piątek, 15 listopada 2013

Pizza day

Dziś na obiad zamówiłam sobie pyszną pizzę. Małą pizzę. Była bardzo mała, ale to dobrze, bo Karina pozwoliła zjeść jeden kawałek pizzy zamiast obiadu - myślę, że to mogło być mnie więcej tyle.

Dochodzę do wniosku, że: mam 32 lata, rozciągnięty mięsień brzucha po ciąży - mimo, że wypracowałam sobie kratkę na brzuchu, spaliłam z niego tkankę tłuszczową, to i tak jest i chyba będzie wystający. W poniedziałek minie 9 miesięcy od porodu. Minie więc już czas na powrót organizmu do formy. Co udało się zrobić to udało, a co nie, to nie. Na pewno nie zmienię tego, że moja skóra na pośladkach nie jest już tak jędrna jak była. Ma rozstępy i chyba jest mojej skóry więcej niż było. Skóra na brzuchu i pod ramionami też już trochę zwiotczała. Za czym więc ja gonię i po co? No właśnie. Po co? Za czymś nieosiągalnym. Nie będę mieć już ciała jak 17-latka. Nie ma więc sensu odmawiać sobie wszystkiego. Stąd między innymi pizza day. Zresztą waga już mi nie spada. Może jakbym przyłożyła się w 100% do diety jeszcze w poprzedniej jej fazie to by to się udało, ale przeciągnęłam to i za długo to wszystko trwało, więc zmęczyłam się całą tą dietą. Teraz mam cel nie przytyć. Utrzymać moją wagę 56 kilo przez całą zimę, aż do powrotu do pracy. Kiedy maleństwo skończy roczek i przestanę ją już karmić, to zastanowię się, czy przypadkiem nie podjąć jeszcze jednej próby zrzucenia tych ostatnich kilogramów - to już będą wtedy kosmetyczne poprawki. Zobaczymy. Ustalę to na kolejnej wizycie kontrolnej na początku lutego, tuż przed powrotem do pracy. Na razie nie przejmuję się, trzymam poziom 56 kilo!!! Myślę, że to dobry plan.

Nie jest źle poza tym. Czuję się bardzo dobrze, wyglądam też nieźle... oczywiście dalej mam dużą pupę, ale zawsze taką miałam. Opanowałam ataki obżarstwa, zmieniłam mój sposób jedzenia. Nie objadam się, nie obżeram się w samotności, nie zajadam problemów. Czasem mam zachcianki i pozwalam sobie na przyjemności, ale przecież czymże byłoby bez nich życie!!!! I tak chyba na mało sobie pozwalam i nie szaleję zanadto. Niby już dieta stabilizacyjna, ale przedtem też jadłam czasem bardziej kaloryczne produkty, więc jak od czasu do czasu coś zjem więcej to przecież nic się nie stanie.

Dziś w końcu idę sobie dać wycisk na fitnessie. 2 godziny szaleństwa, czyli 2 godziny zajęć, na których jeszcze nie byłam.

Koleżanka instruktorka doradziła mi, żebym rzuciła Ewę, bo zepsuję sobie kolana i odcinek lędźwiowy, a w zamian za to zabrała się za Insanity. Może to nie jest taki zły pomysł, zwłaszcza, że szykuje się okres imprezowo-świąteczny i będzie więcej jedzonka. Chyba od poniedziałku zacznę, muszę tylko zaciągnąć filmiki. Muszę tylko znaleźć na to czas!!!!

Opcja 2 to Lisa Marie... ale tam potrzeba dużo sprzętu.... no, może nie dużo, ale go nie mam i nie skombinuję, bo nie mam jak. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz