Nie wiem, czy wspominałam, ale zrobiłam sobie nagrodę w niedzielę i byłam w cupcake corner. Zjadłam i babeczkę i lody - większe oraz jeszcze latte, też nie najmniejszą tylko średnią. Nie patrzyłam, jakie mleko wlewają, ale na pewno nie chude. Nie wiem, ile kalorii spożyłam, ale na pewno mnóstwo! Chyba słabo to wygląda, jak się jest na diecie odchudzającej i próbuje się zredukować wagę. Zupełnie nie do pojęcia jest to dla mojego męża. W sumie jego męski logiczny umysł lepiej to wszystko ogarnia i skoro mówi, że to jest bez sensu, żeby cały tydzień walczyć a potem w weekend spożywać tyle kalorii (owszem, jest teoria, że przyspiesza to metabolizm, ale na ile jest prawdziwa? Jest też teoria, że jak się nie je słodyczy to powoli przechodzi na nie ochota... ). Tyle o teoriach). W każdym razie mój mąż wymyślił, że zaoferuje mi wsparcie, zwłaszcza, że widział moją smutną minę po wizycie u pani dietetyk, kiedy to okazało się, że mam 2 kilo (dokładnie 1,9 kg) więcej tłuszczu niż na początku sierpnia. Chyba stwierdził, że jak tak dalej będzie to ta moja dieta nigdy nie skończy się, a on by sobie zamówił pizzę. Zaproponował mi, że za każdy tydzień bez słodyczy dostanę od niego 50 złotych, w przeciągu 5 tygodni uzbiera się całkiem spora sumka na moje własne osobiste wydatki. Nie żeby mi zależało na takich pieniądzach, chyba nawet wolałabym jeść te ciastka, ale prawda jest taka, że nie umiem zachować umiaru. Jem zdecydowanie za dużą porcje. Mając mojego męża patrzącego mi na ręce/na talerz będzie mi łatwiej się zmobilizować, żeby wytrwać, a jak już osiągnę cel to nie zniweczę go wielkim obżarstwem... po raz drugi! Tak więc przyjmuję wyzwanie. Najwyżej polegnę w jakimś tam tygodniu, ale pewnie wejdzie mi to na ambicje i nie odpuszczę. Oszukiwać też nie będę i nie będę jeść ciastek po kryjomu, bo to byłoby bardzo nie ładnie i nie fair i zupełnie nie w moim stylu (co innego oszukiwać samą siebie, ale tego nie chcę już też robić).
Zakupiłam arsenał (dosłownie, bo wydałam na to majątek) owoców suszonych, które będą mi teraz zastępować inne słodkości. Oczywiście nie będę ich jeść dużo, bo to sam cukier i masa kalorii, tylko tyle, ile mi wolno:
10g na śniadanie oraz ewentualnie będę wymieniać świeże owoce na suszone w ilości: 50g owoców świeżych = 10g owoców suchonych, ewentualnie suszone owoce na śniadanie wymienię na świeże. mogę jeść też owoce jako przekąska potreningowa, niezależnie od czasu mojego treningu, ważne, by był intensywny. Ostatnio miałam zagwozdkę, czy jeść przekąski po Ewce, bo ten trening trwa tylko 30 minut, czasem 35, a przeczytałam wczoraj artykuł, że warto jeść coś po treningu, dopiero gdy ćwiczy się 45 minut lub dłużej. Karina powiedziała jednak, ze to zależy od intensywności treningu, jeśli w ciągu tych 30 minut daję z siebie wszystko, to należy się mi przekąska, a jeśli to lekkie aeroby to wtedy nie. Proste. Za każdym razem muszę sama ocenić czy zjeść przekąskę, czy nie. Niestety jestem łasuchem i mogę być nieobiektywna i źle oceniać intensywność treningu, dlatego muszę skupić się na celu i NIE OSZUKIWAĆ SAMEJ SIEBIE!!!!
Po dzisiejszym treningu na pewno należała się mi przekąska: 2 godziny ćwiczeń - godzina na siłowni oraz godzina zajęć HIIT. Ponad 900kcal spalonych, ponad 34g tłuszczu. Super trening. Jestem z siebie zadowolona. Chyba nawet zrobię sobie dzień odpoczynkowy jutro na regenerację, bo chciałabym ćwiczyć i w sobotę i w niedzielę. Jutro to zanotuję w mojej książce Ewki, zresztą zobaczymy, jakie będą jutro nastroje.
Na zajęciach HIIT patrzyłam w lustro i muszę stwierdzić, że mam obwisłe pośladki. Tak tak, pomimo tylu ćwiczeń pośladki są najbardziej kłopotliwą częścią mojego ciała. Oglądałam ostatnio w internecie zdjęcia dziewczyn po metamorfozach z super podniesionymi pośladkami po jakichś 10-minutówkach z Mel B... Czyli to może działać? Czy wszyscy ćwiczą już teraz z youtube? Chciałam przyjąć takie wyzwanie i ćwiczyć 1 dzień pośladki z Mel B, jeden z jakąś Tiffany a jeden robić sobie przerwę, takie wyzwanie 30 dniowe, ale nie wiem, czy to nie byłoby już za wiele. Dowaliłam sobie trening siłowy, dowaliłam sobie Ewkę, niemalże nie mam dni odpoczynku a jeszcze chciałam sobie dołożyć. O nie, trzeba przystopować trochę i zrobić wszystko po kolei. Najpierw osiągnę mój cel wagowy i tłuszczowy (tłuszcz jest ważniejszy), a potem zajmę się kształtowaniem moich pośladków. Trzeba mieć jakieś cele rozłożone w czasie, jakieś plany na później.
Plany planami a u mojej małej zaczyna się katar ropny. Jutro do lekarza i zobaczymy co to będzie. Akurat jak zaczęłyśmy chodzić na basen! Niestety małe dzieci często podobno mają katar. Ale dlaczego? Przeciez karmię piersią!? Powinna mieć moją odporność, wysoką odporność!!!!
Kończę już ten mój długi wywód i zbieram się do spania, jutro długi dzień. Jutro idę też na drugą wizytę do psychoterapeuty. Zobaczymy, czy da się naprawić moją wypaczoną psychikę :) Dobranoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz