy w tygodniu, jeśli na fitness wyjdę ze 2 razy. Zresztą jak widzę już to pisałam. Rano nie mogłam dokończyć posta, bo mała stukała mi w klawiaturę.
Moja poranna waga mnie zdemotywowała i to również, że ciągle i znowu muszę się odchudzać, ale przecież nie muszę, nie jest źle. Mam tylko do naprawienia skutki świątecznego obżarstwa, a i tak nie jest źle, bo z tego co wiem, to koleżanki mają nawet więcej do zgubienia. Taki los. Poświąteczny los. Oglądnęłam dziś jednak dokument o gościu, modelu i trenerze fitness, który by wczuć się w rolę klientów zdecydował się przytyć 40 kilo w pół roku i w pół roku je zrzucić. Żeby to zrobić to oczywiście musiał się nawet nie najeść, ale nawpiep**** niezdrowego, śmieciowego żarcia w chorych ilościach.... i czuł się fatalnie! Tak więc... to powinno dać mi do myślenia. Można zrzucić tyle ile się chce, tylko trzeba mieć odpowiednią motywację, a z tym wiadomo czasami u mnie jest słabo, niby ona jest, ale potem gdzieś ginie, motywację, determinację, być nastawionym na cel.... Tak więc nie poddaję się! Ja oczywiście odżywiam się cały czas zdrowo, tylko gubią mnie napady obżarstwa, głównie słodyczowego. Pracuję nad tym, żeby w tym roku tak nie było! Będzie tylko dobrze. Motywuję się na mój cel 55 kg! A co! I can do it!!!!
Zostały ostatnie 3 dni wolnego... wolnego mojego męża i normalności w naszym życiu, w zasadzie gdy zaczynałam to pisać to były 3 dni, a teraz nagle się zrobił tylko 1, bo dzisiaj minęło a w poniedziałek mój mąż musi jechać z teściową na wieś, więc nie za dobrze, bo znowu zostanę sama.
Oprócz tego żyję w ciągłym stresie. Za 2 dni przychodzi do nas niania. Na razie nie zostawiam z nią dziecka samego, ale po 2 tygodniach już będę tak robić, chociażby po to, by pozałatwiać sprawy w pracy. Kolejny stres, rozmowa z szefem, którą nawet nie wiem, jak zacząć. Niby nic nie może się stać, bo będę chroniona, ale cóż i tak może być nie miło... a może tak nie będzie? Może facet nie będzie mieć jaj, żeby wywalić dziewczynę, matkę maleństwa na bruk? Już niedługo się przekonamy.
A propos stresu. Mój mąż przyszedł dziś do mnie z propozycją paktu, że on obiecuje mi mniej się denerwować, pod warunkiem, że ja się będę więcej uśmiechać i mniej stresować! Bardzo się mi ten pomysł podoba, bo on często się na mnie złości zupełnie bez powodu, tzn powód zawsze się znajdzie, ale nie z mojej winy, tylko ze zmęczenia, z braku snu, braku czasu itp. Tak więc kiedy tylko się na mnie zezłości, będę mu przypominać o tym, co sobie obiecaliśmy. Ja mogę się uśmiechać, w porządku!
Moja poranna waga mnie zdemotywowała i to również, że ciągle i znowu muszę się odchudzać, ale przecież nie muszę, nie jest źle. Mam tylko do naprawienia skutki świątecznego obżarstwa, a i tak nie jest źle, bo z tego co wiem, to koleżanki mają nawet więcej do zgubienia. Taki los. Poświąteczny los. Oglądnęłam dziś jednak dokument o gościu, modelu i trenerze fitness, który by wczuć się w rolę klientów zdecydował się przytyć 40 kilo w pół roku i w pół roku je zrzucić. Żeby to zrobić to oczywiście musiał się nawet nie najeść, ale nawpiep**** niezdrowego, śmieciowego żarcia w chorych ilościach.... i czuł się fatalnie! Tak więc... to powinno dać mi do myślenia. Można zrzucić tyle ile się chce, tylko trzeba mieć odpowiednią motywację, a z tym wiadomo czasami u mnie jest słabo, niby ona jest, ale potem gdzieś ginie, motywację, determinację, być nastawionym na cel.... Tak więc nie poddaję się! Ja oczywiście odżywiam się cały czas zdrowo, tylko gubią mnie napady obżarstwa, głównie słodyczowego. Pracuję nad tym, żeby w tym roku tak nie było! Będzie tylko dobrze. Motywuję się na mój cel 55 kg! A co! I can do it!!!!
Zostały ostatnie 3 dni wolnego... wolnego mojego męża i normalności w naszym życiu, w zasadzie gdy zaczynałam to pisać to były 3 dni, a teraz nagle się zrobił tylko 1, bo dzisiaj minęło a w poniedziałek mój mąż musi jechać z teściową na wieś, więc nie za dobrze, bo znowu zostanę sama.
Oprócz tego żyję w ciągłym stresie. Za 2 dni przychodzi do nas niania. Na razie nie zostawiam z nią dziecka samego, ale po 2 tygodniach już będę tak robić, chociażby po to, by pozałatwiać sprawy w pracy. Kolejny stres, rozmowa z szefem, którą nawet nie wiem, jak zacząć. Niby nic nie może się stać, bo będę chroniona, ale cóż i tak może być nie miło... a może tak nie będzie? Może facet nie będzie mieć jaj, żeby wywalić dziewczynę, matkę maleństwa na bruk? Już niedługo się przekonamy.
A propos stresu. Mój mąż przyszedł dziś do mnie z propozycją paktu, że on obiecuje mi mniej się denerwować, pod warunkiem, że ja się będę więcej uśmiechać i mniej stresować! Bardzo się mi ten pomysł podoba, bo on często się na mnie złości zupełnie bez powodu, tzn powód zawsze się znajdzie, ale nie z mojej winy, tylko ze zmęczenia, z braku snu, braku czasu itp. Tak więc kiedy tylko się na mnie zezłości, będę mu przypominać o tym, co sobie obiecaliśmy. Ja mogę się uśmiechać, w porządku!
środa, 1 stycznia 2014
Nowy Rok w lenistwie i w starych zwyczajach
Dziś ogłosiłam sobie dzień luzu i być może przesadziłam.... Na pewno przesadziłam. Nawet mój mąż powiedział mi, że się objadam. W dobrej wierze to powiedział, ale ja i tak zjadłam co miałam zjeść, a potem wieczorem wsunęłam jeszcze czekoladę. Znowu zapomniałam o mojej motywacji i zrobiłam sobie wielki odpust, a potem będę musiała to naprawiać. Za dużo stresów się zgromadziło pod koniec starego roku... powinnam była to zostawić za sobą, ale tak się nie da. Wszystko to będzie ciągnęło się za mną w tym roku, ale tylko ode mnie zależy, co z tym zrobię.
Od juta zamierzam już wrócić na właściwe tory, jeśli chodzi o odżywianie. Robię moje Insanity i dopiero potem wymyślę kolejny plan treningowy. Ważenie w sobotę a potem prosto do celu 55 kg!
Dziś na spacerze z małą rozmyślałam i doszłam do wniosku, że może jedynym wyjściem jest rzeczywiście wyjechać, zacząć wszystko od nowa. Norwegia. Szwagrowie już tam są, byłoby łatwiej. Mała jest na tyle mała, że się przystosuje do życia w nowym miejscu, nauczy się języka, pójdzie do szkoły, da sobie radę. Tu czekają nas tylko problemy i zanieczyszczone, a wręcz zatrute powietrze. Nie chcę, żeby moja córka wychowywała się w takim klimacie... Z drugiej strony rodzina, ale już wiem, że choć nie jest łatwo, to można sobie ułożyć życie z dala od niej.
Myślałam też o tym usypiając moją malutką. Może to znak, że trzeba coś zmienić. Męczę się w moim zawodzie odkąd zaczęłam go wykonywać. Pomyliłam się. Źle wybrałam. Wiedziałam to już na studiach. Chciałam zajmować się od początku budową małych domków, planowaniem ich, wnętrzami, a nie ogromnymi galeriami, centrami handlowymi, naprężeniami i zbrojeniem!!! Może to jedna na milion szans, żeby zawrócić na właściwy tor. Mogę zmienić teraz wszystko, albo pozostać w tym samym miejscu i być całe życie nieszczęśliwa! Owszem, można pracować dla pieniędzy i nie koniecznie lubić to, co się lubi, ale chyba jednym z największych szczęść jest możliwość połączenia swoich pasji i pracy. Może to jest właśnie ten moment, kiedy należy to zrobić. Wystarczy uwierzyć i oczywiście zacząć działać, bo bez działania nic się nie stanie!!!
Moja szwagierka trochę mnie zniechęciła, bo uważa, że nie ma zleceń, zwłaszcza w Krakowie. Ogromna konkurencja, mało klientów, ale przecież niektórzy prosperują i jakoś sobie radzą! Trzeba zacząć działać.
Teraz jeszcze napiszę maila do Pani Dietetyk o tym, ja minęły mi Święta i Nowy Rok, do końca tygodnia jeszcze pocieszę się beztroską wolnością, a od poniedziałku ruszam do dzieła i na podbój świata!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)