poniedziałek, 30 września 2013

Dzień chłopaka

Z okazji dnia chłopaka zabrałam dziś mojego męża do restauracji. Zjadłam pysznego łososia! Zaczynam jeść i lubić ryby, o dziwo. A ten łosoś w restauracji pomodorino był rewelacyjny. Jedyna moja uwaga to taka, że musiałam go zjeść z grzankami, bo nie było innych dodatków, ale może to mnie nie zabije, jeśli raz nie zjem chleba razowego.

Dostałam maila od Pani dietetyk - jedyne z co mnie zganiła po przeczytaniu mojego raportu to zjedzone w sobotę niekontrolowane musli. Ja też tylko z tego jestem niezadowolona, bo lepiej się czuję jak mam wszystko pod kontrolą i zaplanowane co, kiedy mam zjeść i ile!!! Tak więc pracuję nad sobą i nie będę popełniać już takich błędów, zwłaszcza, że jeszcze tylko 2 tygodnie diety, a potem przechodzimy w fazę stabilizacji :) Zmiany są zawsze dobre, taka jest moja dewiza!!!

Dzień był udany, bo byłam na zakupach  i udało się mi kupić 2 pary super butów, dokładnie takie, jakie chciałam i jeszcze wypatrzeć super torebkę, którą być może dostanę na urodziny.... a to już za miesiąc. Miałam pomysł, że chcę patelnię do pancake'ów, ale może też uda się mi ją dostać, jak ktoś inny będzie mi szukał prezentu, co mi przypomina, że dalej nie kupiłam nic mojej siostrze, a ona skończyła 30 lat już 20 tygodnie temu!!! Ale chyba w końcu mam pomysł co z nią zrobić, zabrać ją na zakupy!!!

Dzień udany też sportowo. Pomimo wielkiego zamieszania na siłowni z okazji dnia chłopaka i tego, że zajęcia mojego pilatesu się nie odbyły, udało się mi zrobić mój trening siłowy (trochę to dłużej trwało, gdyż trzeba było czekać na sprzęt) oraz pójść na rowery. 800 kcal spalonych, więc to naprawdę dobry trening, a ten spinning to dobre urozmaicenie, bo dawno nie byłam. Muszę się zmotywować do robienia Ewki, bo wrzesień się skończył, a ja ledwo przekroczyłam połowę książki. Jutro zrobię jej trening z płyty, a  w środę wracam do książki. Po miesiącu nie przeżyłam spektakularnej metamorfozy i nie mogę powiedzieć, że wkręciłam się na maxxa, ale jest dobrze, parę treningów było dość męczących. Zobaczymy, co będzie dalej. Zawsze to krok do przodu, bo znam już te jej ćwiczenia. Postaram się je dalej wykonywać i może powplatam treningi z dvd. W końcu poprzednia płytka jeszcze nie została odpalona, bo nie działała na laptopie!!!! Mam do zrobienia tez killera, który bardzo mnie zmęczył i turbo spalanie - trochę mniej męczące, ale też można robić. Tak więc działam!!!

niedziela, 29 września 2013

Towarzyska wizyta

Napiszę w skrócie, bo pora by pójść spać. Po porannym rozdrażnieniu spowodowanym tym, że znowu zostałam sama z małą (dzięki mojej teściowej), wszystko już poszło dobrze. Porozmawiałam chwilkę z moim mężem - czasem 5 minut wystarczy, by polepszyć stosunki! W każdym razie i ja i on jesteśmy zawzięci i działamy dokładnie tak samo. No, nie o tym tu teraz miałam pisać, tylko o diecie....

Byliśmy u znajomych męża i o dziwo było fajnie. Zabrałam sobie melona i jogurt, ale bardzo dziwnie by to wyglądało, gdybym go wyciągnęła, gdyż pani domu zrobiła rewelacyjną robotę i przygotowała rewelacyjne przekąski. Na listę moich grzechów trafiły więc:

  • kananoski
  • wędlina wędzona
  • grzybki w zalewie
  • sałatka z ryżu i jakiejś ryby
  • ser z niebieską pleśnią
  • ser camembert albo brie
  • winogrona białe i ciemne
  • pół kieliszka białego wina
To chyba wszystko. Oczywiście ilość nie była jakaś ogromna, ale nie był to melon z jogurtem. Cóż, trudno. Jutro poniedziałek, będę się bardziej starać, a już najbardziej będę się starać od wtorku, bo zaczyna się nowy miesiąc. Jutro jeszcze przedłużony weekend, gdyż mój mąż ma wolne i idziemy do włoskiej restauracji na obiad. Z dobrych wiadomości na spotkaniu był jeszcze na koniec pyszny biszkopt czekoladowy z wiśniami i czekoladą - to znaczy znowu wyglądał na pyszny, bo nawet go nie powąchałam - w ten oto sposób zamykam trzeci tydzień bez słodyczy. Da się? Da! Mój mąż mnie wsparł, chwycił mnie za rękę, a potem powiedział, że jest ze mnie dumny. Ja to oczywiście mądrze skomentowałam, że tylko ja nie jem słodyczy i trzymam dietę i tylko ja jestem gruba. Na to on odpowiedział, że Pani domu nie jest szczupła tylko wręcz chuda, a ta druga (ta wystrzelista blondyna) to co z tego, że jest szczupła, skoro jest strasznie humorzasta. I tym optymistycznym akcentem postanawiam być mniej humorzasta i z dobrym nastawieniem zacząć nowy tydzień i nowy miesiąc.

Powinnam iść spać, ale kusi mnie, żeby obejrzeć serial. Do spania!!!

Ledwo żyję...

Muszę się jakoś zregenerować w tą niedzielę - najlepiej położyć się spać. Projektowanie wieczorne i harówa  w dzień mnie wykończyły. DO tego czuję się brzydka i niekochana. Mąż pojechał po mamę swoją na wieś. Mam taką myśl, że jakby poświęcił mi 5% tego czasu, który poświęca swojej mamie, to nasze małżeństwo by kwitło. Jeszcze do tych znajomych mamy jechać. 

Dziś odpoczywam od treningów. Przećwiczyłam 6 godzin w tym tygodniu - ustalam sobie to na mój standardowy czas ćwiczenia. Tyle wystarczy. 

No i się mała obudziła, a ja nie wykąpana, nie umyta, ledwo żywa. Nie widzę jakoś tej regeneracji. Nawet jej na chwilę nie mogę zostawić bo pełza po całym pokoju i wczoraj sobie nabiła pierwszego guza. Będzie siedzieć w łóżeczku, trudno.


sobota, 28 września 2013

Clean cheat meal i uleganie emocjom

Miał być przyjemny sernik dyniowy, delektowanie się nim. Ostatnio wkleiłam zły link, bo to nie ten przepis był, tylko ten:


Niestety mała się rozdarła i nie umiałam jej uspokoić, mój mąż musiał się nią zająć, żebym mogła zjeść w spokoju, oczywiście do tego doszedł stres, bo zabrałam mu przez to jego wolny czas i nic nie mógł zrobić. Dodatkowo więc w stresie zjadłam sporo musli crunchy, którego w ogóle nie powinnam jeść, tak więc znacznie podbiłam kaloryczność posiłku. Czułam się przejedzona i jadłam niekontrolowanie w stresie, a z tym właśnie walczymy i tego właśnie za wszelką cenę unikamy!!!!!!

Oprócz tego czuję się samotna, opuszczona, niedowartościowana i niekochana. Tak więc jest wspaniale. Czuję się jak zbędny przedmiot, który ma wykonać swoje zadania - ugotować, pozmywać, wyprać, poskładać pranie, zaprojektować pokoik. Mój mąż mnie nie dotyka, nie zbliża się do mnie, nie rozmawia ze mną bo jest zmęczony. Cały czas. Nie wiem, czy to kiedyś się zmieni. Pan psycholog powiedział, że żeby związek szedł do przodu, to trzeba coś zrobić. Cóż, próbowałam się dzisiaj nieudolnie przytulić, to usłyszałam, że "on teraz siedzi przed komputerem i jest zmęczony". Potem łaskawie przyszedł i powiedział, że mogę się przytulić, ale nie pamiętam już kiedy ktokolwiek chciał przytulić mnie. Jeszcze jak na złość rendery mi nie wychodzą. Nie idę spać! Muszą w końcu wyjść. Muszę zaprojektować ten pokoik!!!

Kolacja według planu i od jutra odżywiam się super zdrowo!!! Niestety jutro idziemy do znajomych mojego męża, na co wcale nie mam ochoty. Jestem atowarzyska. Do tego będzie tam kolega mojego męża ze swoją żoną, metr dziewięćdziesiąt, blondyna, szprycha straszna. Jak byłam w trzecim trymestrze ciąży i byłam gruba jak bela i nieatrakcyjna to na wigilii firmowej mojego męża on właśnie sobie żartował flirtując z nią. Robię się sfrustrowaną matką, ale ze mną nikt nie flirtuje. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Jest mi źle. Tyle mam do powiedzenia w tym temacie. Skupiam się więc na diecie i na odchudzaniu. Nie zrażam się drobnymi potknięciami i idę do przodu!!!!

Siła siła siłownia i inne drobiazgi

Treningi. Mała powinna spać, ale nie śpi. Na szczęście tata z nią leży więc ja mam sekundę oddechu.
Byłam dziś na siłowni, zrobiłam jedynie trening siłowy, ale i tak porządnie się zmęczyłam i wraz z rozgrzewką i stretchingiem wyszła mi pełna godzina. Poza tym miałam niezłe zakwasy po czwartku, kiedy to miałam również trening siłowy a do tego poszłam na zajęcia HIIT - 980 kcal spalonych w 2 godziny i ponad 30 gram tłuszczu! Ja rzadko miewam zakwasy więc jest to wydarzenie. Zwłaszcza, kiedy miewam je na pośladkach! Na Ewkę mam coraz mniej siły, zwłaszcza mentalnej. Omijam już opisy posiłków, bo i tak mam swoją własną dietę. Jutro na przykład nie zrobię jej treningu z książki, bo... trzeba go sobie ułożyć samemu, a tego się mi nie chce! Tak, właśnie tak. Niby to nie kosztuje wiele pracy, a jednak, męczy mnie to i nie mam na to ochoty. Wystarczy mi, że bardzo dokładnie muszę sobie przemyśliwać i opracowywać moje własne treningi na siłownię. Może napiszę do mojej trenerki po poradę? Hmm, zastanowię się. Na razie chcę sobie radzić sama, korzystając oczywiście i mając w pamięci jej wskazówki i rady.

Testowałam w tym tygodniu mleko migdałowe. Podobno takie genialne, jak mi zalecała koleżanka. Do kawy się nie sprawdza - nie smakuje mi. Robiłam z niego kaszę jaglaną na mleku - powiedzmy, że ok, ale bez rewelacji, a dziś zjadłam z nim musli i było wstrętne - musiałam sobie dosłodzić syropem z agawy, a potem przez cały trening czułam wracający jego smak. Jednak będę je kupować, bo mała je z nim kaszę jaglaną. Zamierzam je też jej dawać do kaszy manny na kolację zamiast mojego mleka, bo już nie mam siły go odciągać, zresztą niewiele go mam.

Sernik dyniowy. Coś niesamowitego. Odkryłam taki super przepis. Jest prosty i rewelacyjny. Do tego zamiast sera dałam serek homo i to taką ilość jaką ja mam zjadać. Jedyne czym grzeszę w nim to jajkiem.


Sernik dyniowy z bananem
Dziś w ramach soboty i dopieszczenia się zrobię sobie prawdziwą wersję z prawdziwego sera sernikowego. Będzie clean cheat meal.

Przepis na sernik na stronie:

Sernik dyniowy

Uwaga - wielki sukces. Moja waga spadła poniżej 56 kg!!!! Było dziś rano na czczo 55,7 kg!!! Czyli jeszcze tylko 0,7 kg zrzucę i będę mogła uznać, że jest naprawdę dobrze. Mam na to 2 tygodnie i jakieś parę dni. Mała ma 7 miesięcy i 1 tydzień, ja co prawda założyłam że odchudzam się jeszcze tylko 2 tygodnie, ale potem też będę jeść zdrowo i będę musiała ciąć kalorie ze względu na ograniczanie karmienia, więc mam nadzieję, że waga jeszcze trochę zejdzie.. w każdym razie i tak daję sobie czas do 18 listopada, kiedy to Maleństwo skończy 9 miesięcy (czas, na zgubienie moich 18 ciążowych kilogramów).

W tym tygodniu nie zjadłam ani grama cukru! I nic niezdrowego. Wszystko było super świeże, naturalne i zdrowe. Wielki sukces!!!!

czwartek, 26 września 2013

Rutyna

Stwierdzam, że znudziła się mi Ewka. Wczoraj mimo, że planowałam to nie wykonałam jej treningu, nie wiem, czy one cokolwiek dają - choć zawsze to porcja ruchu. Postaram się jutro to odpracować i w weekend też - tak, żeby wykonać chociaż 3 treningi Ewki w tygodniu i skończyć tę jej książkę. Dziś byłam na siłowni + chodziłam na bieżni pod górkę + byłam na zajęciach HIIT. Bilans: 980 kcal spalonych. I dobrze, bo zjadłam dziś jedno nadprogramowe jajko ;)

Zważyłam się rano na czczo, ale przed wizytą w kibelku: 56,3 kg, czyli mniej więcej bez zmian. W biodrach tak jakby jeden centymetr znikał, ale to jeszcze nie pewne, w każdym razie idzie w stronę 90 cm - jupi!!! To mnie już zadowoli i to bardzo. Tak naprawdę, to gdy patrzę w lustro to z jednej strony czuję satysfakcję i jestem już zadowolona  z mojego wyglądu, a z drugiej czuję się taka korpulentna (o ile jest takie słowo, ale ono chyba dobrze określa mój wygląd). Masywne uda, wciąż jeszcze wystający brzuch, duża pupa... i tu pojawia się pytanie - walczyć dalej o coś, co być może jest nierealne, czy uznać, że jest ok i cieszyć się tym, co mam. Najlepiej realnie określić cel, czyli te 10 kg tłuszczu. Rozsądne i osiągalne. Na następnej wizycie kontrolnej u dietetyczki sprawdzimy ile tego tłuszczu jest. Będę mieć też zmieniany plan treningowy, gdyż coraz mniej karmię piersią. Nie karmię już w nocy, a Maleństwo spokojnie zjada już całkiem obfite śniadanie, obiad i kolację - w takim razie na pewno pije mniej mleka. Oduczam ją również od tygodnia jedzenia w nocy. Mam nadzieję, że zrobię to mądrze - tak, żeby nie przytyć, bo wiem, że to bardzo często się zdarza. Na szczęście mam Karinę i ufam jej - ona mi wszystko wyjaśni.

Muszę zmienić trochę moje podejście do jedzenia (znowu) - a konkretnie do jego ilości. Jem, mimo, że czasem nie jestem głodna - teraz może to co innego, bo trzymam się planu, ale na ogół mogłabym jeść nieskończenie wiele i nie znam żadnego umiaru, a przecież nie chodzę teraz głodna, wręcz przeciwnie. Zachowuję się jak wygłodniałe zwierzątko, które nie widziało jedzenia. Takie właśnie są skutki przeprowadzania nieskończonej ilości kuracji odchudzających - bez ładu i składu, bez mądrego podejścia, głodząc się, odmawiając sobie wszystkiego! Muszę pamiętać, że nie będę chodzić już głodna. To, że zrezygnuję z 10 czy 20g węglowodanów na obiad nie zabije mnie!!! Zapamiętać i wdrożyć. Przecież nie lubię chodzić objedzona!!!

niedziela, 22 września 2013

Wielka burza w szklance wody....

No i stało się. Skończyło się wielką awanturą. Cały dzień wisiało to w powietrzu. Mój mąż chodził cały dzień obrażony tylko... tylko właśnie cały czas nie mogłam zgadnąć o co mu chodzi. Tak tak, to taka zabawa w zgadywankę. Jak z małym dzieckiem. Zamiast mi powiedzieć co mu leży na wątrobie to cały dzień jest niemiłym mrukiem, burczącym na mnie, a jak się zapytam o co chodzi to wybucha. Okazało się, że nie pomagam mu w niczym! On cały dzień pracuje, wraca z pracy to zajmuje się Małą czyli od godziny 6 do 20 ma zapierdziel, a ja się obijam! Ja mam czas na zrobienie sobie jednego śniadania, drugiego śniadania. Mam czas na jedzenie. Mam czas na prysznic. Jak on wraca do domu to ja o niczym już nie muszę myśleć, bo mam wolne!!! A to ciekawe!!! W ogóle mam jak w raju. Ręce mam tak poniszczone od siedzenia w kuchni, że są całe popękane do krwi, ale nie... nie wolno mi o tym wspomnieć, bo ja tylko narzekam! Pranie leży nie ściągnięte, szklanki nie pozbierane, butelki porozrzucane i on tym wszystkim musi się zajmować. Ciekawe, że to ja codziennie wyparzam, układami pilnuję, żeby wszystko było przygotowane i gotowe. Ciekawe, że to ja gotuję Małej, martwię się ile ma zjeść, co ma zjeść i o jakiej porze. To też go denerwuje, że wszystko musi być podporządkowane pod jedzenie. Bo najpierw Mała a potem ja musimy zjeść o takiej a nie o innej porze i on się musi w to wpisać! Bardzo mnie interesuje jak on by wprowadzał zdrowe nawyki żywieniowe. Bardzo mnie interesuje jak nauczyłby dziecko odżywiać się zdrowo, skoro on je byle co i byle jak i zawsze przed telewizorem albo przed komputerem. Jak podam obiad do stołu to jest wielkie narzekanie. Oczywiście musiał się za mnie odegrać za cały dzień, kiedy to nie kiwnęłam palcem. Ja po prostu nie pomyślałam, że on jest aż tak zmęczony i że nie ma na nic siły. Jakoś tak wydawało się mi naturalne, że skoro ja od rana do wieczora zajmuję się dzieckiem, to w weekend chciałabym trochę odpocząć od tej rutyny. No ale nie dla wszystkich jest to oczywiste. W ogóle mamy jakąś zaburzoną rzeczywistość, bo jemu się wydaje że wraca do domu o 16, potem przed 3 godziny sprząta mieszkanie, jeszcze zajmuje się dzieckiem i dopiero o 20 jak mała pójdzie spać to ma jakiś czas. Wydaje się mu, że ja o 16 mam luz blues i wolność i leżę sobie z gazetką do góry nogami!!! Pay back time. Okazało się, że skoro ja mu nie pomagam, to cytat "on ma w dupie moje potrzeby" i nie zrobi mi herbatę, nie podzieli się winem, tylko wyżłopie całą butelkę. I w ogóle nie interesuje go żadne przytulanie czy żadne rozmowy. On ma weekend i chce mieć święty spokój. Ciekawe, że mój psychoterapeuta stwierdził, że być może czuję się samotna w moim małżeństwie. Bardzo ciekawe. Hmm, nie ma co się załamywać. Z rozmów z Panią Marią pamiętam, że nie wszystko muszę brać tak bardzo do siebie, bo przecież on też ma swoje ograniczenia, zachowuje się tak jak się zachowuje, a nie koniecznie jest to moja wina. Rozumiem zmęczenie, ale ja nie rzucam takich przykrych słów do niego, że mam w dupie jego potrzeby, że jestem rozczarowana jego zachowaniem. A jestem, jak cholera. Zamiast wypocząć w sobotę i spędzić miły dzień to przepłakałam cały wieczór. Oczy mam teraz opuchnięte, źle się czuję. Połknęłam w 2 sekundy przygotowaną wcześniej kolację, a miałam ją sobie celebrować i wypić do tego weekendowe pół kieliszka wina. Wina nie było, kolacja zmarnowana. Żałuję, że jadłam w takich nerwach. Miałam tego nie robić. Dobrze, że zjadłam tylko to, co powinnam. Ogólnie mam dość. Teraz kochany mężulek pojechał uczyć swoją kochaną mamusię jeździć autem. Zabrał dupę w troki i sobie poszedł, a ja zostałam sama. Rano jakoś tak się dziwnie łasił, pewnie trochę do niego dotarło, że był dla mnie strasznym dupkiem, chociaż do niego mało co dociera. Ma w dupie moje uczucia, moje potrzeby - zresztą sam to przyznał. Jestem nieprzytomna. Zaraz się przewrócę, płakać się mi chce. Na szczęście maleństwo poszło teraz spać pewnie na jakieś pół godzinki. Muszę dziś oczywiście ugotować obiad, przetworzyć dynię i marchewkę dla małej, żeby miała co jeść. Pewnie spacer zaliczyć, wszystko posprzątać i podać z uśmiechem na ustach dupkowi obiadek. Wczoraj byłam tak zła, że wyszłam na chwilę się przejechać autem, na szczęście pojechałam tylko na pobliski orlen i z powrotem, bo ciężko jeździć płacząć, za to wracając zdemolowałam bramę i domofon - uderzałam w niego z całej siły. Gorzej, że patrzyli na to goście z nowo otwartej pizzerii, więc jak trzeba będzie wskazać wandala, to będzie wielu świadków mojego przestępstwa. Mam dość. Mam dość mojej samotności, ciągłego bycia samej w tym chorym związku. Wolałabym być sama.... gdyby nie Mała..... Naprawdę żałuję, że nie wybrałam spokojnego samotnego życia... Gdyby nie Mała... ją kocham i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Sytuacja bez wyjścia.

Dziś nie ćwiczę, ale jem według planu. Zrobię leczo na obiad z kiełbaską - niby kiełbaska nie jest wskazana, ale kupiłam taką chudą drobiowo-wieprzową. Powinna być w porządku raz na jakiś czas. Mój mężulek dostanie karkóweczkę od swojej mamusi. 

sobota, 21 września 2013

Sukcesy, porażki, stresy, huśtawki.... moje życie w anty-równowadze?

Sobota. Wstałam wcześnie rano i udałam się na siłownię. Udało się mi zrobić tak dobry trening, że aż muszę to napisać! 10 minut rozgrzewki na bieżni pod górę z 7,5% nachyleniem - od razu w zasadzie się rozgrzałam, fajny trening siłowy 50 minut a do tego jeszcze 21 minut udanego poprawnego HIIT na bieżni, tak jak powinien on wyglądać, bo doszłam do 93% tętna maksymalnego w fazie biegu i schodziłam do około 65% w fazie odpoczynku. 1,5 minuty na półtorej minuty. Takie wysokie tętno udawało się osiągnąć oczywiście na jakieś 30 sekund. Super. Jestem z siebie zadowolona. 

Wczoraj przeczytałam bardzo fajny artykuł o tym, czym jest cheat meal i dzisiaj właśnie postanowiłam sobie taki cheat meal urządzić. Poniżej link do artykułu, bo tam są bardzo ważne informacje. 


Nie objadłam się jakoś strasznie, nie wiem ile to miało kalorii, ale zachowałam umiar, bo poszliśmy z zmężem i małą na hamburgery i wzięłam mniejszego :P do tego łódeczki ziemniaczane też wzięłam mniejsze i fritz- kolę stevia. Raczej w wymaganym 1000 kcal powinnam się zmieścić, chociaż się na tym aż tak dobrze nie znam. Hamburger był przepyszny!!! Wzięłam luciano z serem gorgonzola, pomidorem, ogórkiem, czerwoną cebulą, sosem czosnkowym i majonezem! Mniam! Łódeczki ziemniaczane to smażone ziemniaki, bez rewelacji. Love krowe Kraków. Kola ze stewią też w porządku. Nie wiem, jak używać tej rośliny w normalnym gotowaniu, żeby było to wszystko jadalne!!! Nienawidzę stewii tej zielonej, którą mam w szafce - psuje mi smak wszystkiego. 

Sukcesem jest to, że zważyłam się rano przed cheat mealem i było 56,0 kg!!! A więc sukces. W końcu waga zeszła trochę w dół, bo do tej pory cały czas utrzymywała się na poziomie 56,6 kg i już nie miałam nadziei. Artykuł o cheat meal mówi, że dopiero trzeciego dnia po spożyciu takiego posiłku waga spada, tak więc zważę się mniej więcej we wtorek albo w środę... albo dopiero w kolejny weekend (w co nie wierzę).

Cheat meal miał być też miłą okazją do spędzenia czasu z rodziną. Niestety okazało się, że mój kochany mąż chodzi naburmuszony od rana. Nie wiedziałam tylko co znowu zrobiłam, że tak strasznie wyprowadziłam go z równowagi. Oczywiście nie odzywał się do mnie cały dzień, a w knajpce powiedział, że informuje mnie albo ostrzega mnie (!!!!!), że jak jeszcze raz zostawię gdzieś puste opakowanie to on będzie je rozrzucać na środek pomieszczenia. Tak więc chodziło o woreczek od jajek, którego nie usunęłam z lodówki. Nota  bene pomieszał mi jajka, bo musiał je poprzekładać po swojemu, a część była ze sklepu, część od mamy ze wsi dla małej - jedne świeże inne stare, oczywiście musiał poprzekładać i teraz nie wiem, które mam dawać małej. Ale co go to obchodzi. Jabłko, które przygotowałam dla małej a nie zjadła na śniadanie też wyrzucił, a co tam, matka ma czas, przygotuje nowe!!! Tak więc miła sobota zamieniła się w dzień stresów i milczenia. Ku***, że też ja muszę być tak wypaczona, że nie umiem się przed nim bronić. Gość mnie szkoli i trenuje jak chce, a ja nic nie powiem. I do tego jeszcze ten sposób, w jaki mi to mówi i to obrażanie się, jakbym nie wiadomo co, zrobiła. Jedno jest pewne, wina jest zawsze moja i zawsze muszę coś przeskrobać. Przygotuję sobie maila do Kariny z opisem moich działań w tym tygodniu. Niech już maleństwo zaśnie!!! Potrzebuję zamknąć oczy na 3 minuty!!!

czwartek, 19 września 2013

Human body

Byłam dzisiaj na wystawie Human Body wraz z moim mężem - to cud, ze udało się nam wyrwać na godzinkę. W każdym razie wystawa niosła ze sobą przesłanie, że trzeba szanować swoje ciało, dbać o nie i dostarczać mu niezbędnych substancji, a nie zaśmiecać go, wrzucając do swojego brzucha śmieciowe jedzenie czy paląc papierosy. Tak tak, bardzo mądre podsumowanie całej ekspozycji. Ciało ludzkie to cud. Każde. Dostajemy je jedno na całe życie i to od nas zależy, co z nim zrobimy. Prawdę powiedziawszy nie mam ochoty już zaśmiecać swojego. Sprawia mi przyjemność dostarczanie mu zdrowego jedzenia, wykorzystywanie jego możliwości poprzez ruch. Mam nadzieję, że ta myśl ze mną pozostanie i nigdy już nie zejdę na złą drogę. Owszem, można czasem zjeść coś więcej, czy raz na jakiś czas coś mniej zdrowego, bo wszystko jest dla ludzi, ale nigdy więcej nie chce robić z siebie śmietniczki. Ostatnio wszystkie moje dni są zielone. Motywacja poszła w górę. Jestem zadowolona. Dziś znów uległam pokusie i zważyłam się : 56,4 kg, na szczęście przed wizytą w toalecie. Zobaczymy, co będzie dalej, może jeszcze waga trochę spadnie.

Jutro basen malutkiej, ale tym razem mój mąż będzie pływał, bo ja się będę spieszyć po basenie na moją psychoterapię. Ech, pora uleczyć duszę.

Z dobrych wieści, kupiłam sobie fajne masło do ciała palmer'sa. Jeszcze nie odpakowałam, ale będę smarować nim brzuch i pupę. Z kolejnych dobrych wieści, nie mam ani jednego rozstępu na brzuchu (co innego pośladki), ale jednak skóra jest trochę rozciągnięta, więc jest co naprawiać.

Idę oglądać serial i do spania!

środa, 18 września 2013

Hurra nr 1

Muszę to napisać. Ubrałam dziś moje najbardziej obcisłe spodnie - super slimy i są na mnie luźnawe! W końcu się nie opinają. Zaczynam się w nich dobrze czuć. (Być może to dlatego, że upały się skończyły i człowiek nie jest opuchnięty, a być może moje treningi i trzymanie diety działają).

Jutro przyjeżdża mama,  jak już wspominałam. Trochę mi pomóc, trochę posiedzieć z Małą, chociaż coś widzę i czuję, że jutro czeka mnie pracowity dzień. Mam naprawdę dużo do zrobienia a jeszcze trzeba wpleść w to mamę.

Ponieważ maleństwo skończyło właśnie 7 miesięcy i wstaje aż 4 razy na jedzenie w nocy, postanowiłam zacząć sukcesywnie je tego oduczać. Zobaczymy co z tego wyniknie i jak to na mnie wpłynie jeśli się uda - chodzi mi przede wszystkim o wydatek energetyczny na produkcję mleka. Ale będę trzymać rękę na pulsie i będę wszystko konsultować z Kariną.

Ze złych wiadomości - w sobotę otwarcie pizzerii w moim bloku. To może się skończy tragicznie.

Ciężka środa

Piękny słoneczny dzień, a jednak jestem strasznie zmęczona, gdyż moje maleństwo postanowiło wstać w nocy o 4 i bawić się aż do 8:40, kiedy to padło nieprzytomne. Wstałam więc wcześnie rano i jeszcze przed śniadaniem zrobiłam książkowy trening Ewki, potem zjadłam śniadanie, a potem padłam jak zabita na godzinę snu. Na szczęście mała też była zmęczona i dała mi taką możliwość.

Śniadanie. Jadłam kaszę jaglaną na mleku - niestety sojowym, więc było to niedobre i bez smaku, musiałam dodać masę syropu z agawy, pewnie więcej niż powinnam, nawet dołożona śliwka nie uratowała sytuacji. Wypróbuję taką kaszę jeszcze raz z normalnym mlekiem. Może jednak tego syropu z agawy nie było za dużo, albo byłam tak zmęczona po nocy, bo zrobiło się mi słabo jeszcze przed drugim śniadaniem. Ręce się mi roztrzęsły, nie mogłam nakarmić małej. To już drugi raz w ciągu tygodnia, w niedzielę też tak było, a przecież jem bardzo dużo. I to drugi raz tak mam po śniadaniu,  przed drugim śniadaniem!!

Znalazłam fajnego bloga, na którym jest nieskończenie wiele pomysłów na śniadania - owsianki, placki, pancake'i - w zasadzie mogłabym jeść tylko to. Szkoda, że śniadanie jest tylko jedno. Sama nie wiem, od czego zacząć. Jeszcze mam nakupionych mnóstwo śliwek, które mają szansę się zepsuć, ale nie mogłam się powstrzymać, bo są przepyszne, a to owoce sezonowe, więc wiadomo, że będą bardzo krótko. Powinnam jeszcze gruszek nakupić, bo też mam przepisy gruszkowe, a jeszcze jutro mama ma mi przywieźć maliny. Szkoda, że owoce mam limitowane!!! Staram się jeść ich tyle ile mi wolno, czasami oszukuję, na parę gram, ale staram się jednak tego nie robić. Karina mnie strofuje, że to dużo cukru. Tak samo jak w kawie z mlekiem. Dziś wypiłam znowu po obiedzie małą kawę z mlekiem sojowym, mało dałam tego mleka, ale chyba powinnam na to uważać, bo miałam pić jedną kawę. Jedna to jedna, a nie więcej!!!

W sobotę czeka nas tragedia. W moim bloku zostaje otwarta pizzeria. Oczywiście przez pierwszy miesiąc są super promocje i super ceny i oczywiście nie wolno jeść mi pizzy. Zresztą ostatni raz jadłam pizzę w czerwcu, na spotkaniu u moich szwagrów i wtedy to wpadłam w wielkie obżarstwo - złamałam porządnie dietę. Po tym wypadku dostałam od mojej trenerki coacha, który miał mnie nauczyć, jak nie robić takich rzeczy. Cóż, niby mnie zmotywował, ale na wakacje i tak mi to nie pomogło. 

Jestem nieprzytomna. Czekam na mojego męża. Idę dziś na siłownię zrobić mój trening siłowy - słabo się tak ćwiczy samemu. Z moją trenerką treningi siłowe były frajdą. Ale w sumie są dobrym urozmaiceniem do tego pocenia się i męczenia podczas kardio. Liczę, że moje mięśnie się rozbudują... chociaż może lepiej nie, w każdym razie wzrost masy mięśni zwiększa metabolizm i zawsze wtedy tkanka tłuszczowa leci w dół, więc to może być dobra metoda odchudzania się.  Nie ważę się tak często, więc nie wiem jak wygląda sytuacja. Zresztą dziś nie wiadomo skąd pojawiło się lekkie zaparcie - pewnie kasza jaglana z rana nie dała rady. Nie ważne. Po siłowni o 20:00 stretching na zajęciach. Rzadko chodzę na takie coś, ale teraz jakoś mam ochotę!!! A jutro znowu Ewka. W sumie wyglądam już ok. Nie panikuję z powodu mojego wyglądu, ale oczywiście trzeba wytrwać, żeby jeszcze trochę poprawić skład mojego ciała, zanim zacznę wychodzić z diety. Idę robić podwieczorek :)

poniedziałek, 16 września 2013

Poniedziałek z głowy

Pierwszy dzień tygodnia minął pomyślnie. Pomimo, że rozlało się strasznie i mój mąż wrócił ze 2 godziny później z pracy niż zazwyczaj (nie miał parasola więc czekał, aż przestanie padać), to udało się mi zrobić zakupy w teskaczu, a także wyskoczyć na godzinę na siłownię. Trening siłowy + 20 minut interwałów zaliczone. Niestety musiałam odwiedzić siłownię osiedlową, bo na moją nie chciało się mi jechać tylko na sam trening bez fitnessu - smród, zaduch, pot i masa ludzi. Jedyna zaleta jest taka, że 5 minut od domu i gdy nie zdążę, to mogę iść nawet na 21, bo otwarte do 22:30.

Zgrzeszyłam odrobinkę i zjadłam trochę za dużo otrębów na podwieczorek... ale jak mówiła Karina nic się nie stanie, jak raz się zje trochę więcej (do tego zjadłam starego melona, który już zaczął gnić.... trzeba było go wyrzucić, nie jestem z siebie zadowolona! Zwłaszcza, że kupiłam takie pyszne śliweczki, od których jestem totalnie uzależniona!!!). Dostałam też dziś od niej maila:

Super sobie Pani poradziła, własnie proszę tak nie sprawdzać wagi bo zależy nam przede wszystkim na redukcji tłuszczu. Jeżeli czuje Pani, że spodnie są luźniejsze to znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze

Bardzo fajnie poradziła sobie Pani z tą szarlotką:) Świetny pomysł.
1 lampka wina na 2 dni to jak najbardziej ok.

Treningi też bardzo ładne.

Trzymam za Panią kciuki,

Serdecznie pozdrawiam, 



Tak więc jestem rozgrzeszona  z wypicia jednej lampki wina na tydzień, czyli już wiem, ile mogę pić alkoholu.
Zdrowych rzeczy też wiem ile mogę jeść. Później będę dokładnie ustalać/negocjować ile mogę jeść niezdrowych.

Jutro cały dzień ma padać, więc nawet nie pójdziemy z Małą na spacer. Zabiorę się za projektowanie pokoju jutro, bo dzisiaj był długi dzień. Czas na relaks.... czyli pewnie zaraz będzie karmienie i znów zostanę wyssana w nocy do ostatniej kropli!

Nowy tydzień - jeszcze tylko 4!

Poniedziałek. Zważyłam się. Jest 56,6 kg a miało być 56,0, czyli plan nie osiągnięty, jednak nie poddaję się. Jeszcze tylko 4 tygodnie diety. To przecież nic dla kogoś, kto wytrwał już 12+4 czyli 16 tygodni :) To tylko 25% z tego, co było.

Wczoraj sprzątałam szufladę w moim biurku. Znalazłam kalendarz, w którym zapisywałam na początku zeszłego roku jak się odchudzałam. Oprócz ćwiczeń była zapisane to, co zjadłam. Podwieczorek to na przykład były 2 mandarynki. 2 śniadanie też skromniutkie. Obiady często jadałam na mieście. Pierwsze śniadanie to drożdżówka i danio. I to głodzenie się wieczorem! Jadłam bardzo mało i niekoniecznie zdrowo. Teraz więc nie mam chyba co narzekać na moją dietę, bo naprawdę nie jest źle. Jem bardzo dużo. Nie muszę się głodzić, nie odczuwam wcale głodu - prawdą jest, że podjadłabym sobie jeszcze trochę, zwłaszcza owoców czy suszonych owoców, albo więcej chleba, ale przecież mam utrzymywać niewielki deficyt kaloryczny. I to tyle. Potem będę jeść więcej. I wszystko przebiegnie sprawnie i pod kontrolą. Jestem w bardzo dobrej formie. Dieta idzie w dobrym kierunku. Nie będę narzekać. Mam nadzieję, że waga jeszcze trochę spadnie, ale przeżyję, gdy nie będę już ważyć 54 kilogramów. Nawet to nieszczęsne 56 mnie zadowoli, byleby tkanka tłuszczowa spadła. Ale spokojnie, nie poddaję się. 4 tygodnie walki jeszcze przede mną. Poza tym po 4 tygodniach też nie rzucam diety. Dalej będę ją kontynuować, będę jedynie zwiększać ilość przyjmowanych kalorii. Muszę się dokładnie wszystkiego dowiedzieć, jak będzie z moimi przyjemnościami i grzeszkami i nie będę sobie folgować. Okazuje się że 2 tygodnie obżarstwa wakacyjnego nie zostały odrobione jeszcze w ciągu 4 tygodni po wakacjach. Hmmm, rzucanie się na jedzenie po diecie to największy błąd jaki można popełnić!!! Trudno, kolejny tydzień przede mną. Do roboty.

Rozplanowuję teraz jadłospisy na cały tydzień. Wiem mniej więcej codziennie co będę gotować, dzięki temu można zrobić sprawne zakupy i człowiek nie rzuca się na byle co, tylko po prostu wie, co ma jeść. Planuję również jadłospis na następny dzień, więc również nie mam problemu z pokusami.

Maleństwo grzecznie śpi, nie wiadomo jak długo, bo położyłam ją tylko na krótką drzemkę. Idę przygotować kurczaka na obiad. Będzie makaron z kurczakiem i pieczarkami w sobie z jogurtu greckiego i pietruszki. I jeszcze trzeba ugotować zupkę dla Maleństwa.


niedziela, 15 września 2013

60 dni z Ewką i pierwsza nagroda

Weekend za nami i... pierwszy tydzień bez słodyczy też za mną. Mimo, że byli u nas dzisiaj goście, mimo że upiekłam podobno przepyszną szarlotkę, to nie dziubnęłam jej ani trochę. Dla siebie zrobiłam wersję light - bez cukru, bez kaszy manny, która jest mi zakazana, jedynie z odrobiną masełka. Cóż, ono też jest mi zakazane, ale jednak trochę tłuszczy mogę jeść, a na obiad nie spożyłam ich wiele, bo było leczo robione prawie że wyłącznie na wodzie oraz pieczeń z mięsa mielonego, do której w ogóle nie użyłam żadnego tłuszczu. Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone.

Wstałam dzisiaj rano, poszłam się zważyć, jak to zaplanowałam - i co? I waga poszła w górę. Ważenie jednak odbyło się przed wizytą w kibelku, a więc uznaję je za nie do końca wymierne. Było 56,7 kg :/ a na ten tydzień miałam zaplanowany cel 56,0kg! Nie najlepiej! Z drugiej jednak strony postawiłam na trening siłowy. Porządny, morderczy z obciążeniami i z progresem w celu zbudowania tkanki mięśniowej. Ostatnio okazało się, że zniknęło mi 1,5 kilo mięśni! Trzeba więc to odpracować. 2 kilo tłuszczu też jest do zgubienia. Tak więc nie przejmuję się zbytnio, jutro się zważę jeszcze raz i nawet jak nie będzie super dobrze to i tak się nie będę przejmować, bo będę się kierować wynikami z pomiaru profesjonalną wagą. Ona mi prawdę powie. Będzie dobrze, wierzę w to. Spodnie moje zrobiły się luźniejsze. Jadłam w tym tygodniu bardzo regularnie i zdrowo i nie miałam już tak, że cały czas myślałam o jedzeniu, widzę więc postęp. Za niezjedzenie słodyczy w weekend mam dostać 50 zł - będzie na później, na jakieś fajne przyjemności. Pomyślę jeszcze na co.

30 dni z Ewą Chodakowską zamieni się chyba w 60 dni w Ewą, bo w dni w które robię trening siłowy nie jestem w stanie zrobić Ewki. Też mam jakieś ograniczenia czasowe (na przykład 90% mojego czasu spędzam w kuchni gotując zdrowo dla siebie i dla rodziny). Staram się więc wykonać Ewkę 3 razy w tygodniu jako dodatek do moich treningów. Przy moim doświadczeniu (16 lat aktywnego trybu życia!) nie czuję za bardzo tych treningów, nie mam zakwasów. Owszem, zmęczę się trochę, myślę więc, że mogę je potraktować jako takie lekko-średnie cardio i tak będzie najrozsądniej.


Jutro nowy tydzień i nowe wyzwania. Ostatnie 4 tygodnie diety 1800 kcal. Ostatnia szansa na zgubienie paru dekagramów...


PS. Dochodzę powoli do wniosku, że nie mogę się tak przejmować wagą, bo się wykończę. Jeszcze i tak czeka mnie parę skoków (oby niewielkich) - odstawianie od piersi, powrót do pracy... mój tryb życia będzie się zmieniał i nie będę mieć na to wpływu, najważniejsze, że będę zdrowo się odżywiać. Muszę się pochwalić, że to był mój pierwszy w 100% zielony tydzień, czyli wszystko zrobiłam bardzo dobrze i nie mam sobie nic do zarzucenia.

czwartek, 12 września 2013

Marchewka

Nie wiem, czy wspominałam, ale zrobiłam sobie nagrodę w niedzielę i byłam w cupcake corner. Zjadłam i babeczkę i lody - większe oraz jeszcze latte, też nie najmniejszą tylko średnią. Nie patrzyłam, jakie mleko wlewają, ale na pewno nie chude. Nie wiem, ile kalorii spożyłam, ale na pewno mnóstwo! Chyba słabo to wygląda, jak się jest na diecie odchudzającej i próbuje się zredukować wagę. Zupełnie nie do pojęcia jest to dla mojego męża. W sumie jego męski logiczny umysł lepiej to wszystko ogarnia i skoro mówi, że to jest bez sensu, żeby cały tydzień walczyć a potem w weekend spożywać tyle kalorii (owszem, jest teoria, że przyspiesza to metabolizm, ale na ile jest prawdziwa? Jest też teoria, że jak się nie je słodyczy to powoli przechodzi na nie ochota... ). Tyle o teoriach). W każdym razie mój mąż wymyślił, że zaoferuje mi wsparcie, zwłaszcza, że widział moją smutną minę po wizycie u pani dietetyk, kiedy to okazało się, że mam 2 kilo (dokładnie 1,9 kg) więcej tłuszczu niż na początku sierpnia. Chyba stwierdził, że jak tak dalej będzie to ta moja dieta nigdy nie skończy się, a on by sobie zamówił pizzę. Zaproponował mi, że za każdy tydzień bez słodyczy dostanę od niego 50 złotych,  w przeciągu 5 tygodni uzbiera się całkiem spora sumka na moje własne osobiste wydatki. Nie żeby mi zależało na takich pieniądzach, chyba nawet wolałabym jeść te ciastka, ale prawda jest taka, że nie umiem zachować umiaru. Jem zdecydowanie za dużą porcje. Mając mojego męża patrzącego mi na ręce/na talerz będzie mi łatwiej się zmobilizować, żeby wytrwać, a jak już osiągnę cel to nie zniweczę go wielkim obżarstwem... po raz drugi! Tak więc przyjmuję wyzwanie. Najwyżej polegnę w jakimś tam tygodniu, ale pewnie wejdzie mi to na ambicje i nie odpuszczę. Oszukiwać też nie będę i nie będę jeść ciastek po kryjomu, bo to byłoby bardzo nie ładnie i nie fair i zupełnie nie w moim stylu (co innego oszukiwać samą siebie, ale tego nie chcę już też robić).

Zakupiłam arsenał (dosłownie, bo wydałam na to majątek) owoców suszonych, które będą mi teraz zastępować inne słodkości. Oczywiście nie będę ich jeść dużo, bo to sam cukier i masa kalorii, tylko tyle, ile mi wolno:

10g na śniadanie oraz ewentualnie będę wymieniać świeże owoce na suszone w ilości: 50g owoców świeżych = 10g owoców suchonych, ewentualnie suszone owoce na śniadanie wymienię na świeże. mogę jeść też owoce jako przekąska potreningowa, niezależnie od czasu mojego treningu, ważne, by był intensywny. Ostatnio miałam zagwozdkę, czy jeść przekąski po Ewce, bo ten trening trwa tylko 30 minut, czasem 35, a przeczytałam wczoraj artykuł, że warto jeść coś po treningu, dopiero gdy ćwiczy się 45 minut lub dłużej. Karina powiedziała jednak, ze to zależy od intensywności treningu, jeśli w ciągu tych 30 minut daję z siebie wszystko, to należy się mi przekąska, a jeśli to lekkie aeroby to wtedy nie. Proste. Za każdym razem muszę sama ocenić czy zjeść przekąskę, czy nie. Niestety jestem łasuchem i mogę być nieobiektywna i źle oceniać intensywność treningu, dlatego muszę skupić się na celu i NIE OSZUKIWAĆ SAMEJ SIEBIE!!!!

Po dzisiejszym treningu na pewno należała się mi przekąska: 2 godziny ćwiczeń - godzina na siłowni oraz godzina zajęć HIIT. Ponad 900kcal spalonych, ponad 34g tłuszczu. Super trening. Jestem z siebie zadowolona. Chyba nawet zrobię sobie dzień odpoczynkowy jutro na regenerację, bo chciałabym ćwiczyć i w sobotę i w niedzielę. Jutro to zanotuję w mojej książce Ewki, zresztą zobaczymy, jakie będą jutro nastroje.

Na zajęciach HIIT patrzyłam w lustro i muszę stwierdzić, że mam obwisłe pośladki. Tak tak, pomimo tylu ćwiczeń pośladki są najbardziej kłopotliwą częścią mojego ciała. Oglądałam ostatnio  w internecie zdjęcia dziewczyn po metamorfozach z super podniesionymi pośladkami po jakichś 10-minutówkach z Mel B... Czyli to może działać? Czy wszyscy ćwiczą już teraz z youtube? Chciałam przyjąć takie wyzwanie i ćwiczyć 1 dzień pośladki z Mel B, jeden z jakąś Tiffany a jeden robić sobie przerwę, takie wyzwanie 30 dniowe, ale nie wiem, czy to nie byłoby już za wiele. Dowaliłam sobie trening siłowy, dowaliłam sobie Ewkę, niemalże nie mam dni odpoczynku a jeszcze chciałam sobie dołożyć. O nie, trzeba przystopować trochę i zrobić wszystko po kolei. Najpierw osiągnę mój cel wagowy i tłuszczowy (tłuszcz jest ważniejszy), a potem zajmę się kształtowaniem moich pośladków. Trzeba mieć jakieś cele rozłożone w czasie, jakieś plany na później.

Plany planami a u mojej małej zaczyna się katar ropny. Jutro do lekarza i zobaczymy co to będzie. Akurat jak zaczęłyśmy chodzić na basen! Niestety małe dzieci często podobno mają katar. Ale dlaczego? Przeciez karmię piersią!? Powinna mieć moją odporność, wysoką odporność!!!!

Kończę już ten mój długi wywód i zbieram się do spania, jutro długi dzień. Jutro idę też na drugą wizytę do psychoterapeuty. Zobaczymy, czy da się naprawić moją wypaczoną psychikę :) Dobranoc.

środa, 11 września 2013

Uszy do góry

Nie będę się załamywać. Nie jest źle. Najważniejsze jest to, ze uczę się zdrowego trybu życia i nauczę się go. Mam pomoc super dietetyka, a więc na pewno odniosę sukces. Już wyglądam bardzo dobrze i dobrze się czuję, a waga na pewno spadnie. A jak nie, to najważniejsze, żeby tłuszcz spadł i też będzie w porządku. Przetrwałam 15 tygodni diety (w różnym stopniu mojego oszukiwania oczywiście, ale jednak dałam radę, okresu 2 tygodniowych wakacji nie liczę), to przetrwam jeszcze te 5. Traktuję ten czas jako czas na naukę. W końcu będę wiedziała co jeść, jak jeść i kiedy jeść. W końcu uporządkuję w moim życiu kwestie jedzeniowe i będzie już tylko dobrze. Uszy do góry, Marianna!

Grubość

Czuję się taka gruba od wczoraj :( Jeszcze wczoraj się tak źle nie czułam, a to ważenie wytrąciło mnie z równowagi. Czekam na maila od Kariny, zobaczymy, co napisze. Wczoraj mi mówiła, żebym się nie załamywała. Ciężko się nie załamać, skoro człowiek sam na własne życzenie marnuje efekty swojej diety. Ale nic dziwnego, że tak się stało. Człowiek przez 12 tygodni liczy skrupulatnie kalorie, a potem rzuca się na nieograniczone ilości jedzenia. Klasyczny przykład jo-jo. Mam nauczkę. Chciałam tym razem zdrowo zrzucić kilogramy i nauczyć się nowych nawyków. Tym razem będę dokładnie pod kontrolą pani Kariny, będę się trzymać jej wytycznych i raportować do niej co tydzień. Właśnie tak. Dam radę jeszcze te 5 tygodni, akurat przez ten czas moje 2,2 kg tłuszczu powinno zniknąć. Myślę, że to idealny czas. Nie zakładam sobie już 3 tygodni (to była optymistyczna wersja), bo nie ma co się stresować i oszukiwać, że to się uda. Lepiej powoli, a skutecznie. Wszystko zrobię z głową. I nie będę już jeść głową, to znaczy emocjami. Mój cel będzie nadrzędny. Będę jakoś inaczej rozładowywać emocje. Jedna nagroda niedzielna mi wystarczy. Do roboty! Idę robić obiad, bo moje maleństwo jeszcze śpi. Chyba przez ten deszcz taka senna pogoda, że nawet małe się nie chce wstawać. Uszy do góry. Wszystko będzie dobrze. Może nawet zmotywuję się, bo już wczoraj wieczorem coś zaczęłam i wymodeluję pokoik dla małej!!! Na to potrzeba trochę czasu i siły, ale jakoś dam radę!

wtorek, 10 września 2013

Dziennik pokładowy diety

Byłam u mojej dietetyczki. Zważyłam się na specjalnej wadze i ... mina mi zrzedła! Prawie 2 kilogramy więcej tłuszczu, pomimo, że od trzech tygodni trzymam dietę to jednak waga przedwakacyjna nie wróciła. 12,2 kg tłuszczu, a było 10,3 kg! Jest różnica. Ustaliłam z panią dietetyk, że dam rade jeszcze 5 tygodni wytrzymać na mojej diecie, a potem będziemy stopniowo z niej wychodzić. Powoli będę dokładać kalorii i obserwować, jak zachowuje się mój organizm. Rzucenie się na jedzenie od razu po diecie to wielki błąd - patrz wakacje. Nie ma co się załamywać. Niewiele jeszcze. 2,2 kilo tłuszczu do zrzucenia, dam radę! Tak naprawdę to spokojnie w te 5 tygodni powinnam sobie poradzić, może nawet uda się trochę wcześniej. Trzeba tylko zewrzeć poślady i spojrzeć prawdzie w oczy, że 3 tygodnie diety dietą, ale nie trzymałam jej tak do końca. Jak sięgnę pamięcią wstecz to przypomnę sobie moje grzeszki:

1. 4 ciastka z buczka zjedzone po kryjomu w parku
2. sporo naleśników tłustych u mamy na sobotnim obiedzie
3. krem czekoladowy z kaszy jaglanej
4. tarta kokosowa z olejem kokosowym
5. Późny obiad u teściowej
6. Eko ciastko jabłkowe u mamy
7. Podjadanie owocków suszonych i czekolady po obiedzie
8. Granola

Pewnie jeszcze coś by się mi przypomniało. Moich nagród weekendowych nie liczę. W sumie sporo kalorii, które nie pozwalają mi schudnąć. Mój grzech główny: 3 razy kawa z dużą (150ml) ilością mleka. To wychodzi prawie pół litra dodatkowego słodkiego napoju! Oto odpowiedzi, dlaczego nie mogę schudnąć!!!!
Czekolada gorzka, nawet 2 kostki - mogę zjeść, ale raz w tygodniu! Boże, co za sajgon. No ale mam odpowiedzi na wszystkie pytania, czemu waga nie spada, czemu tłuszcz tak drastycznie wzrósł!

Od teraz wolno mi pić tylko jedną kawę dziennie. Tak pozwoliła mi pani Karina, dietetyczka. Nie wolno mi jeść słodzonych płatków typu granola, a właśnie sobie zrobiłam spory ich zapas. Pocieszające jest to, że jeszcze tylko 5 tygodni i będę mogła włączyć do diety ser żółty, awokado, a nawet będzie mi wolno zjeść łyżeczkę dżemu. Mam być teraz w stałym kontakcie z Kariną i informować ją co tydzień o mojej wadze. Będę się ważyć raz w tygodniu - w sobotę albo w niedzielę.

Pizza na spotkaniu towarzyskim - owszem, ale jeśli zjem jej tylko jeden kawałek. To już lepiej zrobić sobie zdrową sałatkę albo kanapki.

Oprócz tego treningi. Spadła mi masa mięśniowa. Nie ćwiczę już tak mocno jak wtedy gdy miałam trenerkę personalną. Od tego tygodnia  włączam więc trening siłowy - porządny na siłowni z ciężarami, superseriami, tradycyjny, z niewielką ilością powtórzeń. Trzeba zbudować trochę masy mięśniowej, to poprawi się metabolizm. Ewa Chodakowska? Tak, ale nie codziennie. Będę ją ćwiczyć 3 razy w tygodniu, wtedy, kiedy nie będę chodzić na siłownię, mogę też wtedy dołączyć jakieś cardio jak się mi uda, ale pogoda robi się coraz gorsza, więc z bieganiem czy z rowerem może być trochę słabo, ale zrobię sobie jeden dzień odpoczynkowy w tygodniu, bo nie można tyle ćwiczyć. Nawet jak przećwiczę tylko 4 godziny w tygodniu to powinno być dobrze, powinno wystarczyć, byle by dobrze ćwiczyć. 

Kolejna wizyta kontrolna równo za 5 tygodni, we wtorek 15 października. Liczę na sukces, nie poddam się.

Acha, mam nie omijać posiłków i jeść kolacje, żeby uczyć się regularności. Myślę, że jak wyeliminuję inne błędy to i tak powinno być dobrze. Do dzieła. Do roboty. Już niedużo, już niewiele, już niedaleko!!!

PS. Moja osobista waga domowa pokazuje około 4% więcej tkanki tłuszczowej, niż waga Kariny. Dziś waga Kariny pokazała około 20% (sprawdzę to dokładnie jak dostanę maila z wynikami), a moja 23,9% tłuszczu. W każdym razie, żeby mieć mniej więcej pogląd, jak zacznie u mnie na mojej wadze spadać % tłuszczu i obniży się do około 22%, to będzie znaczyło, że jest dobrze. Może uda się mi w krótszym czasie uzyskać mój cel. Wystarczy się postarać.

Trening siłowy zaliczony. Na rozgrzewkę 15 minut biegu z prędkością 7,8 km/h, potem 6 ćwiczeń w 3 superseriach, na koniec 10 minut marszu z prędkością 6,0 i ze spadkiem 7,8%. 430 kcal spalonych. Metabolizm podciągnięty. W sam raz na noc ;-) Jutro tylko Ewka.

poniedziałek, 9 września 2013

Balans

Nowy tydzień. Udało się mi spotkać z koleżanką Magdą, która odchudza się u tej samej pani dietetyk co ja. Pomimo, że nie przestrzegała wszystkich jej wytycznych to udało się jej wrócić do jej wagi a nawet waży kilogram mniej. Okazało się, że jej też nie jest łatwo. Mąż jej cały czas truje, że nie wolno się jej odchudzać, że czemu nie ma siły dla niego, że czemu nie pracuje z nim do drugiej albo trzeciej w nocy, jak to miało miejsce wcześniej. Cóż, teraz mają drugie dziecko i ona ma pełne ręce roboty, nie mówiąc o tym, że karmi młodszą córkę cały czas. To też powód do awantur, bo przecież nie powinna być na diecie jak karmi. Dziś zjadła przy mnie kremówkę, więc nie żałuje sobie, natomiast trzyma pory posiłków, je regularnie i pilnuje kolacji, żeby nie jeść jej później niż o 19:00. I tu pewnie jest mój pies pogrzebany. Zaczynam jeść śniadanie później bo koło 7:30 -8:00 i kolacja wychodzi mi koło 20:00, a czasem jak się nie pozbieram to około 20:30. Będę się starać, żeby jeść ją zaraz po Małej, czyli jak ona je o 19:00 to ja o 19:30, a najpóźniej o 20:00, a jeśli będę ćwiczyć w tym czasie, to będę jeść tylko przekąskę potreningową (ciekawe, czy ona też nie dokłada mi kilogramów, ale chyba nie, ma ona na celu zabezpieczać moje mięśnie, a przecież nie chcę się pozbywać moich mięśni!!!).

Jutro wizyta u pani dietetyk i ważenie na naszej specjalnej wadze. Dowiem się całej prawdy. Nie odzyskałam zdaje się wagi przedwakacyjnej, ale w zasadzie jestem zadowolona z tego jak wyglądam i dobrze się ze sobą czuję. Tak więc idę w stronę równowagi. Nie miałam wyrzutów sumienia po weekendzie. To dobry znak. Ileż można żyć z wyrzutami sumienia po wszystkim, co się zje! Z drugiej jednak strony jak spojrzę czasem na mój tyłek to jestem przerażona, dlaczegóż on musi być taki wielki!

sobota, 7 września 2013

Dzień u rodziców

Sobota. Dziś się zważyłam: 56,6kg, czyli wspaniale idzie w dół i jest szansa na 55 kg do końca września, a jeśli tak, to nie poddaję się, o nie!

Dzisiejszy dzień spędziłam u rodziców, zjadłam więcej niż powinnam, bo na obiad aż 3 naleśniki z indykiem, a nie były one bardzo dietetyczne bo i z masełkiem i ze śmietanką i z serkiem żółtym. Do tego deser, ale eko i mało, czyli moja tarta kokosowa bez cukru oraz zapiekane jabłka mamy na herbatnikach razowych. No trudno, daruję sobie tą lekką rozpustę, zwłaszcza, że jeszcze trochę muszę zacisnąć pasa i wytrzymać. Osiągnę mój cel. To był taki mój dzień odpoczynkowy, zresztą podobno badania pokazują, że w różnych sytuacjach jest coś takiego jak społeczne przyzwolenie na jedzenie więcej i występuje ono na przykład w domu rodzinnym albo w większym towarzystwie. Podobno je się wtedy nawet do 90% więcej niż normalnie! Cóż, nie przesadziłam aż tak, ale 1800 kcal to na pewno nie było. Powiedzmy, że przyspieszyłam sobie dzięki temu przemianę materii. Jutro niedziela. Planuję się nagrodzić i pójść na jakieś dobre ciasteczko i loda do cupcake corner. Nigdy tam nie byłam. A od poniedziałku walczę dalej. We wtorek spotkanie z panią dietetyk pomiary i moment prawdy!!!!

Ech, późno już, pora zmusić się do ćwiczeń z Ewą. Nie wiem, kiedy ja zrobię moje regularne treningi, bo brakuje mi czasu dokładnie na wszystko!

Udało się mi zrobić inwentaryzację pokoiku Małej, ale naszej sypialni jeszcze nie zrobiłam, a chcielibyśmy przystąpić wkrótce do remontu. Ogarnę się i zabiorę się za to. Jutro zinwentaryzuję nasz pokój i rozrysuję rzuty i kłady ścian, a od poniedziałku modelowanie i wymyślanie :-)


Zdrowe i energetyczne śniadanko - podstawa udanego dnia

czwartek, 5 września 2013

A może już nie muszę się odchudzać?

Wróciłam ze wsi. Podładowałam baterię, mimo, że nie miałam ani chwili wytchnienia dla siebie - no może przesadzam. Najadłam się eko-warzyw i eko-owoców i powoli dochodzę do wniosku, że może to już powinno iść ku końcowi z tym odchudzaniem? Nie wiem, czy mi waga jeszcze zejdzie w dół czy nie, ale już w miarę ok czuję się ze swoim ciałem, oczywiście zawsze może być lepiej, ale przecież ćwiczę i robię Ewkę Chodakowską. Liczę na fajne efekty. No, po 4 dniach spodnie są na pupie luźniejsze. Zważyć się nie zważę, bo mam znów ogromny brzuchol po fasolce i kilogramach warzyw, które spożyłam. Może trochę nawet za dużo. Myślę, że jak nie będę się odchudzać to nie będę ograniczona wszelakimi ograniczeniami i wtedy może nawet będzie  mi łatwiej zdrowo żyć bez tej presji. Poza tym uznaję, że mój organizm walczy ze mną a ja z nim i póki karmię to nie puści mi już więcej tłuszczu. We wtorek idę na pomiary i wtedy się wszystko okaże, wtedy też podejmę decyzję ile jeszcze odchudzania - czy do końca września, czy do połowy października, a może to już teraz, a może wytrzymam jeszcze do swoich urodzin, albo do 18 listopada, kiedy to minie 9 miesięcy od mojego porodu. Czas pokaże. Chcę mieć mniej niż 10kg tłuszczu w ciele. Zmęczona długim dniem podążam spać :-)

wtorek, 3 września 2013

Przemęczenie

Dzisiejszy trening z Ewką był morderczy. Wylało się ze mnie wiadro wody, przynajmniej pod koniec. Stwierdzam jednak, że jestem coraz bardziej zmęczona i zła. Gdzie te pieprzone endorfiny? U mnie wyzwoliła się jakaś zła energia. Może to przez konflikt wewnętrzny, gdyż już jakiś czas temu doszłam do tego, że trzeba mieć dni odpoczynkowe a tu nagle codzienne treningi!? Niby pół godziny, a dają w kość. Dziś byłam jeszcze na siłowni zrobić czysto siłowy trening. Dodatkowa porcja kardio zabiłaby mnie. A może moje przemęczenie spowodowane jest tym, że od pół roku nie przespałam jeszcze całej nocy?

Zabrałam się za projekt pokoju mojego malucha. Utknęłam na inwentaryzacji, samemu z taśmą to niewykonalne. Zdobyłam więc dalmierz, ale jutro wyjeżdżam na wieś na 2 dni, więc nici z jakiejkolwiek pracy. Oj, coś robota nie posuwa się za szybko! Ale w piątek zrobię inwentaryzację obydwu pokoi, rozrysuję rzuty i kłady ścian i zacznę modelowanie w 3d. Koniec obijania się!!!

Idę teraz spać, bo ledwo żyję. Jeszcze muszę wszystko na jutro popakować, łącznie z jedzeniem dla mnie i dla małej. Oh my god, będzie tego dużo!!! Dobrze, że wózki i łóżeczka zamknięte już w aucie, bo bym się przekręciła.

poniedziałek, 2 września 2013

30 dni z Ewką

A więc zaczęłam! 30 dni metamorfozy. Wczoraj zrobiłam pierwszy trening, połączyłam go jeszcze z moimi osobistymi ćwiczeniami cardio i o mało co nie wyzionęłam ducha! 500 kcal spalone! Godzinka przećwiczona. Dziś już bardziej lajtowo, bo wykonałam trening Ewki w niecałe pół godziny, ale włosy i tak miałam mokre i pot zalał mi oczy. A jednak jest ten trening dość intensywny, tyle, że krótki. Zobaczymy, jakie będą efekty. Po 2 tygodniach od wakacji już czuję się dobrze, myślę, że wagi jeszcze nie odrobiłam i nie wróciłam do tej z początków sierpnia, ale jest blisko. Moja szwagierka dietetyczka stwierdziła, że i tak niewiele przytyłam jak na przejście od diety do takiego obżarstwa od razu bez żadnego etapu przejściowego, więc jest całkiem nieźle.

Zdjęcie brzucha z początku metamorfozy, czyli z wczoraj. Hmm, wygląda jakbym nie miała talii i wyglądam jak facet :] rzeczywistość nie jest chyba aż tak okrutna! W każdym razie mięśnie już są, pracuję dalej, bo często jest tak, że jak się rano budzę to brzuchol jest płaski, a dopiero potem coś się z nim dzieje i zaczyna odstawiać. Mój mąż się pyta dlaczego tak jest. A skąd ja mam to do cholery wiedzieć. Myślę, że jeszcze mój mięsień brzucha jest trochę naciągnięty po ciąży i nie całkiem wrócił do siebie, z drugiej jednak strony tak ładnie teraz ćwiczę i wrzuciłam taki ogrom nowych mocnych ćwiczeń na brzuch, których w życiu nie robiłam, i mogę śmiało powiedzieć, że nigdy jeszcze nie byłam w takiej formie!!! Pracuję jednak dalej. Na zdjęcie pośladków się nie odważę, ale to właśnie pośladki (i uda) są moją główną zmorą, tak więc pracuję nad zmniejszeniem tkanki tłuszczowej (cellulit welcome to) na udach i na pośladkach. Będzie dobrze. Motywacja jest. Muszę pamiętać, żeby mieć ujemny deficyt kaloryczny, ale żeby też nie popaść w przesadę. Rozgromię ten mój ostatni tłuszczyk teraz, jeszcze przed moimi urodzinami, jak nie we wrześniu, to w październiki. To na pewno! Tak sobie obiecałam. Nie dam się!!!!!!




Zaczynam 30 dni metamorfozy z Ewką Chodakowską