sobota, 12 października 2013

Podsumowanie tygodnia.....analogie rodzinne, latte, kino i dużo dobrego


Mia familia i obżarstwo warunkowane.

Kończy się kolejny tydzień. Wczoraj byłam na sesji u mojego psychoterapeuty. Rozmawialiśmy między innymi o mojej mamie, o jej problemach ze zdrowiem, czyli o cukrzycy II typu. Moja mama nie dba o siebie, nie trzyma diety, doskonale wie, co powinna robić, żeby jej stan zdrowia poprawiał się, albo przynajmniej nie pogarszał, a ona robi wszystko zupełnie na opak!!! Temat wyniknął po tym, jak poleciłam moją dietetyczkę mojej mamie. Mama stwierdziła, że ona przecież ma dietę cukrzycową i wie, co powinna, a czego nie powinna. A, bo musiałaby jeść regularnie, a bo musiałaby jeść dużo warzyw.... no i w czym tu problem? Pewnie w tym, że musiałaby odstawić słodycze, których rzekomo nie je, bo kupuje je tylko dla gości, albo dla taty. Tak, jasne. Niestety znam ją za dobrze, sama siebie oszukuje.... Hmm, hmm, mój terapeuta kazał się mi nad tym zastanowić, konkretnie nad analogią pomiędzy moim a jej postępowaniem. Tak, teraz to widzę. Postępowałam dokładnie tak samo. Objadając się, zapychając ciastkami czy innym jedzeniem do bólu, również sobie szkodziłam. Moja mama również objada się w nerwach, ale nie widzi w tym nic złego, po prostu jest to dla niej wymówka i wytłumaczenie jej zachowania, ma  dużo nerwów, to ma prawo się obżerać, a że na wyglądzie już jej nie zależy, przyzwyczaiła się żyć z nadwagą, ba, nawet chyba z otyłością, więc nie widzi potrzeby zmiany. Chęć podobania się mężczyźnie? Związek z moim ojcem jest.... nie będę o tym tutaj pisać, moja mama zawsze była u niego na piedestale, nieważne jak wyglądała. Mi zależy na zdrowym, wysportowanym ciele, zależy mi, żeby podobać się mojemu mężowi. Zależy mi, żeby w ogóle się podobać, czuć się atrakcyjną. W tym tygodniu byłam na spacerze w butach na obcasach (pal licho, że potem mnie cholernie bolały stopy, bo to nowe buty), czułam się rewelacyjnie, seksownie, zgrabnie. Dawno już tak nie było. Ech, jeszcze muszę się zmotywować i zrobić sobie pazurki, trochę więcej zadbać o siebie i naprawdę będę zadowolona... powinnam zrobić to teraz, a nie siedzieć i pisać bloga! Pomyślę, może zaraz udam się do łazienki, póki mojego męża nie ma, a mała śpi.

Treningos.

Tydzień treningowy zakończony. Dziś ostatni trening siłowy. Zrobiłam też pół godziny bieżni w strefie spalania. W sumie poszło 700 kcal i ponad 24 g tłuszczu. Ładnie. Waga jednak bez zmian, dalej oscyluje w granicach 56 kg (rano było 56,1 kg...grrr), nic to , trudno. Przyzwyczaiłam się do tego, że niewiele się już zmieni. We wtorek wszystko się wyjaśni ile to panna Marianna ma tłuszczyku!!!!

Jedzenios.

Trzymam grzecznie dietę - no prawie grzecznie, bo wczoraj wypiłam lampkę wina - miałam pić tylko pół dwa razy w tygodni, a poszła cała na raz. Trudno. Czasem tak bywa, że jest fajny moment, a wino jest dobre. Tak właśnie było. Kieliszek czerwonego wina ma tylko 66 kcal. Gorzej z dzisiejszym szaleństwem - kawą latte z coffe heaven. Oczywiście musiałam wziąć największą czyli taką, która miała 295 kcal, pyszna latte na normalnym mleku. Ale przyjemność była niesamowita. Byłam z moim mężem w kinie na fajnym filmie. Raz na jakiś czas trzeba sobie zrobić coś przyjemnego, nie co dzień piję taką kawę. A już niedługo przyjemności będzie więcej. Oficjalnie jutro kończę moją dietę. Teoretycznie, bo dopiero we wtorek konsultacja dietetyczna, a dopiero za parę dni dowiem się co będę zmieniać w mojej diecie. Jutro jedziemy na rodzinną wycieczkę i znowu będę jadła poza domem, ale postaram się wybrać mądrze. Nie ma żadnych cheat mealów w tym tygodniu!!! Samo zdrowie i rozsądek już. Czas na serial, a potem domowe SPA.

PS. Do jedzenia. Niedziela spędzona miło za miastem. Obiad też na mieście. Niestety nie udało się namówić rodziny na restaurację, na którą miałam ochotę i poszliśmy gdzie indziej. Zjadłam fileta z kurczaka z grilla z surówkami, a więc ok, do tego zamówiłam kapustę zasmażaną - zaszalałam, i niestety jak zwykle problem, bo w restauracjach - to już trzeci raz się z tym spotykam w ciągu ostatnich 2 tygodni - nie było ziemniaków, same frytki, talarki, duffinki, cokolwiek to jest. Wybrałam ćwiartki ziemniaczane ze skórką, czyli też ziemniaki smażone na głębokim tłuszczu. Nie jem takich rzeczy, nie potrzebuję, powodują u mnie wyrzuty sumienia. Na szczęście tłuszcz, na którym były smażone był w porządku i cała reszta obiadu też. Może więc nie mam co się tak przejmować, w końcu i tak kończę dietę. Teoretycznie to już koniec... ale jeszcze muszę poczekać do uzyskania maila z informacjami od Pani Dietetyk! Najważniejsze, że wytrwałam kolejny tydzień bez słodyczy!!! Kolejny sukces :-) Pora zacząć jeść trochę więcej różnych rzeczy, będzie super :) Muszę tylko utrzymać moją wagę, ale w tym już głowa Pani Kariny :-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz