sobota, 12 października 2013

Podsumowanie tygodnia.....analogie rodzinne, latte, kino i dużo dobrego


Mia familia i obżarstwo warunkowane.

Kończy się kolejny tydzień. Wczoraj byłam na sesji u mojego psychoterapeuty. Rozmawialiśmy między innymi o mojej mamie, o jej problemach ze zdrowiem, czyli o cukrzycy II typu. Moja mama nie dba o siebie, nie trzyma diety, doskonale wie, co powinna robić, żeby jej stan zdrowia poprawiał się, albo przynajmniej nie pogarszał, a ona robi wszystko zupełnie na opak!!! Temat wyniknął po tym, jak poleciłam moją dietetyczkę mojej mamie. Mama stwierdziła, że ona przecież ma dietę cukrzycową i wie, co powinna, a czego nie powinna. A, bo musiałaby jeść regularnie, a bo musiałaby jeść dużo warzyw.... no i w czym tu problem? Pewnie w tym, że musiałaby odstawić słodycze, których rzekomo nie je, bo kupuje je tylko dla gości, albo dla taty. Tak, jasne. Niestety znam ją za dobrze, sama siebie oszukuje.... Hmm, hmm, mój terapeuta kazał się mi nad tym zastanowić, konkretnie nad analogią pomiędzy moim a jej postępowaniem. Tak, teraz to widzę. Postępowałam dokładnie tak samo. Objadając się, zapychając ciastkami czy innym jedzeniem do bólu, również sobie szkodziłam. Moja mama również objada się w nerwach, ale nie widzi w tym nic złego, po prostu jest to dla niej wymówka i wytłumaczenie jej zachowania, ma  dużo nerwów, to ma prawo się obżerać, a że na wyglądzie już jej nie zależy, przyzwyczaiła się żyć z nadwagą, ba, nawet chyba z otyłością, więc nie widzi potrzeby zmiany. Chęć podobania się mężczyźnie? Związek z moim ojcem jest.... nie będę o tym tutaj pisać, moja mama zawsze była u niego na piedestale, nieważne jak wyglądała. Mi zależy na zdrowym, wysportowanym ciele, zależy mi, żeby podobać się mojemu mężowi. Zależy mi, żeby w ogóle się podobać, czuć się atrakcyjną. W tym tygodniu byłam na spacerze w butach na obcasach (pal licho, że potem mnie cholernie bolały stopy, bo to nowe buty), czułam się rewelacyjnie, seksownie, zgrabnie. Dawno już tak nie było. Ech, jeszcze muszę się zmotywować i zrobić sobie pazurki, trochę więcej zadbać o siebie i naprawdę będę zadowolona... powinnam zrobić to teraz, a nie siedzieć i pisać bloga! Pomyślę, może zaraz udam się do łazienki, póki mojego męża nie ma, a mała śpi.

Treningos.

Tydzień treningowy zakończony. Dziś ostatni trening siłowy. Zrobiłam też pół godziny bieżni w strefie spalania. W sumie poszło 700 kcal i ponad 24 g tłuszczu. Ładnie. Waga jednak bez zmian, dalej oscyluje w granicach 56 kg (rano było 56,1 kg...grrr), nic to , trudno. Przyzwyczaiłam się do tego, że niewiele się już zmieni. We wtorek wszystko się wyjaśni ile to panna Marianna ma tłuszczyku!!!!

Jedzenios.

Trzymam grzecznie dietę - no prawie grzecznie, bo wczoraj wypiłam lampkę wina - miałam pić tylko pół dwa razy w tygodni, a poszła cała na raz. Trudno. Czasem tak bywa, że jest fajny moment, a wino jest dobre. Tak właśnie było. Kieliszek czerwonego wina ma tylko 66 kcal. Gorzej z dzisiejszym szaleństwem - kawą latte z coffe heaven. Oczywiście musiałam wziąć największą czyli taką, która miała 295 kcal, pyszna latte na normalnym mleku. Ale przyjemność była niesamowita. Byłam z moim mężem w kinie na fajnym filmie. Raz na jakiś czas trzeba sobie zrobić coś przyjemnego, nie co dzień piję taką kawę. A już niedługo przyjemności będzie więcej. Oficjalnie jutro kończę moją dietę. Teoretycznie, bo dopiero we wtorek konsultacja dietetyczna, a dopiero za parę dni dowiem się co będę zmieniać w mojej diecie. Jutro jedziemy na rodzinną wycieczkę i znowu będę jadła poza domem, ale postaram się wybrać mądrze. Nie ma żadnych cheat mealów w tym tygodniu!!! Samo zdrowie i rozsądek już. Czas na serial, a potem domowe SPA.

PS. Do jedzenia. Niedziela spędzona miło za miastem. Obiad też na mieście. Niestety nie udało się namówić rodziny na restaurację, na którą miałam ochotę i poszliśmy gdzie indziej. Zjadłam fileta z kurczaka z grilla z surówkami, a więc ok, do tego zamówiłam kapustę zasmażaną - zaszalałam, i niestety jak zwykle problem, bo w restauracjach - to już trzeci raz się z tym spotykam w ciągu ostatnich 2 tygodni - nie było ziemniaków, same frytki, talarki, duffinki, cokolwiek to jest. Wybrałam ćwiartki ziemniaczane ze skórką, czyli też ziemniaki smażone na głębokim tłuszczu. Nie jem takich rzeczy, nie potrzebuję, powodują u mnie wyrzuty sumienia. Na szczęście tłuszcz, na którym były smażone był w porządku i cała reszta obiadu też. Może więc nie mam co się tak przejmować, w końcu i tak kończę dietę. Teoretycznie to już koniec... ale jeszcze muszę poczekać do uzyskania maila z informacjami od Pani Dietetyk! Najważniejsze, że wytrwałam kolejny tydzień bez słodyczy!!! Kolejny sukces :-) Pora zacząć jeść trochę więcej różnych rzeczy, będzie super :) Muszę tylko utrzymać moją wagę, ale w tym już głowa Pani Kariny :-)


piątek, 11 października 2013

2x4=8

Gdzieś kiedyś słyszałam, jak jeszcze byłam na studiach (młoda, zgrabna i usportowiona - czyli na początku studiów, bo 2 ostatnie lata miałam wpadkę i przytyłam z kilkanaście kilo!!!), że 2 tygodnie przerwy w treningach odrabia się przez 8 tygodni, czy jakoś tak. Możliwe, że coś pomieszałam z tymi czasami, ale teraz widzę to dokładnie. Jestem 8 tygodni po wakacjach i dopiero teraz udało się mi odpracować moje 2 tygodnie obżarstwa. Inna sprawa, że na wakacjach popłynęłam na maxa, ze z diety redukcyjnej przeszłam od razu do obżarstwa i zaprzestałam treningów, ale nie ma co już rozpamiętywać tego, najważniejsze, że udało się mi wrócić do stanu wyjściowego. Ciekawe jak z tłuszczykiem. Już za 4 dni się dowiem, oby był sukces!!!

Wczoraj zrobiłam dobry trening: rowery fat burning, czyli przez całą godzinę nie przekraczałam tętna na poziomi 75% max HR. DO tego pół godziny treningu siłowego. Są zakwasy. Zredukowałam obciążenie na luge'ach, bo ostatnio dałam 12 kilo i chyba technika mi padła, za to dołożyłam 5 kilo do przysiadów w bramie i zrobiłam z obciążeniem 40kg, ale to już mój ostatni cykl treningowy z tym programem, można było zaszaleć. Od poniedziałku nowy plan. Wszystko już rozplanowane!!!

Zapisałam się na fejsbuku na jakiś event, 70 dni z mel B. Nie zrobiłam jeszcze żadnego treningu, i pewnie nie prędko zrobię, jednak chciałabym kiedyś wypróbować jej ćwiczenia na brzuch. Postaram się to kiedyś wcisnąć w czasie, jak kiedyś będę sobie robić taki tydzień na maxa, z ekstremalną ilością treningów. Kiedy to wszystko zmieścić w czasie, no kiedy? Chyba dołożę te ćwiczenia do treningów w domu mojej trenerki, do tych najkrótszych. Potraktuję je jako rozgrzewkę, a po nich zrobię brzuch. 

Dziś na śniadanie jadłam placki cukiniowo-czekoladowe. Były pyszne, smakowały jak ciastka!!!! Muszę jeszcze kiedyś je zrobić, póki mam cukinię. 

Śniadanko - placki czekoladowo-cukiniowe
Dziś czeka mnie jeszcze trochę eksperymentów kulinarnych, między innymi orkiszowe naleśniki z twarożkiem i dynią, na drugie śniadanie budyń dyniowy (to już próbowałam, ale na zimno, dziś będzie na ciepło). Na obiad też zupa krem paprykowo-pomidorowa. Zrobiłam ją wczoraj. Wyszła pyszna!!!! Naprawdę, muszę powtórzyć ją jeszcze nie raz. Uwielbiam jesień!!! Jest tyle wspaniałych warzyw i tyle możliwości!!!!!

czwartek, 10 października 2013

Spadek wagi.... juhuuuu!!!

Czwartek rano. Wczoraj miałam bardzo dobry dietetycznie dzień. Nie ćwiczyłam, relaksowałam się na wsi. Postanowiłam w tym tygodniu ćwiczyć tylko 3 razy, ale za to włączyć solidne cardio, czyli aż dwa razy pójść na solidne rowery.  Wchodzę dziś rano na wagę i co widzę? 55,8 kg!!! I to przed wizytą w toalecie. Juhuuu, po raz pierwszy od lipca waga spadła mi poniżej poziomu 56,0!!! A to jest różnica, ogromna, mentalna, to przekroczenie nieprzekraczalnej granicy. Powstaje pytanie, czy ładne trzymanie diety mi pomogło, czy też mój cheat meal? Nie, nie, nie, to nie oznacza wcale, że w ten weekend będzie obżarstwo. Ten cały tydzień będę pilnie trzymać się planu żywieniowego, bo przecież we wtorek kontrola, czyli już za 5 dni!!!! Będzie sukces, musi być sukces. Rodzi się kolejne pytanie, bo myślałam, że nie da się, że mój organizm nie pozwoli zejść mi już niżej, a jednak zaczął schodzić, czy powinnam kończyć już dietę, czy jednak się nie poddawać!!! Ależ nie poddaję się. Myślę, że trzeba trzymać się planu. Przechodzę więc do fazy stabilizacji. W głębi duszy mam jednak nadzieję, że uda się mi w takim razie zgubić te 0,8 kilo, tak dla zasady! Jak będę mieć nowy plan to zawsze to będzie jakaś zmiana. Zawsze będę starała się odważać i odmierzać wszystko tak, jak należy i mimo, że kalorii ma być więcej to zmiana na organizm może zadziałać dobrze. Karina mi napisała, że sporo miałam tych odstępstw i grzeszków w zeszłym tygodniu, ale mimo to ładnie się trzymam. Napisałam jej też, że mogę być ich królikiem eksperymentalnym w testowaniu nowych pomysłów na gubienie wagi, ponieważ niedawno cała ekipa dietetyków i sportowców z ośrodka do którego uczęszczam była na szkoleniu w Warszawie na temat odżywiania i dowiedziała się podobno jak układać plany żywieniowe tak, żeby szybko zgubić wagę. Może dam sobie trochę jeszcze szansy, chociażby do moich urodzin, albo właśnie do tego 18 listopada, kiedy to Małe skończy 9 miesięcy (mój założony czas na zgubienie wagi). To kolejne 5 tygodni jest, powinno się udać, nawet będąc w fazie stabilizacji.

Moja trenerka napisała mi, że mogę robić HIIT ale nie częściej niż 2 razy w tygodniu. No więc spoko, od tego się nie przypakuję. Przeczytała HIT, a to podobno coś zupełnie innego, typowy męski trening. 

Właśnie patrzę na mój plan treningowy, który będę wykonywać od przyszłego tygodnia. Nie ma tam ćwiczeń z obciążeniem, napisane jest trening ogólnorozwojowy z naciskiem na brzuch i pośladki. Dużo ćwiczeń dynamicznych, myślę, że wykonam ten plan dosyć szybko, jeśli chodzi o czas trwania. Wymyśliłam że pójdę na cross training, niestety jest w tym samym czasie, co cycling, ale cóż, nie będę chodzić na cycling aż dwa razy, ale skoro nie pójdę na HIIT w tym tygodniu wcale, to może pójdę na niego 2 razy w przyszłym tygodniu, czyli tak: rowery 1x, cross training 1x, HIIT 2x - to już 4 godziny, do tego trening 1 - zajmie pewnie godzinę, czyli już 5 godzin, a trening 2 i 3 po pół godziny czyli już 6 godzin. Idealnie, teraz trzeba to wszystko rozłożyć sensownie w czasie.... Już wszystko rozplanowane. Ten plan treningowy jest taki, że dwa razy będę ćwiczyć w domu, tak więc będę mieć czas na zajęcia fitnessowe :) Tylko jeden trening muszę wykonać na siłowni, bo potrzebna jest mi bieżna i będę go robić w sobotę rano. Będzie super. Lubię mieć wszystko zaplanowane :-) A po takim ciężkim tygodniu, kiedy postanawiam sobie dać prawdziwy wycisk, zrobię sobie właśnie ten lajtowy z 3 godzinami. Wspaniale :-)

Przyjaciółka do mnie napisała, żebyśmy się razem wybrały na fitness. Hmm, ciekawe, czy uda się mi ją skusić, żeby przyjechała do mnie na zajęcia.

Niedługo też otwarcie w moim mieście nowego wypasionego klubu fitness. Jeśli będą mieli wejściówki na multisporta to oczywiście się tam zapiszę, a przynajmniej pójdę kilka razy, ale jeśli nie, to trudno. Na razie chcę na pewno iść tam na dzień otwarty. Piszę do przyjaciółki.

środa, 9 października 2013

Cheat meal results i mail od Pani Trener

Jest środa. W niedzielę zaliczyłam spory cheat meal - obiad nie dietetyczny plus deser i pyszna kawa latte z dużą ilością mleka. Dziś miałam się zważyć i sprawdzić, jak waga, czy rzeczywiście spadnie. Zważyłam się już wczoraj i było 56,0 kg, dzisiaj też się zważyłam i było 56,1 kg, czyli bez zmian. Cheat meal nic nie zmienił, nie schudłam, nie przytyłam. W pierwszym momencie jak weszłam na wagę to pokazała 55,7 kg , ale niestety to była pomyłka, bo potem wyraźnie kilka razy było 56,1 kg. Uznaję więc, że spory obiad z deserem nie wpływa na moją wagę. Obwody dalej takie same! Czuję się dobrze, wyglądam szczupło. Wiele osób twierdzi, że już nie wolno mi chudnąć, albo, że jestem za chuda. Ja tam i tak daję sobie cel 55 kg na wiosnę. Nie uda się teraz, to uda się po odstawieniu karmienia! Trzeba mieć jakiś cel!!!


Wczoraj byłam na cyclingu. W końcu dobry instruktor, który wie, co robi i ma pomysł na to, co robi! I fajna muzyka i dobra motywacja. Do tego jeszcze ponaprawiali porozwalane rowery w moim klubie, tak więc miód malina cud. Osiągnęłam tętno 178 bpm, a do tej pory co najwyżej udawało się mi 172 osiągać, czyli mam 95% maksymalnego tętna osiągnięte. To był trening na siłę i wytrzymałość. W czwartek mają być rowery na spalanie, więc chyba też pójdę.

Napisałam w końcu do mojej trenerki. Powiedziała mi: rzuć Chodakowską! I ma rację, bo niewiele mi to daje!!! Zajmuje tylko czas i staje się przykrym obowiązkiem. Mam robić nasze treningi od początku - co z tego, że niektóre będą łatwiejsze. I mam mieszać  - jednego tygodnia zrobić 6 godzin treningu, innego tylko 3!!!! I nigdy nie przekraczać 6!!! Bo to i tak strasznie dużo. I podobno trzeba uważać na HIIT, bo można się przybydlić czyli rozwinąć mięśnie. Nic mi na ten temat nie wiadomo, ale wiadomo, że ja to chcę się wyżyłować, wyrzeźbić, dociąć (ale mam już fachowe słownictwo), a nie przybydlić!!! I oczywiście chcę spalić. Nie wiem, czy uda się mi dojść znowu do 18% tkanki tłuszczowej, ale chcę mieć chociaż ilość poniżej 20%, taki jest mój cel, czyli 11,2 kg tłuszczu - to jest cel B, bo oczywiście cel A to 10kg!!!!

W tym tygodniu więc kończę mój trening siłowy. Postaram się zrobić jeszcze raz te rowery, bo to w końcu spalanie będzie. Wyjdzie ze 4,5 godziny treningu, czyli coś pomiędzy 3 a 6. A potem usiądę i przemyślę na spokojnie co zrobić w następnym tygodniu. Treningi od trenerki to na pewno - 3 razy w tygodniu. Ale one nie są zbyt długie, więc do tego coś dołożę. To będzie tydzień ze zwiększoną dawką kalorii, wiec zastanowię się, czy ćwiczyć więcej, czy mniej. Na pewno trzeba będzie dać jakiegoś kopa, który zaskoczy mój organizm!!!!

niedziela, 6 października 2013

Podsumowanie tygodnia

Kolejny tydzień diety i treningów za mną. Dieta trzymana z kilkoma niewinnymi wykroczeniami (chyba, że nie były takie niewinne, to oceni pani dietetyk, bo wysyłam jej cotygodniowy raport z tego, co zjadłam i czym nagrzeszyłam).  Rezultaty? Na wadze - brak. Właśnie patrzę do mojego planu i miało być już tak fantastycznie i miałam ważyć 54,5 kg pod koniec tego tygodnia, a tu.... ciągle 56kg, i to nawet 56,1 kg!!!! Skandal. Ciągle cicho liczę na to, że udało się mi zbudować trochę tkanki mięśniowej i tak naprawdę ilość tłuszczu w organizmie mi zmalała i wynosi moje zaplanowane 10kg. Zobaczymy za 9 dni na wizycie kontrolnej, czyli jeszcze tylko nieco ponad tydzień. Hmm, może się uda. Musi się udać. Ćwiczę ładnie aż do wizyty moim planem treningowym. Znalazłam ciekawy plan treningowy w internecie, na mojej ulubionej stronie fitnow, niestety wymaga ćwiczenia 5 razy w tygodnia - 4 razy trening siłowy na przyrządach, czyli wymaga wyjścia na siłownię, oraz 1 raz trening cardio. Popatrzę, może wykorzystam część ćwiczeń z tego treningu, albo na chwilę wrócę do mojego pierwszego planu ogólnorozwojowego z trenerką. Skonsultuję to z nią. Ciągle mam do niej napisać, ale jakoś mi to wypada z głowy, albo liczę jeszcze, że sama sobie poradzę. 

Centymetry - sprawdzam tylko biodra i udo. 91 cm (a więc jest ok) i 47 cm... a nawet czasami było 46,5 cm, więc bardzo dobrze, nie mam co narzekać. Jak już stwierdziłam, modelką się nie stanę i nie będę mieć 190 cm i długich szczupłych nóg aż do ziemi, ale za to będę mieć sportowe umięśnione i ładnie wyrzeźbione ciało... i moją wielką pupę ;-) Koniecznie się muszę za nią zabrać, jak już wymęczę do końca książkę Ewki.

Po tym tygodniu usiądę i ułożę nowy plan treningowy, najpierw pisząc do trenerki o poradę co i jak.

Dziś dzień odpoczynku. Nie ćwiczę. Zrobiłam moją normę na ten tydzień - 6 godzin zaliczonych, trzeba odpocząć. Czas na wycieczkę.

PS> Cheat meal był spory bo była i zupa i drugie z frytkami i tiramisu na deser! Czyli koniec mojego życia bez słodyczy, ale dałam radę równe 4 tygodnie! Jest sukces. Ciekawe, że niewiele to dało. A może jednak?
Teraz ostatni tydzień diety przede mną. Walczę mocno!!! Tylko 7 dni i już. 

wtorek, 1 października 2013

Główne zasady oraz nowa płyta Ewki

Ponieważ powoli uczę się jeść (moja córa też się uczy, tyle, że ona ma 7 miesięcy a ja 31 lat), to pora wprowadzić główne zasady, oprócz tych wszystkich, które wyznaję :P Będę mieć potem takie kompendium wiedzy. Tak więc przede wszystkim:


  1. Nie przejadam się
  2. Nie podjadam
  3. Nie dojadam

Nie przejadam się to oczywiste, bo nigdy nie czuję się gorzej, gdy jestem nażarta jak świnka, nienawidzę takiego uczucia przepełnienia i ogromnego brzuszka jak balonik, to już chyba lepszy jest lekki głód i niedosyt, taki właśnie jak teraz po dzisiejszej kolacji.

Nie podjadam, tylko trzymam się planu i jem te posiłki, które mam w planie.

Nie dojadam - tu przykład mojego musli, czyli sięgania w kółko i w kółko po jeszcze parę garści, przez co kompletnie traci się kontrolę nad tym, co się je i ile się je. Tak więc po zjedzonym posiłku myję talerzyk i zajmuję się czymś innym.

Testowałam dziś nową płytę Ewki z shape'a:


Niestety muszę przyznać, że się rozczarowałam! I to bardzo. Nie zmęczyłam się, a spodziewałam się super wycisku, co najmniej takiego jak przy pierwszej płytce, którą nabyłam (Tomasz Choiński dalej się nie odpala na laptopie - spróbuję wykonać ten trening w małym pokoju a płytkę odpalę na kompie, ale nie wiem, czy się tu zmieszczę). Nie zmęczyłam się, nie poczułam mięśni, w 40 minut spaliłam 250 kcal, więc słabiutko!!!!! Ale trening zaliczony, powiedzmy taki relaksacyjny. Na jutro rozpisałam sobie trening z książki, wygląda dużo ciężej, przynajmniej są w nim mocne ćwiczenia. Trzeba będzie skończyć tą książkę i brać się za jakieś nowe wyzwania. Trzeba też będzie wkrótce napisać do mojej trenerki, powiedzmy przed wizytą u Kariny.

Koniec o treningach, zabieram się za projektowanie pokoiku. W zasadzie wszystko już skończone, pora jednak zastanowić się nad kolorami... i zamianą dywaniku na wykładzinę, co by mała miała gdzie raczkować.

Dietetyczne przemyślenia i słowo o rezultatach

Coś ostatnio dogadzam sobie bardzo. Wczoraj była restauracja, dziś znów sernik dyniowy... ale przecież nie można popadać w paranoję i trzeba mieć coś z tego życia. Dziś na śniadanie robiłam też super zdrowe placki marchewkowe, chyba jutro też będą na śniadanie, bo są rewelacyjne. Trochę czasu mi na to schodzi, ale potem będę mieć już wypróbowane przepisy i będę robić takie eksperymenty tylko w weekendy i święta. Postanowiłam też, że te wszystkie owocowe eksperymenty bardziej kaloryczne będę starała się jeść do południa, czyli na śniadanie i drugie śniadanie. Zresztą bardzo często przerzucam sobie owoce z przekąski do śniadania, bo tam mam ich za mało. Po południu zaś na przekąskę kanapeczki te małe z 50g chleba i kolacja też mała - postaram już sobie nie robić ogromnej michy sałaty a do tego jeszcze jakiś sos jogurtowy czy oliwkowy, bo kalorie i tłuszcze idą w górę. Wczoraj o 22:00 jadłam grahamkę jeszcze, może powinnam była zrezygnować z niej, skoro tak późno (poszłam spać koło północy, więc 22:00 na kolację jest ok). Zobaczymy, jeśli waga nic nie będzie się zmieniać, to trzeba będzie się nad sobą zastanowić. W każdym razie jeśli owoce po południu - to tylko owoce plus jogurt, bez żadnych udziwnień!


Placki marchewkowe najpyszniejsze na świecie


Nie wiem, jak z rezultatami, bo nie ważę się od soboty i chyba do następnego weekendu nie będę mieć odwagi wchodzić na wagę. Naprawdę powinnam się spiąć, żeby nie robić wpadek, bo to ostatnie 2 tygodnie i ostatnia szansa, jaką sobie daję. Na pewno wyglądam lepiej. Nawet jak robię ćwiczenia w podporze bokiem, to widzę że mniej mi zwisa na udku z boku :P Za to w biodrach znów jest 92 cm, a już szło w kierunku 90 cm. Ale spoko, 92 też jest dobrze, ważne że spodnie są na mnie luźne. Wczoraj nawet kupiłam sobie getry. Postanowiłam nie mieć kompleksów. Mam przecież super wysportowane ciało!!! Dajcież spokój. Pora pokochać siebie i zaakceptować. Moje krągłości nie są takie złe. Mój mąż się zastanawiał, czy mała będzie mieć też taką "murzyńską" pupę jak ja.. hmm, nie wiem, na początku pomyślałam, że oby nie miała, bo się nacierpi w życiu tak jak ja, a potem pomyślałam, że jeśli będzie kochana i akceptowana i sama będzie się kochać i akceptować to nawet najbardziej murzyńska pupa nie zatruje jej życia. 

Dobra, koniec pisania, dziś mam sporo do zrobienia: oprócz poćwiczenia, ugotowania obiadu, spaceru muszę oprawić rybę dla małej bo będę wprowadzać jej ryby. Dziś dostała po raz pierwszy gruszkę. W ogóle w tym tygodniu mam dużo rzeczy do wprowadzenia (ryba pójdzie do zamrażarki), bo i grucha i seler i buraki ze wsi leżą i proszą się o zjedzenie, zanim zwiędną do końca. Do tego jeszcze muszę posiedzieć nad projektem dokończyć rendery i zrobić zestawienie materiałów i kosztów. Dodatkowo jeszcze czekają mnie porządki z butami i w szafie. Muszę wydać ciążowe ubrania mojej siostrze i sama zobaczyć, czy mam w czym w ogóle chodzić, bo przez ostatni rok kupowałam tylko ciuchy ciążowe. Do pracy!