Jutro dzień apokalipsy. Muszę iść do pracy porozmawiać z szefem o moim powrocie. Boję się strasznie.... cóż, spodziewam się najgorszego i temu najgorszemu będę musiała zaradzić. Na szczęście jeszcze 3 tygodnie urlopu rodzicielskiego, więc będę mogła ochłonąć zanim przyjdzie mi tam pojawić się po raz kolejny. Co ma być to będzie, nie mam na to wpływu... i tak mam inny plan na życie. Wierzę, że się wszystko poukłada.
Weekend pod względem dietetycznym nie był taki idealny jak ostatnie styczniowe tygodnie. Była i pizza i pierogi z pierogarni (już nie miałam siły gotować), a także słodkie dzisiaj - ciastko jedno plus kawałeczek bloku migdałowego na wizycie u koleżanki. Małych słodyczowych przekąsek, które zdarzają się mi codziennie nie liczę. Mam nadzieję, że waga się jakoś trzyma. Nie będę sobie dokładać stresów i nie będę się ważyć, dopiero w sobotę, a w tygodniu moim jedynym grzeszkiem będzie gorzka czekolada, tak sobie obiecuję. Koniec diet i męczenia się, ale jem zdrowo, na tyle, na ile jest to możliwe. Bez przesady ani w jedną ani w drugą stronę.
Ćwiczenia. Zmęczyłam dziś 37 minut Insanity. Nie ćwiczyło się tak źle, ale zabranie się do tych ćwiczeń zajęło mi aż 3 dni!!! Oj lenistwo, brak energii, zmęczenie materiału, albo za dużo od siebie wymagam, bo przecież to był ciężki tydzień przez katar małej. W każdym razie 3,5 godziny w tygodniu przećwiczone, więc minimum jest.
Projekt sypialni również zrobiony, a więc super. Jeszcze tylko muszę dopracować parę detali i będzie.
Jakoś się wszystko poukłada. Takich kobiet jak ja jest setki, miliony, tysiące. Zacząć życie od nowa, zdarza się, nie raz!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz