Dziś byłam na szybkim ponad 3 godzinnym szkoleniu w Ikea. Potem robiłam zakupy do mojego remontu. Ciężko było, bo co chwila musiałam dzwonić do męża, żeby z nim coś ustalać a komórka mi padała, jemu się zawieszała, poza tym nie mogłam podjąć żadnej decyzji. Cóż, wszędzie chcieli wyciągnąć od nas jak najwięcej pieniędzy. Myślałam, że uda się mi wrócić do domu przed obiadem (że jeszcze nawet zdążę ugotować makaron), ale nie udało się, byłam tuż przed 16. Musiałam zjeść obiad na mieście, w Ikea. Mam nadzieję, że nie wybrałam jakoś tragicznie - fileta z łososia z puree ziemniaczanym i zestaw surówek. Oczywiście, że lepiej gotować w domu, przynajmniej się wie, co w tym siedzi i można sobie wszystko policzyć, ale czasem nie ma wyjścia. Gdybym tego nie zjadła, to umarłabym z głodu omijając jeden z moich 2 głównych posiłków. Ten dzień to było szaleństwo, łącznie z tym, że rozpoczął się tak, że moja mama spóźniła się przyjeżdżając do mnie, żeby zająć się maluszkiem i już na wstępie byłam spóźniona od samego rana i cała w nerwach! Nie lubię takich dni i takich sytuacji. Pytanie tylko - czy ja muszę się tak denerwować? W każdym razie dzisiejszy dzień był taką próbką, jak to będzie jak wrócę do pracy! Może jakoś lepiej się zorganizuję i nie będzie tak źle. Tematu separacji od mojej córki nie poruszam, bo to zupełnie inna sprawa.
Wczoraj było podobnie. Zaplanowałam sobie, że pójdę z maleńką na długi spacer i przetestujemy naleśnikarnię. Spodziewałam się super gryczanego naleśnika z dużą ilością warzyw i że to będzie moja porcja obiadowa, ale się bardzo rozczarowałam. Pan Naleśnik przy Dolnych Młynów w Krakowie zaoferował za ogromne pieniądze ogromne rozczarowanie. Musiałam potraktować naleśnika jako podwieczorek i pójść jeszcze na burgera do burger taty, żeby uzupełnić białko i węglowodany. Warzywa trochę uzupełniłam, ale wyszłam na minusie. No trudno.
W poniedziałek jadłam obiad z moją siostrą w Dyni na Krupniczej. Tu nie było mowy o rozczarowaniu, bo to moja ulubiona restauracja i nigdy nie zdarzyło się, żebym była z czegokolwiek niezadowolona. Klimat też jest zawsze super! Kocham to miejsce.
Hmm, ciekawe tylko jak to całe stołowanie się na mieście wpłynie ma moją figurę! Strach się bać, a jeszcze do tego na weekend zaplanowany cheat meal! I to pizza z naszej blokowej pizzerii. Testujemy!!!
Dzisiejszy trening o mały włos nie okazał się porażką. Poszłam na cross fit. Było jakieś zastępstwo, wielki bałagan i harmider i chyba z 20 pierwszych minut zajęć zostało zmarnowanych na spóźnienie trenera i głupie gadanie. Uciekłam stamtąd i zrobiłam spalanie na bieżni. Chociaż 30 minut walkingu pod górę. Do tego zajęcia HIIT u mojej Agi i udało się zrobić 750 kcal (bywało lepiej, ale trening i tak uznaję za udany).
A co z tą miłością? Nie wiem, jest oschłość. Nie wiem, czy się mi wydaje, ale mój mąż niewiele ze mną rozmawia. Dalej jest ZMĘCZONY! Nie dotyka mnie, nie patrzy na mnie za wiele. Ot co, może to po prostu proza życia, a może nie powinno tak być. Zrobiło się mi przykro, bo zobaczyłam zdjęcie zakochanych moich znajomych na fejsbuku, są ze sobą sto lat, w grudniu zeszłego roku urodził się im synek i naprawdę wyglądają na szczęśliwych. A ja? Czy ja nie mogłabym być szczęśliwa i kochana?
Moja przyjaciółka olała mnie wczoraj. Miałyśmy się spotkać na kawę, ale co? Odwołała w ostatniej chwili i to już po tym jak umówiłam się z moim mężem, ze odbierze małą ze spaceru, a ja będę mieć chwilę dla siebie.
Na domiar złego pękła mi wczoraj opona w wózku i cały spacer był bardzo ciężki. A dziś od tego biegania to się chyba odwodniłam. Idę wypić wiadro wody, albo chociaż zdrowej herbaty yerby, bo czuję się jak smok wawelski. Jutro psychoterapia. O czym? O moich nerwach, o braku przyjaciół i o poczuciu bycia niekochaną....