niedziela, 22 września 2013

Wielka burza w szklance wody....

No i stało się. Skończyło się wielką awanturą. Cały dzień wisiało to w powietrzu. Mój mąż chodził cały dzień obrażony tylko... tylko właśnie cały czas nie mogłam zgadnąć o co mu chodzi. Tak tak, to taka zabawa w zgadywankę. Jak z małym dzieckiem. Zamiast mi powiedzieć co mu leży na wątrobie to cały dzień jest niemiłym mrukiem, burczącym na mnie, a jak się zapytam o co chodzi to wybucha. Okazało się, że nie pomagam mu w niczym! On cały dzień pracuje, wraca z pracy to zajmuje się Małą czyli od godziny 6 do 20 ma zapierdziel, a ja się obijam! Ja mam czas na zrobienie sobie jednego śniadania, drugiego śniadania. Mam czas na jedzenie. Mam czas na prysznic. Jak on wraca do domu to ja o niczym już nie muszę myśleć, bo mam wolne!!! A to ciekawe!!! W ogóle mam jak w raju. Ręce mam tak poniszczone od siedzenia w kuchni, że są całe popękane do krwi, ale nie... nie wolno mi o tym wspomnieć, bo ja tylko narzekam! Pranie leży nie ściągnięte, szklanki nie pozbierane, butelki porozrzucane i on tym wszystkim musi się zajmować. Ciekawe, że to ja codziennie wyparzam, układami pilnuję, żeby wszystko było przygotowane i gotowe. Ciekawe, że to ja gotuję Małej, martwię się ile ma zjeść, co ma zjeść i o jakiej porze. To też go denerwuje, że wszystko musi być podporządkowane pod jedzenie. Bo najpierw Mała a potem ja musimy zjeść o takiej a nie o innej porze i on się musi w to wpisać! Bardzo mnie interesuje jak on by wprowadzał zdrowe nawyki żywieniowe. Bardzo mnie interesuje jak nauczyłby dziecko odżywiać się zdrowo, skoro on je byle co i byle jak i zawsze przed telewizorem albo przed komputerem. Jak podam obiad do stołu to jest wielkie narzekanie. Oczywiście musiał się za mnie odegrać za cały dzień, kiedy to nie kiwnęłam palcem. Ja po prostu nie pomyślałam, że on jest aż tak zmęczony i że nie ma na nic siły. Jakoś tak wydawało się mi naturalne, że skoro ja od rana do wieczora zajmuję się dzieckiem, to w weekend chciałabym trochę odpocząć od tej rutyny. No ale nie dla wszystkich jest to oczywiste. W ogóle mamy jakąś zaburzoną rzeczywistość, bo jemu się wydaje że wraca do domu o 16, potem przed 3 godziny sprząta mieszkanie, jeszcze zajmuje się dzieckiem i dopiero o 20 jak mała pójdzie spać to ma jakiś czas. Wydaje się mu, że ja o 16 mam luz blues i wolność i leżę sobie z gazetką do góry nogami!!! Pay back time. Okazało się, że skoro ja mu nie pomagam, to cytat "on ma w dupie moje potrzeby" i nie zrobi mi herbatę, nie podzieli się winem, tylko wyżłopie całą butelkę. I w ogóle nie interesuje go żadne przytulanie czy żadne rozmowy. On ma weekend i chce mieć święty spokój. Ciekawe, że mój psychoterapeuta stwierdził, że być może czuję się samotna w moim małżeństwie. Bardzo ciekawe. Hmm, nie ma co się załamywać. Z rozmów z Panią Marią pamiętam, że nie wszystko muszę brać tak bardzo do siebie, bo przecież on też ma swoje ograniczenia, zachowuje się tak jak się zachowuje, a nie koniecznie jest to moja wina. Rozumiem zmęczenie, ale ja nie rzucam takich przykrych słów do niego, że mam w dupie jego potrzeby, że jestem rozczarowana jego zachowaniem. A jestem, jak cholera. Zamiast wypocząć w sobotę i spędzić miły dzień to przepłakałam cały wieczór. Oczy mam teraz opuchnięte, źle się czuję. Połknęłam w 2 sekundy przygotowaną wcześniej kolację, a miałam ją sobie celebrować i wypić do tego weekendowe pół kieliszka wina. Wina nie było, kolacja zmarnowana. Żałuję, że jadłam w takich nerwach. Miałam tego nie robić. Dobrze, że zjadłam tylko to, co powinnam. Ogólnie mam dość. Teraz kochany mężulek pojechał uczyć swoją kochaną mamusię jeździć autem. Zabrał dupę w troki i sobie poszedł, a ja zostałam sama. Rano jakoś tak się dziwnie łasił, pewnie trochę do niego dotarło, że był dla mnie strasznym dupkiem, chociaż do niego mało co dociera. Ma w dupie moje uczucia, moje potrzeby - zresztą sam to przyznał. Jestem nieprzytomna. Zaraz się przewrócę, płakać się mi chce. Na szczęście maleństwo poszło teraz spać pewnie na jakieś pół godzinki. Muszę dziś oczywiście ugotować obiad, przetworzyć dynię i marchewkę dla małej, żeby miała co jeść. Pewnie spacer zaliczyć, wszystko posprzątać i podać z uśmiechem na ustach dupkowi obiadek. Wczoraj byłam tak zła, że wyszłam na chwilę się przejechać autem, na szczęście pojechałam tylko na pobliski orlen i z powrotem, bo ciężko jeździć płacząć, za to wracając zdemolowałam bramę i domofon - uderzałam w niego z całej siły. Gorzej, że patrzyli na to goście z nowo otwartej pizzerii, więc jak trzeba będzie wskazać wandala, to będzie wielu świadków mojego przestępstwa. Mam dość. Mam dość mojej samotności, ciągłego bycia samej w tym chorym związku. Wolałabym być sama.... gdyby nie Mała..... Naprawdę żałuję, że nie wybrałam spokojnego samotnego życia... Gdyby nie Mała... ją kocham i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Sytuacja bez wyjścia.

Dziś nie ćwiczę, ale jem według planu. Zrobię leczo na obiad z kiełbaską - niby kiełbaska nie jest wskazana, ale kupiłam taką chudą drobiowo-wieprzową. Powinna być w porządku raz na jakiś czas. Mój mężulek dostanie karkóweczkę od swojej mamusi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz