Wszystko co dobre, szybko się kończy. 7 listopada minął mi tak szybko, że nawet nie zdążyłam usiąść do komputera i skrobnąć jednego zdania. Następne urodziny dopiero za rok. Były prezenty, były życzenia, ale człowiek już jest starszy i jakoś nie przeżywa już takich dni, tak jak kiedyś, co nie znaczy, że nie czułam się wyjątkowo i nie porozpieszczałam się trochę. Zmieniło się jedno, nie czułam się samotna. Zawsze w urodziny dopadała mnie jakaś taka melancholia, a teraz nie przyszła. Teraz była ze mną Malutka cały czas. I moja mama przyjechała i poszłyśmy razem na obiad. Rozpieściłam się obiadem. Zupa krem z pomidorów, cannelloni ze szpinakiem i ricottą. Mniam. Do tego cappuccino, które podali mi z małą bezą, jako ciasteczko, czyli w sumie zrealizowałam plan zjedzenia bezy. Na urodzinowe świętowanie wybrałam się z mężem do Mount Blanc, pijalni czekolady i kawy. Kawa rozczarowała. Wzięłam zamiast zwykłej jakąś z syropem klonowym, a nie lubię dosładzanej kawy. Ale były też lody zatopione w mlecznej czekoladzie. Były super. I to koniec mojej rozpusty. Dziś trzeba powrócić do normalności. Postaram się teraz nie rozpuszczać i być może nawet przez 10 dni nie jeść nic podejrzanego ani słodkiego. 18 listopada będą u nas szwagier z szwagierką, którzy jedną nogą mieszkają już w Norwegii, może to będzie okazja do uczczenia zaległych urodzin i może wtedy zamówię w końcu tort Dakłas z Sowy. Jeśli nie, to muszę koniecznie tam kiedyś pójść.
A dziś powrót do rzeczywistości. Będę robić trening w domu, ten zestaw dla kobiet. Nie wiem, czy to on czy to XCO dało taki wycisk mojemu brzuchowi, że wczoraj bolały mnie żebra. Powtórzę trening i zobaczę. Tym razem nie będę robiła go na czas tylko 15 powtórzeń każdego ćwiczenia, 3 serie. Tylko trzeba równocześnie biegać za Małą po pokoju. Będzie cardio ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz