czwartek, 31 października 2013

Zakwasy

Są!  Boczki i pośladki.  To nierealne. Niemożliwe.  Ja nie mam zakwasów. To dobrze.  Znaczy to że moje domowe pląsy jednak coś dały. To dobrze, bo nieprędko chyba udam się na siłownię. Dziś odpoczywam. Byłam tylko na 1,5 godzinnym spacerze w lesie po górkach i pagórkach.
Wróciłam już do domu.  Mój mąż mi powiedział że się nie cieszy. Ale to chyba żart.
Muszę wyluzować trochę z jedzeniem i  ze stresem związanym z moją wagą. Jest ok. Trzeba się skupić na innych ważniejszych sprawach. Jedzenie musi zejść w końcu na dalszy plan. Jest plan luzowania tylko jak wprowadzić taki plan? ! Jutro i tak chcę się zważyć bo jednak jakoś muszę skontrolować czy dieta stabilizacyjna jest dobra i czy nie tyję. Ech....

środa, 30 października 2013

Życie bez kontroli

Ech, dziwnie się tak żyje, bez wagi, bez centymetra, bez lustra nawet. Bez ciągłego kontrolowania sytuacji. Dalej jednak moja waga jest w moich myślach, jedzenie jest w moich myślach. Większą część czasu. Tak to chore, to nienormalne. Niby unormalniam mój stosunek do jedzenia, a jednak myślę o nim cały czas. Moja dieta nie jest głodowa, nie chodzę głodna, a jednak często żyję od posiłku do posiłku. Dziś i wczoraj czułam się wyjątkowo przejedzona. Obiady były niekontrolowane, w sensie nie zmierzone i nie obliczone, tylko na mój własny rozum. Treningi dalej marne, chociaż dziś ćwiczyłam w zasadzie godzinę: turbo spalanie Ewki i mój szybki trening tylko 6 ćwiczeń w 2 seriach. Pańszczyzna odrobiona. Powiedzmy, że są to tygodnie relaksu i na nabranie energii i ochoty do ćwiczeń. Jutro jeszcze dzień na wsi, ale wracam do domu. Spodnie niby są dalej luźne, brzuszek tylko był duży, ale dalej mam potrzebę kontroli. W piątek rano 1 listopada (nowy miesiąc, nowe wyzwania, nowe możliwości) zważę się i zmierzę i zobaczymy, jak źle jest, a może dobrze. W każdym razie, jakby waga szła w złym kierunku to postaram się pilnować, chociaż wątpię żebym na przykład zrezygnowała ze słodyczy w weekend. Zobaczymy jak to będzie. Na razie nie ma co gdybać, trzeba zrobić sobie herbatkę na noc i albo pójść spać, albo zapuścić jakiś film. Dziś nawet nie chciało się mi iść na spacer z małą - co za marazm! Poszwędałyśmy się tylko po ogrodzie. Zresztą w powietrzu wisiał deszcz. Jutro ma być słońce, jutro będzie lepiej.

wtorek, 29 października 2013

Wariowanie w bałaganie czyli tułaczka

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Czy to zmiana czasu, zmiana pogody, która ma nastąpić jutro, czy też może ostatnia kłótnia z mężem (tak tak znowu się pożarliśmy, nie ważne o co, ważne że o wszystko zostały obwinione moje ćwiczenia i moja dieta) sprawiły, że straciłam chęć do ćwiczeń. Takie zjawisko zdarza się rzadko, ale jednak występuje. Dodatkowo niemożność wyjścia na siłownię i odcięcia się od rutyny dnia codziennego powoduje, że jeszcze mniej się mi chce. Planowałam ćwiczyć u mojej siostry, bo tam wczoraj nocowałam z maleńką (remont ruszył, malowanie zaczęte, musiałyśmy się wyprowadzić, żeby mój aniołek nie wdychał oparów farb). Myślałam, że warunki będą super, bo nawet mają rowerek stacjonarny. Niestety, pobyt tam przypominał koszmar. Tak, tak. Mnie się nazywa bałaganiarzem, ale to co się dzieje u mojej siostry to istne szaleństwo. W każdym razie nie było takiej możliwości, żebym położyła się na podłodze i zrobiła cokolwiek. Zresztą nawet nie było gdzie, bo cała podłoga zawalona była sterta różnych gratów i śmieci. Rowerek zamknięty w osobnym pokoju, który... jest zamknięty i lepiej tam nie wchodzić, bo nie wiadomo co człowieka oblezie. Nie mówiąc już o niekomfortowym moim samopoczuciu w obecności szwagra. Nie wiem, co z nim jest nie tak, ale coś z nim jest nie tak. No nie ważne, w każdym razie myślałam, że cały tydzień zmarnowany. Na szczęście mój mąż, z którym obecnie nie jestem pokłócona zabrał mnie na wieś do moich rodziców. Tu przynajmniej mamy 2 pokoje do swojej dyspozycji. Maleństwo śpi w jednym, ja sobie siedzę w drugim, husband przywiózł mi laptopa i jest gitara. Zmusiłam się nawet (tak, to wymagało zmuszenia się) do poćwiczenia. Zrobiłam killera Ewki - ze względu na brak dostępu do siłowni musiałam się z nią przeprosić. Zmachałam się nawet i nie miałam już siły wykonać mojego 20 minutowego treningu. Jutro zrobię go najpierw, a potem dopiero zabiorę się za Ewkę Turbo Spalanie. O ile pamiętam to to było łatwiejsze. Mój cały program treningowy będę wykonywać w domu, jak rasowa matka polka. Dodatkowo jeszcze zrobię sobie skalpela i cały trening mój też w domu. Wyjdzie 3 godziny i 40 minut, więc raczej dolna półka i bez większego obciążenia. Chyba, żeby jakimś cudem udało się mi wyjść pobiegać jeszcze na wsi na przykład w czwartek rano. Zobaczymy, kiedy będziemy stąd wyjeżdżać. Chociaż 20 minut biegania by się przydało jeszcze i już wyjdzie mi 4 godziny treningu, czyli tak zwane optimum według mojej trenerki. Zobaczymy. Najważniejsze, że nie poddałam się mimo lenistwa i mimo braku możliwości rozplanowałam treningi. Gorzej, że remont może się przeciągnąć w nieskończoność, bo wiele rzeczy, które zamówiliśmy w internecie nie przyszło do nas. Nie ma tapet na przykład, a to wstrzymuje wiele prac, więc bardzo niedobrze. 

Jedzenie. Na tułaczce i wygnaniu ciężko się odżywiać dobrze. Na szczęście zabrałam wagę ze sobą. Teraz ciągle jeszcze zwiększam gramatury posiłków. Chociaż jeśli chodzi o obiady to chyba je zwiększyłam o wiele bardziej. W poniedziałek do burgerów drobiowych dodałam trochę nadprogramowej mozarelli light, ale to mały pikuś. Dziś testowałam super restaurację, gdzie gotują na razowej mące, jajkach od kur z wolnego wybiegu itp. Wszystko zdrowe i smaczne. I rzeczywiście. Zestawy obiadowe w super cenach. Niestety nie było tego, co sobie obczaiłam i wybrałam inny zestaw. Była w nim zupa. Czosnkowo-serowa. Pewnie na śmietanie. Chciałam spróbować tylko łyżkę, ale była tak zajeb****, że się nie oparłam i zjadłam prawie całą. Z grzankami. Na drugie sznycel wieprzowy w sosie myśliwskim, ziemniaki opiekane takie prawdziwe, nie smażone i kapusta kiszona. Oczywiście nie powstrzymałam się i domówiłam jeszcze zestaw surówek, no więc objadłam się jak prosiaczek. Wzięłam sobie na jutro też makaron tagiatelle (mogłam wybrać penne orkiszowe, albo kaszę jaglaną, były mądrzejsze wybory) z kurczakiem, szpinakiem, roszponką w sosie pomidorowym. Mądry wybór, bo był jeszcze sos śmietanowy i jakieś tam inne. To będzie dobry obiad. Całkiem go sporo. Jak dołożę sobie znowu do niego jakieś warzywa to umrę chyba. A kupiłam pyszną brukselkę i można by ją dołożyć, ale może już wystarczy raz się w tygodniu objeść.... Nie jest źle. Spodnie na mnie są luźne, bardzo luźne. Ale zważę się w piątek, na początek miesiąca i zobaczymy. Potem ewentualnie jeszcze kontrolnie w sobotę. Dążę do 55 kilo (tak, wiem, skończyłam się odchudzać, ale jednak skoro w zeszły piątek pokazało się na wadzę 55 kilo, to chcę tyle ważyć). Dziś na spacerze widziałam dziewczynę na rowerze, taka mocniej zbudowaną. Pulchne ramiona, biust.... i sobie pomyślałam, że ja taki suchciel!! Tak, własnie tak. Niektóre rejony mojego ciała zaczynają przypominać suchciela, tak więc nie ma co przesadzać i lepiej zachować zdrowy rozsądek i... trochę ciałka. 

niedziela, 27 października 2013

Remont, lato, lenistwo?

Rozpoczęliśmy dziś remont. Jest co robić. Zwłaszcza mój mąż, ma co robić, bo ja to bardziej zaangażowana jestem w opiekę nad maleństwem. W każdym razie nie ma czasu na odpoczynek. Dziś udało się  mi  poćwiczyć 20 minut, a nawet 23, ale naprawdę się mi nie chciało. Na jutro rano zaplanowałam zrobienie killera, ale nie wiem, jak to będzie. Nie wiem, czy to zmiana czasu, czy to to, że w ostatni tydzień października był upał i 23 stopnie w cieniu... w słońcu pewnie z 30! Dziś chociaż zrobiłyśmy prawie 2-godzinny spacer. To zawsze trochę ruchu. W sumie w tym tygodniu wyszło 4 godziny treningu, więc podobno optymalnie. Dla mnie to oczywiście mało, ale cóż, czasem tak bywa.
Jutro przeprowadzam się do mojej siostry na czas malowania. Muszę wszystko popakować, może nawet zabiorę się za to już teraz, bo rano to nie będzie czasu.

Jedzonko ok. Na podwieczorek jadłam słodycze... ok, ale dalej mam wyrzuty sumienia, że za dużo zjadłam. Kupiłam sobie jabłko różane, czyli jabłko z różą w kruchym cieście w Krakowskich Wypiekach. I cóż, jabłka było mało, a ciasta bardzo dużo. Trochę to było za słodkie i nie rozpływało się w ustach. (Trzeba było kupić jednak tego dakłasa, na którego miałam ochotę. Ech. Muszę sprawdzić, czy to to ciastko, które jedliśmy pod Zawoją w Jasmin Resort Spa! Najlepsze ciastko jakie w życiu jadłam.) Do tego zjadłam lody, chyba ze 3 gałki sobie nałożyłam i tu powstaje pytanie, czy to nie za dużo? Nie wiem, całkiem sporo. Ale zmieściło się na małym talerzyku, nie było dokładki, poza tym nie jem żadnych słodyczy w tygodniu i trzymam dietę. Waga trochę spadła nawet. Nie chcę tego teraz zmaścić! Powinnam się może zważyć jutro, chociaż trochę się boję wzrostu wagi. Nie chcę się stresować. Centymetrowo dzisiaj było też chyba lepiej, bo w biodrach 90cm!!!! Czyli fantastycznie. Ale jeść też trzeba i korzystać z życia również. Nie chcę mieć poczucia, że sobie coś odmawiam, a równocześnie nie chcę powtórzyć błędów z przeszłości i nie zmarnować mojej ciężkiej pracy.

Jutro zaczyna się szalony tydzień. Zobaczymy jak się mi uda go przeżyć. Jak sobie z wszystkim poradzę i czy uda się wcisnąć gdzieś jakieś treningi. Dla chcącego nic trudnego!

sobota, 26 października 2013

Podsumowanie tygodnia

Sobota wieczór. Co prawda jeszcze niedziela przede mną, ale może już mogę co nieco podsumować. O jedzeniu już pisałam, dużo jadłam na mieście, mało miałam na to czasu i efekt była taki, że może trochę nie dojadłam, albo to zabieganie sprawiło, że waga w piątek rano pokazała.... 55,1kg!!!! Czyli rewelacyjnie. Spadła!

W sobotę był mój cheat meal day więc zjadłam sobie pizzę na obiad, ale nie oddałam się obżarstwu, bo to były tylko 3 kawałki. Na szczęście więcej nie było, bo była u nas na pizzy teściowa. Ja łakomczuch oczywiście dałabym radę zjeść nawet wszystkie 8, ale na szczęście nie było takiej możliwości. Trzeba się uczyć jeść mniej, jak się je coś kalorycznego. Potem na podwieczorek, jako że weekend pozwoliłam sobie jeszcze na 20g gorzkiej czekolady. A co! Czasem trzeba sobie zrobić jakąś drobną przyjemność. Jutro planuję lody na podwieczorek do moich pieczonych jabłek. Od poniedziałku cały zdrowy tydzień i trzymanie diety. Powoli przejdę na docelową kaloryczność mojej diety stabilizującej, bo co 2 dni powiększam sobie jeden posiłek.

Treningi. We wtorek super. W czwartek cross nie udany, ale trening nadrobiony HIITEM. Dziś masakra ile pracy. Rano szybki bieg do ośrodka zdrowia zrobić sobie badania (o tym potem), po mięso, po chleb, potem do domu. Sprzątanie mieszkania (teściowa zabrała maleństwo na spacer, więc miałam szansę coś zrobić), potem jedzenie pizzy - to akurat odpoczynkowy akcent w tym dniu, potem wymyśliłam, że odrobimy basen za poniedziałek z Małą, więc chociaż 45 minut ruchu dla mnie, potem do domu, zabawa z Małą, potem siedzenie przed komputerem i projektowanie (cholera, tak ciężko się mi za to zabrać, a przecież tak to uwielbiam!! Wniosek - jak człowiek jest wymęczony to na nic nie ma ochoty). I trening tylko 15 minut (nigdy czegoś takiego nie uznawałam za trening, ale cóż, na nic innego nie miałabym dziś siły). Jutro moje minimum to 20 minut treningu w domu i nie wiem, czy na cokolwiek więcej będzie mnie stać, bo zaczynamy remont. Jutro sprzątanie, przenoszenie i przygotowywanie! Tak więc tydzień nie będzie jakoś bardzo super treningowy. Następny pewnie też nie. Ani razu chyba nie uda się mi wyjść na siłownię. Chyba na 3 dni przeprowadzę się do mojej siostry, jak będzie malowanie. Właśnie sobie uświadomiłam, że ona ma rowerek stacjonarny. Nie wiem jaki, ale może można by mój trening wykonać. Trzeba będzie też przeprosić się z Panią Ewą i zapodać killera i turbo spalanie i jakoś ten tydzień uratuję. Tak sobie to obiecuję. A od następnego tygodnia zmiana planu treningowego i trening siłowy. Remont będzie dalej trwał, więc może być ciężko. Najwyżej przesunę to w czasie o kolejny tydzień, albo 2, czyli jeszcze przez następne 2 tygodnie będę robić po prostu co się da i kiedy się da. I tyle. Też będzie dobrze. Jutro sobie to przemyślę i ustalę co i kiedy z moim mężem (jemu nie powiem, że będę chciała ćwiczyć i skupiać się na sobie podczas remontu, bo chłopak ma z tym poważny problem!!!!)

czwartek, 24 października 2013

Istne szaleństwo remontowe i jedzenie na mieście...oraz co z tą miłością?!

Dziś byłam na szybkim ponad 3 godzinnym szkoleniu w Ikea. Potem robiłam zakupy do mojego remontu. Ciężko było, bo co chwila musiałam dzwonić do męża, żeby z nim coś ustalać a komórka mi padała, jemu się zawieszała, poza tym nie mogłam podjąć żadnej decyzji. Cóż, wszędzie chcieli wyciągnąć od nas jak najwięcej pieniędzy. Myślałam, że uda się mi wrócić  do domu przed obiadem (że jeszcze nawet zdążę ugotować makaron), ale nie udało się, byłam tuż przed 16. Musiałam zjeść obiad na mieście, w Ikea. Mam nadzieję, że nie wybrałam jakoś tragicznie - fileta z łososia z puree ziemniaczanym i zestaw surówek. Oczywiście, że lepiej gotować w domu, przynajmniej się wie, co w tym siedzi i można sobie wszystko policzyć, ale czasem nie ma wyjścia. Gdybym tego nie zjadła, to umarłabym z głodu omijając jeden z moich 2 głównych posiłków. Ten dzień to było szaleństwo, łącznie z tym, że rozpoczął się tak, że moja mama spóźniła się przyjeżdżając do mnie, żeby zająć się maluszkiem i już na wstępie byłam spóźniona od samego rana i cała w nerwach! Nie lubię takich dni i takich sytuacji. Pytanie tylko - czy ja muszę się tak denerwować? W każdym razie dzisiejszy dzień był taką próbką, jak to będzie jak wrócę do pracy! Może jakoś lepiej się zorganizuję i nie będzie tak źle. Tematu separacji od mojej córki nie poruszam, bo to zupełnie inna sprawa.

Wczoraj było podobnie. Zaplanowałam sobie, że pójdę z maleńką na długi spacer i przetestujemy naleśnikarnię. Spodziewałam się super gryczanego naleśnika z dużą ilością warzyw i że to będzie moja porcja obiadowa, ale się bardzo rozczarowałam. Pan Naleśnik przy Dolnych Młynów w Krakowie zaoferował za ogromne pieniądze ogromne rozczarowanie. Musiałam potraktować naleśnika jako podwieczorek i pójść jeszcze na burgera do burger taty, żeby uzupełnić białko i węglowodany. Warzywa trochę uzupełniłam, ale wyszłam na minusie. No trudno. 

W poniedziałek jadłam obiad z moją siostrą w Dyni na Krupniczej. Tu nie było mowy o rozczarowaniu, bo to moja ulubiona restauracja i nigdy nie zdarzyło się, żebym była z czegokolwiek niezadowolona. Klimat też jest zawsze super! Kocham to miejsce.

Hmm, ciekawe tylko jak to całe stołowanie się na mieście wpłynie ma moją figurę! Strach się bać, a jeszcze do tego na weekend zaplanowany cheat meal! I to pizza z naszej blokowej pizzerii. Testujemy!!!

Dzisiejszy trening o mały włos nie okazał się porażką. Poszłam na cross fit. Było jakieś zastępstwo, wielki bałagan i harmider i chyba z 20 pierwszych minut zajęć zostało zmarnowanych na spóźnienie trenera i głupie gadanie. Uciekłam stamtąd i zrobiłam spalanie na bieżni. Chociaż 30 minut walkingu pod górę. Do tego zajęcia HIIT u mojej Agi i udało się zrobić 750 kcal (bywało lepiej, ale trening i tak uznaję za udany).

A co z tą miłością? Nie wiem, jest oschłość. Nie wiem, czy się mi wydaje, ale mój mąż niewiele ze mną rozmawia. Dalej jest ZMĘCZONY! Nie dotyka mnie, nie patrzy na mnie za wiele. Ot co, może to po prostu proza życia, a może nie powinno tak być. Zrobiło się mi przykro, bo zobaczyłam zdjęcie zakochanych moich znajomych na fejsbuku, są ze sobą sto lat, w grudniu zeszłego roku urodził się im synek i naprawdę wyglądają na szczęśliwych. A ja? Czy ja nie mogłabym być szczęśliwa i kochana?

Moja przyjaciółka olała mnie wczoraj. Miałyśmy się spotkać na kawę, ale co? Odwołała w ostatniej chwili i to już po tym jak umówiłam się z moim mężem, ze odbierze małą ze spaceru, a ja będę mieć chwilę dla siebie.

Na domiar złego pękła mi wczoraj opona w wózku i cały spacer był bardzo ciężki. A dziś od tego biegania to się chyba odwodniłam. Idę wypić wiadro wody, albo chociaż zdrowej herbaty yerby, bo czuję się jak smok wawelski. Jutro psychoterapia. O czym? O moich nerwach, o braku przyjaciół i o poczuciu bycia niekochaną....

wtorek, 22 października 2013

Kaloryczność diety stabilizacyjnej

Pokusiłam się i podliczyłam. Razem z mlekiem, które dodaję do kawy wychodzi równo 2000 kcal. Nie liczę takich grzeszków jak syrop z agawy do śniadania i inne drobnostki, ale postaram się, żeby były one niewielkie i żeby było ich naprawdę mało. W ten sposób powinna waga jeszcze trochę zejść. Dziś było 55,6 kg, a więc jednak to prawda, moja waga drgnęła i poszła w dół... poniżej 56 kg. Czekam na kolejnego maila od Kariny, żeby wszystko było już dla mnie jasne. Na razie dziś zjadłam większe śniadanie. Zgrzeszyłam trochę powidłami ze śliwek, bo potraktowałam je jako owoce, a to jednak owoce nie są, tylko trzeba ich mniej używać i traktować jako dodatek. Nic to. Walczę dalej. Myślę, że nauczę się zdrowo odżywiać, przejdę tą dietę stabilizacyjną i już niedługo nie będę musiała wszystkiego odmierzać i odważać. Na pewno nie będę tego robić jak wrócę do pracy... chociaż zobaczymy, jak będzie mi szło. Dziś ładny słoneczny dzień. Trzeba będzie zaliczyć spacerek zakupowy, niestety tylko przy domu, bo na dalsze wyprawy się nie wybieram. Obowiązki domowe!

PS. I wszystko jasne. Moja dieta będzie mieć 2000 kcal, tak jak pisałam. Gramatury mam poprawione. To początek stabilizacji, bo potem te gramatury będą jeszcze zmieniane. Na razie wygląda to tak:

Nazwa produktu
Waga [g]
kcal
B [g]
W [g]
T [g]
Usuń z
kalkulatora
Początek formularza
Dół formularza
161,70
9,90
15,51
6,60
Początek formularza
Dół formularza
302,40
9,52
50,40
5,76
Początek formularza
Dół formularza
41,55
0,35
10,68
0,08
Początek formularza
Dół formularza
154,00
4,95
29,70
2,20
Początek formularza
Dół formularza
55,60
5,00
0,24
3,88
Początek formularza
Dół formularza
26,25
1,58
6,30
0,35
Początek formularza
Dół formularza
258,40
9,60
51,20
1,60
Początek formularza
Dół formularza
128,70
27,95
0,00
1,69
Początek formularza
Dół formularza
94,50
3,50
17,85
0,70
Początek formularza
Dół formularza
164,80
0,00
0,00
18,32
Początek formularza
Dół formularza
153,00
1,85
34,41
0,56
Początek formularza
Dół formularza
112,00
7,80
11,40
4,00
Początek formularza
Dół formularza
182,00
5,85
35,10
2,60
Początek formularza
Dół formularza
46,50
9,35
0,50
0,70
Początek formularza
Dół formularza
56,00
3,05
7,11
0,77
Początek formularza
Dół formularza
73,50
4,50
7,05
3,00
Suma
2085,00
2010,90
104,74
277,44
52,81