sobota, 21 września 2013

Sukcesy, porażki, stresy, huśtawki.... moje życie w anty-równowadze?

Sobota. Wstałam wcześnie rano i udałam się na siłownię. Udało się mi zrobić tak dobry trening, że aż muszę to napisać! 10 minut rozgrzewki na bieżni pod górę z 7,5% nachyleniem - od razu w zasadzie się rozgrzałam, fajny trening siłowy 50 minut a do tego jeszcze 21 minut udanego poprawnego HIIT na bieżni, tak jak powinien on wyglądać, bo doszłam do 93% tętna maksymalnego w fazie biegu i schodziłam do około 65% w fazie odpoczynku. 1,5 minuty na półtorej minuty. Takie wysokie tętno udawało się osiągnąć oczywiście na jakieś 30 sekund. Super. Jestem z siebie zadowolona. 

Wczoraj przeczytałam bardzo fajny artykuł o tym, czym jest cheat meal i dzisiaj właśnie postanowiłam sobie taki cheat meal urządzić. Poniżej link do artykułu, bo tam są bardzo ważne informacje. 


Nie objadłam się jakoś strasznie, nie wiem ile to miało kalorii, ale zachowałam umiar, bo poszliśmy z zmężem i małą na hamburgery i wzięłam mniejszego :P do tego łódeczki ziemniaczane też wzięłam mniejsze i fritz- kolę stevia. Raczej w wymaganym 1000 kcal powinnam się zmieścić, chociaż się na tym aż tak dobrze nie znam. Hamburger był przepyszny!!! Wzięłam luciano z serem gorgonzola, pomidorem, ogórkiem, czerwoną cebulą, sosem czosnkowym i majonezem! Mniam! Łódeczki ziemniaczane to smażone ziemniaki, bez rewelacji. Love krowe Kraków. Kola ze stewią też w porządku. Nie wiem, jak używać tej rośliny w normalnym gotowaniu, żeby było to wszystko jadalne!!! Nienawidzę stewii tej zielonej, którą mam w szafce - psuje mi smak wszystkiego. 

Sukcesem jest to, że zważyłam się rano przed cheat mealem i było 56,0 kg!!! A więc sukces. W końcu waga zeszła trochę w dół, bo do tej pory cały czas utrzymywała się na poziomie 56,6 kg i już nie miałam nadziei. Artykuł o cheat meal mówi, że dopiero trzeciego dnia po spożyciu takiego posiłku waga spada, tak więc zważę się mniej więcej we wtorek albo w środę... albo dopiero w kolejny weekend (w co nie wierzę).

Cheat meal miał być też miłą okazją do spędzenia czasu z rodziną. Niestety okazało się, że mój kochany mąż chodzi naburmuszony od rana. Nie wiedziałam tylko co znowu zrobiłam, że tak strasznie wyprowadziłam go z równowagi. Oczywiście nie odzywał się do mnie cały dzień, a w knajpce powiedział, że informuje mnie albo ostrzega mnie (!!!!!), że jak jeszcze raz zostawię gdzieś puste opakowanie to on będzie je rozrzucać na środek pomieszczenia. Tak więc chodziło o woreczek od jajek, którego nie usunęłam z lodówki. Nota  bene pomieszał mi jajka, bo musiał je poprzekładać po swojemu, a część była ze sklepu, część od mamy ze wsi dla małej - jedne świeże inne stare, oczywiście musiał poprzekładać i teraz nie wiem, które mam dawać małej. Ale co go to obchodzi. Jabłko, które przygotowałam dla małej a nie zjadła na śniadanie też wyrzucił, a co tam, matka ma czas, przygotuje nowe!!! Tak więc miła sobota zamieniła się w dzień stresów i milczenia. Ku***, że też ja muszę być tak wypaczona, że nie umiem się przed nim bronić. Gość mnie szkoli i trenuje jak chce, a ja nic nie powiem. I do tego jeszcze ten sposób, w jaki mi to mówi i to obrażanie się, jakbym nie wiadomo co, zrobiła. Jedno jest pewne, wina jest zawsze moja i zawsze muszę coś przeskrobać. Przygotuję sobie maila do Kariny z opisem moich działań w tym tygodniu. Niech już maleństwo zaśnie!!! Potrzebuję zamknąć oczy na 3 minuty!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz