Kolejny tydzień diety i treningów za mną. Dieta trzymana z kilkoma niewinnymi wykroczeniami (chyba, że nie były takie niewinne, to oceni pani dietetyk, bo wysyłam jej cotygodniowy raport z tego, co zjadłam i czym nagrzeszyłam). Rezultaty? Na wadze - brak. Właśnie patrzę do mojego planu i miało być już tak fantastycznie i miałam ważyć 54,5 kg pod koniec tego tygodnia, a tu.... ciągle 56kg, i to nawet 56,1 kg!!!! Skandal. Ciągle cicho liczę na to, że udało się mi zbudować trochę tkanki mięśniowej i tak naprawdę ilość tłuszczu w organizmie mi zmalała i wynosi moje zaplanowane 10kg. Zobaczymy za 9 dni na wizycie kontrolnej, czyli jeszcze tylko nieco ponad tydzień. Hmm, może się uda. Musi się udać. Ćwiczę ładnie aż do wizyty moim planem treningowym. Znalazłam ciekawy plan treningowy w internecie, na mojej ulubionej stronie fitnow, niestety wymaga ćwiczenia 5 razy w tygodnia - 4 razy trening siłowy na przyrządach, czyli wymaga wyjścia na siłownię, oraz 1 raz trening cardio. Popatrzę, może wykorzystam część ćwiczeń z tego treningu, albo na chwilę wrócę do mojego pierwszego planu ogólnorozwojowego z trenerką. Skonsultuję to z nią. Ciągle mam do niej napisać, ale jakoś mi to wypada z głowy, albo liczę jeszcze, że sama sobie poradzę.
Centymetry - sprawdzam tylko biodra i udo. 91 cm (a więc jest ok) i 47 cm... a nawet czasami było 46,5 cm, więc bardzo dobrze, nie mam co narzekać. Jak już stwierdziłam, modelką się nie stanę i nie będę mieć 190 cm i długich szczupłych nóg aż do ziemi, ale za to będę mieć sportowe umięśnione i ładnie wyrzeźbione ciało... i moją wielką pupę ;-) Koniecznie się muszę za nią zabrać, jak już wymęczę do końca książkę Ewki.
Po tym tygodniu usiądę i ułożę nowy plan treningowy, najpierw pisząc do trenerki o poradę co i jak.
Dziś dzień odpoczynku. Nie ćwiczę. Zrobiłam moją normę na ten tydzień - 6 godzin zaliczonych, trzeba odpocząć. Czas na wycieczkę.
PS> Cheat meal był spory bo była i zupa i drugie z frytkami i tiramisu na deser! Czyli koniec mojego życia bez słodyczy, ale dałam radę równe 4 tygodnie! Jest sukces. Ciekawe, że niewiele to dało. A może jednak?
Teraz ostatni tydzień diety przede mną. Walczę mocno!!! Tylko 7 dni i już.
PS> Cheat meal był spory bo była i zupa i drugie z frytkami i tiramisu na deser! Czyli koniec mojego życia bez słodyczy, ale dałam radę równe 4 tygodnie! Jest sukces. Ciekawe, że niewiele to dało. A może jednak?
Teraz ostatni tydzień diety przede mną. Walczę mocno!!! Tylko 7 dni i już.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz