wtorek, 29 października 2013

Wariowanie w bałaganie czyli tułaczka

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Czy to zmiana czasu, zmiana pogody, która ma nastąpić jutro, czy też może ostatnia kłótnia z mężem (tak tak znowu się pożarliśmy, nie ważne o co, ważne że o wszystko zostały obwinione moje ćwiczenia i moja dieta) sprawiły, że straciłam chęć do ćwiczeń. Takie zjawisko zdarza się rzadko, ale jednak występuje. Dodatkowo niemożność wyjścia na siłownię i odcięcia się od rutyny dnia codziennego powoduje, że jeszcze mniej się mi chce. Planowałam ćwiczyć u mojej siostry, bo tam wczoraj nocowałam z maleńką (remont ruszył, malowanie zaczęte, musiałyśmy się wyprowadzić, żeby mój aniołek nie wdychał oparów farb). Myślałam, że warunki będą super, bo nawet mają rowerek stacjonarny. Niestety, pobyt tam przypominał koszmar. Tak, tak. Mnie się nazywa bałaganiarzem, ale to co się dzieje u mojej siostry to istne szaleństwo. W każdym razie nie było takiej możliwości, żebym położyła się na podłodze i zrobiła cokolwiek. Zresztą nawet nie było gdzie, bo cała podłoga zawalona była sterta różnych gratów i śmieci. Rowerek zamknięty w osobnym pokoju, który... jest zamknięty i lepiej tam nie wchodzić, bo nie wiadomo co człowieka oblezie. Nie mówiąc już o niekomfortowym moim samopoczuciu w obecności szwagra. Nie wiem, co z nim jest nie tak, ale coś z nim jest nie tak. No nie ważne, w każdym razie myślałam, że cały tydzień zmarnowany. Na szczęście mój mąż, z którym obecnie nie jestem pokłócona zabrał mnie na wieś do moich rodziców. Tu przynajmniej mamy 2 pokoje do swojej dyspozycji. Maleństwo śpi w jednym, ja sobie siedzę w drugim, husband przywiózł mi laptopa i jest gitara. Zmusiłam się nawet (tak, to wymagało zmuszenia się) do poćwiczenia. Zrobiłam killera Ewki - ze względu na brak dostępu do siłowni musiałam się z nią przeprosić. Zmachałam się nawet i nie miałam już siły wykonać mojego 20 minutowego treningu. Jutro zrobię go najpierw, a potem dopiero zabiorę się za Ewkę Turbo Spalanie. O ile pamiętam to to było łatwiejsze. Mój cały program treningowy będę wykonywać w domu, jak rasowa matka polka. Dodatkowo jeszcze zrobię sobie skalpela i cały trening mój też w domu. Wyjdzie 3 godziny i 40 minut, więc raczej dolna półka i bez większego obciążenia. Chyba, żeby jakimś cudem udało się mi wyjść pobiegać jeszcze na wsi na przykład w czwartek rano. Zobaczymy, kiedy będziemy stąd wyjeżdżać. Chociaż 20 minut biegania by się przydało jeszcze i już wyjdzie mi 4 godziny treningu, czyli tak zwane optimum według mojej trenerki. Zobaczymy. Najważniejsze, że nie poddałam się mimo lenistwa i mimo braku możliwości rozplanowałam treningi. Gorzej, że remont może się przeciągnąć w nieskończoność, bo wiele rzeczy, które zamówiliśmy w internecie nie przyszło do nas. Nie ma tapet na przykład, a to wstrzymuje wiele prac, więc bardzo niedobrze. 

Jedzenie. Na tułaczce i wygnaniu ciężko się odżywiać dobrze. Na szczęście zabrałam wagę ze sobą. Teraz ciągle jeszcze zwiększam gramatury posiłków. Chociaż jeśli chodzi o obiady to chyba je zwiększyłam o wiele bardziej. W poniedziałek do burgerów drobiowych dodałam trochę nadprogramowej mozarelli light, ale to mały pikuś. Dziś testowałam super restaurację, gdzie gotują na razowej mące, jajkach od kur z wolnego wybiegu itp. Wszystko zdrowe i smaczne. I rzeczywiście. Zestawy obiadowe w super cenach. Niestety nie było tego, co sobie obczaiłam i wybrałam inny zestaw. Była w nim zupa. Czosnkowo-serowa. Pewnie na śmietanie. Chciałam spróbować tylko łyżkę, ale była tak zajeb****, że się nie oparłam i zjadłam prawie całą. Z grzankami. Na drugie sznycel wieprzowy w sosie myśliwskim, ziemniaki opiekane takie prawdziwe, nie smażone i kapusta kiszona. Oczywiście nie powstrzymałam się i domówiłam jeszcze zestaw surówek, no więc objadłam się jak prosiaczek. Wzięłam sobie na jutro też makaron tagiatelle (mogłam wybrać penne orkiszowe, albo kaszę jaglaną, były mądrzejsze wybory) z kurczakiem, szpinakiem, roszponką w sosie pomidorowym. Mądry wybór, bo był jeszcze sos śmietanowy i jakieś tam inne. To będzie dobry obiad. Całkiem go sporo. Jak dołożę sobie znowu do niego jakieś warzywa to umrę chyba. A kupiłam pyszną brukselkę i można by ją dołożyć, ale może już wystarczy raz się w tygodniu objeść.... Nie jest źle. Spodnie na mnie są luźne, bardzo luźne. Ale zważę się w piątek, na początek miesiąca i zobaczymy. Potem ewentualnie jeszcze kontrolnie w sobotę. Dążę do 55 kilo (tak, wiem, skończyłam się odchudzać, ale jednak skoro w zeszły piątek pokazało się na wadzę 55 kilo, to chcę tyle ważyć). Dziś na spacerze widziałam dziewczynę na rowerze, taka mocniej zbudowaną. Pulchne ramiona, biust.... i sobie pomyślałam, że ja taki suchciel!! Tak, własnie tak. Niektóre rejony mojego ciała zaczynają przypominać suchciela, tak więc nie ma co przesadzać i lepiej zachować zdrowy rozsądek i... trochę ciałka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz