piątek, 8 listopada 2013

I po urodzinach

Wszystko co dobre, szybko się kończy. 7 listopada minął mi tak szybko, że nawet nie zdążyłam usiąść do komputera i skrobnąć jednego zdania. Następne urodziny dopiero za rok. Były prezenty, były życzenia, ale człowiek już jest starszy i jakoś nie przeżywa już takich dni, tak jak kiedyś, co nie znaczy, że nie czułam się wyjątkowo i nie porozpieszczałam się trochę. Zmieniło się jedno, nie czułam się samotna. Zawsze w urodziny dopadała mnie jakaś taka melancholia, a  teraz nie przyszła. Teraz była ze mną Malutka cały czas. I moja mama przyjechała i poszłyśmy razem na obiad. Rozpieściłam się obiadem. Zupa krem z pomidorów, cannelloni ze szpinakiem i ricottą. Mniam. Do tego cappuccino, które podali mi z małą bezą, jako ciasteczko, czyli w sumie zrealizowałam plan zjedzenia bezy. Na urodzinowe świętowanie wybrałam się z mężem do Mount Blanc, pijalni czekolady i kawy. Kawa rozczarowała. Wzięłam zamiast zwykłej jakąś z syropem klonowym, a nie lubię dosładzanej kawy. Ale były też lody zatopione w mlecznej czekoladzie. Były super. I to koniec mojej rozpusty. Dziś trzeba powrócić do normalności. Postaram się teraz nie rozpuszczać i być może nawet przez 10 dni nie jeść nic podejrzanego ani słodkiego. 18 listopada będą u nas szwagier z szwagierką, którzy jedną nogą mieszkają już w Norwegii, może to będzie okazja do uczczenia zaległych urodzin i może wtedy zamówię w końcu tort Dakłas z Sowy. Jeśli nie, to muszę koniecznie tam kiedyś pójść.

A dziś powrót do rzeczywistości. Będę robić trening w domu, ten zestaw dla kobiet. Nie wiem, czy to on czy to XCO dało taki wycisk mojemu brzuchowi, że wczoraj bolały mnie żebra. Powtórzę trening i zobaczę. Tym razem nie będę robiła go na czas tylko 15 powtórzeń każdego ćwiczenia, 3 serie. Tylko trzeba równocześnie biegać za Małą po pokoju. Będzie cardio ;-)

środa, 6 listopada 2013

Nowy trening dla kobiet w domu

Środa rano. Ostatni mój dzień, kiedy mam 31 lat ;-) Już jutro się to zmieni, ale na podsumowania może jeszcze przyjdzie czas. Na razie chciałam napisać o moim samopoczuciu po XCO. Wstałam... później niż zwykle bo o 7:50. Oczywiście poszłam spać koło północy i 2 albo 3 razy wstawałam do małej, więc tradycyjnie noc była przerywana, ale ponad 7 godzin snu było. Nie wiadomo jak liczyć taki sen. Obudziłam się zmęczona. Nie, żebym czuła jakieś zakwasy, czy ból, ale czułam, że moje mięśnie coś zrobiły. Poczułam to jeszcze bardziej, gdy zaczęłam wykonywać nowy trening:



Naprawdę było ciężko zrobić mi pewne ćwiczenia, zwłaszcza, że dużo było w podporze. Na pewno mój brzuch i ręce popracowały. Ostatnio w ogóle nie ćwiczę rąk żadnymi hantlami ani nie wykonuję żadnych ćwiczeń na górne partie mięśniowe. Ciągle te podpory i tego typu rzeczy. Choć na XCO co nieco było treningu na te partie mięśniowe. Spoko spoko. Będę ten trening wykonywać przez 2 tygodnie, a potem ruszam z treningiem siłowym.

Na zakończenie mojego 31. roku życia postanowiłam przestać panikować. Waga pokazała dziś 55,2 kg, czyli już naprawdę sekundy dzielą mnie od osiągnięcia mojego celu i nie zamierzam tego zaprzepaszczać, ani robić teraz nie wiadomo co, żeby zgubić te 0,2 kg, bo to przecież jest tylko 1400 kcal, czyli w zasadzie 2 porządne treningi półtoragodzinne. Oczywiście źle to liczę, bo skoro podczas takiego treningu porządnego 1,5 godzinnego spalam około 20 g tłuszczu, to potrzeba mi 10 takich sesji, więc ćwicząc powiedzmy tak 2 razy w tygodniu potrzeba mi 5 tygodni, żeby zrzucić 0,2 kg tłuszczu samymi ćwiczeniami, proste. Czyli akurat do wizyty kontrolnej u Kariny w grudniu powinno być to już zrobione. Taki jest mój plan. Oczywiście powinnam mieć jeszcze deficyt kaloryczny z diety, więc może się uda wcześniej, ale już się nauczyłam, że moja waga pogrywa sobie ze mną dokładnie tak, jak chce.

Na urodziny nie idziemy jednak na steki, tylko na słodycze. W zamian za to nie będę już jeść słodyczy w weekend. Zjem pucharek lodów i kawę. Nie będę zamawiać dodatkowego ciastka, bo miałam dylemat, ciastko, czy lody czy to i to. Na pewno nie to i to!!! To że mam urodziny znaczy, że mogę zaszaleć, ale nie muszę przesadzać!!! Idę robić zupkę maluszkowi i sobie obiad, bo potem mamy wizytę kontrolną u lekarza, a następnie przychodzi do nas niania na rozmowę. Zobaczymy, co to będzie!

PS. Nie wiem, co ja za głupotę wymyśliłam z tym obliczaniem spalania tłuszczu! Przecież chcę zgubić 0,2 kilograma, nie koniecznie tłuszczu. Tłuszczu chcę zgubić jak najwięcej, a na ostatnich pomiarach było około 11 kilo. Dążę do 10 kilogramów, chociaż nie wiem, czy to realne. Każda wartość niższa będzie dobra. Każda wartość większej ilości tkanki mięśniowej również będzie dobra. A co! Mięśnie są dobre! Unieważniam obliczenia, zabieram się za malowanie obrazków.

PS. 2. Czuję moje mięśnie brzucha. Nie są to zakwasy, ale czuję, że pracowały. Ręce też czuję.Jutro będę się regenerować. W piątek będę ćwiczyć w domu - koniecznie rano. Dziś się jakoś udało, chociaż małe chciało aktywnie przełączać mi stopper w telefonie :-)

wtorek, 5 listopada 2013

XCO

Poszłam na zajęcia XCO do Platinium. Super było. Nie wiem, czy to był mocny trening, ale na pewno było to coś innego i coś nowego dla mojego organizmu. W pewnych momentach czułam nawet ból, a w innych zmęczenie :-) a nawet pod koniec ćwiczeń na brzuch niemoc i niemożność zrobienia kolejnego planka! Będę próbować takie nowości, tak jak sobie zaplanowałam i zobaczymy co będzie. Do tego 40 minut bieżni w strefie tlenowej i poszło 750 kcal. Dawno nie robiłam jednak porządnych interwałów i treningu siłowego, ale od niego teraz odpoczywam, żeby potem ruszyć ze zdwojoną siłą na zregenerowanych mięśniach. W każdym razie wizyta na siłowni mnie zmotywowała i podbudowała. Od razu się lepiej poczułam. Nie piszę już więcej, idę spać. Jeszcze tylko moje uzależnienie od fejsbuka każe mi posprawdzać nowości na tym przeklętym portalu społecznościowym. Za to fajny artykuł znalazłam o regeneracji. Co mi przypomina, że powinnam więcej spać i pamiętać o piciu wody!!! Dziś oprócz tego co na treningu to wypiłam tylko 2 szklanki wody mineralnej. Do tego oczywiście masa różnych herbat, ale to i tak za mało. PIJ WODĘ!!!

Jedzenie nie będzie rządzić moim życiem!

Na stole w kuchni leży jeszcze pyszna szarlotka z weekendu, ale nie, nie skuszę się! Wystarczy, że wczoraj uległam i zjadłam kawałeczek po obiedzie. Nie jest mi to potrzebne. Dziś ważyłam 55,6 kg, a więc nie roztyłam się w weekend ;) ale jednak trochę waga wzrosła - zatrzymanie wody i treści pokarmowych. Czasem tak zdarza się, bo w 3 dni nie tyje się kilograma. Dostałam maila od pani dietetyk z pochwałą. Drugi tydzień był gorszy, jeśli chodzi o grzeszki, ale i tak sobie dobrze radze. Nie jest źle!!!

Postanowiłam, że jedzenie nie będzie mną rządzić. Nie zjem tej szarlotki. Nie potrzebuję tego. Nie będę się też karać i zadręczać tym, że wczoraj zjadłam ten jeden kawałek. Po prostu postaram się tego więcej nie robić, skoro obiecałam sobie, że słodycze jem tylko w weekendy i od święta. Nie będę też narzucać sobie, czy zjem coś słodkiego raz, czy dwa razy w tygodniu, bo to wszystko zależy od tygodnia i od okoliczności. Raz wyjdzie tak,  a raz wyjdzie inaczej. Nie będę robić też tak, że będę sobie postanawiać, że na przykład od moich urodzin wszystko będzie już super, a dzisiaj to jeszcze obeżrę się jak świnka.O nie! Cały czas dbam o moją figurę i zdrowie i dobre samopoczucie, nawet jak zdarzą się mi jakieś potknięcia. Tak więc postaram się nie grzeszyć teraz więcej i powoli dążyć do mojej upragnionej wagi 55 kilogramów. Tak, taki mam teraz cel i plan. W moje urodziny mamy iść do restauracji. Postaram się zjeść normalną kolację, oczywiście wypasioną i super smaczną. Może sobie daruję słodycze w ten dzień. Może nawet daruję sobie je przez cały tydzień, no zobaczymy, jak mi będzie szło. Postaram się też nie objadać i czasem zostawić coś na talerzu, gdy czuję się pełna. Jem teraz tak dużo, że nie umrę z głodu jak czegoś nie dojem, a jednak bycie taką przejedzoną nie jest najprzyjemniejsze.

Dobra, kończę, bo moje małe pełza już po całym pokoju i chce wejść w każdą możliwą dziurę. Trzeba jej cały czas pilnować.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Keep balance znowu

Weekend minął dość szybko. Jak to zwykle bywa, choć można powiedzieć, że dziś jeszcze był taki przedłużony weekend. Mój mąż miał wolne, więc część obowiązków mógł przejąć i na przykład poszedł na spacer z małą. Ja za to byłam z nią na basenie. Treningu dziś nie było, bo odpoczywałam, chociaż nie wiem, po czym. Skusiłam się niestety po obiedzie na malutki kawałeczek mojej razowej szarlotki po obiedzie. Niestety, bo miałam jeść słodycze tylko w weekend, w formie nagrody za aktywny i dobry tydzień. Z drugiej jednak strony nie chcę żyć w takim poczuciu, że sobie ciągle czegoś muszę odmawiać, bo potem kończy się to rzucaniem się na ciastka. No właśnie. Trzeba znaleźć równowagę, bo z jednej strony nie chcę sobie odmawiać, a z drugiej nie chcę zaprzepaścić efektów mojej ciężkiej pracy, zwłaszcza, że moja waga pokazała dziś aż 56,2 kg, a już było kilogram mniej!!!! Nie wiem, czy to chwilowy wzrost, pewnie tak, bo w 3 dni tyle znowu nie przytyłam, ale jest to niepokojące. Niby naturalne zjawisko (zatrzymanie wody po cheat mealu), ale jakby tak spojrzeć prawdzie w oczy to cheat meala miałam aż 2 razy i w sobotę i w niedzielę ciastka!!! Miałam się ważyć tylko w soboty/ewentualnie niedziele, ale teraz kontrolnie zważę się jeszcze jutro, pojutrze i w ogóle będę codziennie, bo lepiej mieć wszystko pod kontrolą. No właśnie i tak w koło Macieju. Jeszcze mogę przytyć, bo małe je coraz mniej mleka, ale wolałabym tego nie zrobić. Po to mam panią dietetyk i swój rozumek, żeby tego nie zrobić. I tak za dużo mam jedzenia i zmniejszam sobie porcje. Dziś zjadłam mniej ziemniaków na obiad niż miałam,  a porcja owsianki na śniadanie była tak ogromna, że zjadłam ją tylko z łakomstwa!

Jutro powrót do normalności - idę na fitness. Jupi!!!! Na zajęcia XCO. Nigdy na takich nie byłam, więc super. Muszę zweryfikować więc mój plan treningowy. Dodatkowo, zapisałam się na zajęcia z Mariosem Meletisem w sobotę. Jak przyjdzie tapeta, to będę musiała zrezygnować i tapetować. Ech, wszystko bym dałam, żeby mój mąż mnie puścił. Wczoraj złapałam strasznego doła, bo nie mogę już spędzać wolnego czasu tak, jak bym chciała, kiedy bym chciała i z kim bym chciała. O ile w ogóle mogę mówić o wolnym czasie. Może nie mam co narzekać, bo sporo go było pomiędzy milionem obowiązków, natomiast teraz jest ich jeszcze więcej, ale mam do nich podejście, że to przyjemne obowiązki. Dziś na przykład malowałam obrazki dla mojej księżniczki i nawet całkiem fajnie mi wyszły. Zrobiłam 2. Jeszcze 3 i będzie komplet. Niestety moje oczy mają swoje ograniczenia. Padam na ryjek, więc idę spać... albo jeszcze obejrzę serial. A co! Chociaż powinnam trochę bardziej szanować sobie sen.

niedziela, 3 listopada 2013

Chwila relaksu i grzeszki grzeszki grzeszki

Pisałam już o moim lenistwie. W zasadzie cały ten tydzień traktowałam ćwiczenia, jako obowiązek, który trzeba zaliczyć. Zaliczyłam więc. Oprócz dnia dzisiejszego. Dziś ćwiczyłam dla przyjemności. Nic wielkiego. 30 minut bieżni 140-150 BPM oraz godzina zajęć STEP+ TBC. Takie zajęcia pewnie niewiele mi dają, oprócz radości i przyjemności. Choć w sumie spaliłam 700 kcal. Nie wiem, jak to się ma do tego ile zjadłam w ten weekend, bo pozwoliłam sobie na słodyczowe szaleństwo. W sobotę zjadłam mojego wymarzonego dakłasa z wypieków krakowskich. Był wart swojej ceny. Idealny. A dziś szarlotka razowa mojej roboty z lodami. Zjadłam aż dwa kawałki. W piątek waga była super, bo 55,2 kg. Dziś niepotrzebnie weszłam na wagę, bo pokazała znacznie więcej. Nie będę o tym pamiętać, nie będę brać tego pod uwagę. Obawiam się, że trochę więcej mam w biodrach, ale to raczej nie jest możliwe, skoro waga i w piątek i w sobotę była ok. Nie popadajmy w paranoję. Dziś trochę mniej też odmierzałam pokarmy, bo nie miałam na to czasu. Jutro nowy tydzień. W tym tygodniu mam urodziny. Zobaczymy, co wymyślę, bo oczywiście znów planuję jakąś rozpustę. Ważne, żeby to nie poszło w złym kierunku. Ważne, żebym nie zmarnowała efektów mojej ciężkiej pracy i nie zaczęła tyć. Napisałam już sprawozdanie do Kariny. Od nowego tygodnia nowy program treningowy (muszę dokończyć jeszcze jeden trening ze starego, ale to tylko 20 minut, więc potraktuję to jako rozgrzewkę). Nic nadzwyczajnego, lekkie ćwiczenia w domu, bez obciążenia. Ach, kiedy ja poćwiczę coś porządnego. Trzeba się umówić do platinium, na trening wprowadzający, podobno warto! Koleżanka była i mówi, że ma zakwasy wszędzie! Musiała trafić na naprawdę dobrego trenera. Tyle zajęć do sprawdzenia w tym platinium, a ja nie mam kiedy chodzić.... Ech.

piątek, 1 listopada 2013

Kolejny dzień lenistwa.... pokonany!

Dziś Święto Wszystkich Świętych. Wizyta na cmentarzach zaliczona. (Piszę szybko i pobieżnie, bo właśnie przeczytałam, że po 30 człowiek się gorzej regeneruje i potrzebuje co najmniej 8 godzin snu, a w moim przypadku jest już to niemożliwe, gdyś siedzę na internecie a tu prawie północ!!!! Mała na pewno nie będzie spała do 8). Spacer tak więc też zaliczony. Potem drugi godzinny jeszcze. Zmusiłam się znowu do treningu. W domu. Raczej cardio, ale też trochę ćwiczeń kształtujących na obciążeniu własnym ciałem i z hantelkami 3 kg. Takie mam tylko w domu. Dało radę. Godzina treningu jest. 

Strasznie się mi nie chciało, ale najważniejsze, że się udało i że się zmotywowałam. Jeszcze tylko 20 minut treningu jutro i mój plan absolutnego minimum zostanie wykonany. A potem ruszę ze zmasowanym atakiem (nie wiem, kiedy, bo remont się przedłuży. Jutro jedziemy zamówić meble do Ikei, ale jestem przerażona, kto to wszystko poskłada i kiedy. Tapet nie ma. Karnisz na szczęście dotarł.

W niedzielę chyba zrobię odpoczynek (albo jakiś stretching, albo skalpel.... cholera, moje wszystkie płyty z treningami zostały pochowane gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie!) - obczaję sobie może tylko ćwiczenia od mojej trenerki, która nagrała filmik na youtube z treningiem dla kobiet w domu, czyli coś idealnego dla mnie na kolejne 2 tygodnie. I taki właśnie jest plan. Będę robić te ćwiczenia, tylko jeszcze muszę wymyślić, jak zrobić cardio. Skakanki nie mam, bieganie wymagałoby wyjścia z domu, zresztą zimno już jest i nie biegałam ze sto lat. Ech, może się uda. Muszę pogadać z moim mężem, kiedy będziemy mogli cokolwiek zrobić. Może w niedzielę się uda. Byłoby super.

Waga. Pomimo moich obaw weszłam na wagę i jest wspaniale, bo 55,2 kg. Idzie w dobrą stronę. Dalej nie wierzę, jak to jest możliwe skoro ja jem aż tyle!!!!! Ciągle jestem przejedzona, tzn od obiadu wzwyż, bo rano budzę się z płaskim brzuchem. Waga nie rośnie, a więc nie jem za dużo. Właśnie pobiegłam po jogurt, bo przypomniałam sobie, że miałam go zjeść godzinę temu. Trudno, będzie przed samym snem. Idę umyć zęby i do łóżka. Zrezygnowałam ze ślęczenia przed komputerem w dzień i bezproduktywnego marnowania czasu, za to siedzę teraz po nocach. Do spania kobieto! Czas na regenerację!!!!!!


PS. Zaczął się nowy miesiąc. Jak to zwykle mawiam, nowy miesiąc nowe możliwości. Nie muszę się już drastycznie odchudzać, ale mogę wykorzystać ten czas, aby zdrowo sportowo żyć. I nie polec w święta. Mogę się wykazać tym, że wiele się nauczyłam i zmieniłam moje nawyki żywieniowe. Jest naprawdę dobrze. I z jedzeniem i z treningami. Mogę być z siebie zadowolona. Za parę dni stuknie mi 32. Moje postanowienie na kolejny rok z życia jest teraz takie, abym była z siebie zadowolona. I wierzyła w siebie. I robiła to, co lubię. Uda się!!!! Wystarczy uwierzyć (tak, teraz po raz pierwszy od dawna płynie ta myśl z głębi mojego serca).